IKS

The Freuders – [Rozmowa]

the-freuders-rozmowa

Lubicie Tool i Red Hot Chili Peppers? Jeśli odpowiedź na to pytanie jest twierdząca, z pewnością spodoba Wam się twórczość formacji The Freuders, która coraz mocniej zaznacza swoją obecność na polskim rynku muzycznym. W 2020 zespół wydał bardzo ciepło przyjętą płytę „Warrior”, a od jakiegoś czasu muzycy tworzą nowe utwory, co oznacza, że kolejny album jest na horyzoncie. Na ten temat, ale nie tylko, porozmawialiśmy z połową składu The Freuders – wokalistą i gitarzystą Tymoteuszem Adamczykiem oraz gitarzystą Olkiem Adamskim.

 

Szymon Bijak: Zanim przejedziemy do teraźniejszości, na samym początku powspominajmy trochę. Kiedy przygotowywałem się do wywiadu ciężko było mi uwierzyć, że The Freuders powstał w 2008 roku. Szybko Wam ten czas zleciał?

Tymoteusz Adamczyk: Dość szybko, a jednocześnie z tempem zgodnym z naszym wewnętrznym rytmem i harmonią. Część zespołów sceny niezależnej, z którymi równocześnie zaczynaliśmy przygodę z muzyką, nie przetrzymała próby czasu oraz trudnych warunków branży. Mimo wzlotów i upadków mamy przywilej kontynuowania naszej drogi w zgranym zespole, a patrząc na entuzjastyczne przyjęcie ostatniej płyty oraz to jaki płodny okres mamy obecnie, uważam, że najlepsze dopiero przed nami.
 

SZB: Początek historii The Freuders można powiedzieć, że jest archetypowy. Grupka szkolnych kumpli kocha muzykę i postanawia, że oprócz słuchania, chce także wspólnie tworzyć.

TA: Okres szkolny, o którym wspominasz, dał nam solidne podstawy do stworzenia wspólnego muzycznego języka, który okazuje się nieoceniony podczas jam session, z których powstają później szkice lub całe utwory. Ta energia i zrozumienie bez słów przydaje się również na koncertach. Główne, a w zasadzie jedyne, rotacje następowały za bębnami. Los zesłał nam jednak Pitera [Piotra Wiśniocha – przyp. red.], który praktycznie od razu wkleił się w monolit. Do dziś pamiętam pierwsze dwie próby z nim oraz poczucie, że to właściwa osoba na właściwym miejscu. Wszyscy jesteśmy braćmi z różnych matek.
 

SZB: Przez te lata twórczość The Freuders mocno ewoluowała. Na pierwszym wydawnictwie, EPce „Hikikomori”, bardzo dużo słychać było funku spod znaku Red Hot Chili Peppers. Później połączyliście to z mrokiem i ciężarem. Mieszkanka wybuchowa, która – jak się okazało – sprawdza się doskonale. Inspiracje musicie mieć więc szerokie. Czego słuchacie na co dzień?

Olek Adamski: Wszystko jest kwestią poszukiwań – pamiętam, że kiedyś moim marzeniem było zrobić płytę, która brzmi jak „Mother’s Milk” RHCP, teraz – poszukiwanie własnego brzmienia na podstawie eksperymentów i własnych nowych doświadczeń oraz bodźców jest priorytetowe. Ostatnio nawet jestem skłonny przyznać głośno, że album „Parachutes” Coldplay jest bardzo w porządku – kiedyś dostawałem spazmów na samą myśl o zespole Chrisa Martina.
 
TA: Wspólnie tworzona muzyka, która nie podlega poszukiwaniom oraz ewolucji zjada ostatecznie własny ogon. W tle usłyszysz tylko odcinanie kuponów i śmiech smutnego klauna, gdy gasną światła. Tego chcemy uniknąć w nieustannej pogoni za króliczkiem. Co do inspiracji oraz wpływów chłopaków nie czuję się na siłach, aby wprost wydawać oświadczenia w ich imieniu. Moje ostatnie inspiracje skłaniają się dość szeroko w stronę jazzu, muzyki elektronicznej, a czasem również popu. Mieszanka o tyle dziwna, że gdy sięgam za gitarę na próbie lub koncercie odzywa się we mnie pierwotny instynkt z naleciałościami funkowo-stonerowo-metalowymi. Niemniej rytmy i melodie mają uniwersalny puls, a liczą się w nich ostatecznie emocje, które budzą w odbiorcy.
 

SZB: Debiutancki album – i to w dodatku podwójny – „7/7”, mimo ciekawych kompozycji, nie zyskał zbyt dużego rozgłosu, recenzenci też podeszli do całości na chłodno. Byliście w tamtym momencie bardzo zawiedzeni takim obrotem sprawy? Czy, z tyłu głowy, zakładaliście jednak taki scenariusz? W końcu na płycie nie brakowało dłuższych, bardziej psychodelicznych i cięższych form, które nie każdy słuchacz jest w stanie w miarę szybko przyswoić…

TA: Nie zakładaliśmy żadnych innych scenariuszy poza światową (minimum krajową) karierą, limuzynami oraz tabunem dziewczyn czekających na zaproszenie do hotelu i składanie autografów na ciele. Na limuzyny jeszcze czekamy, ale ku wspólnej uciesze nieco autografów na różnych częściach ciała udało się rozdać. Odpowiadając na pytanie wprost to dość kontrowersyjne co przyznam, ale rynek muzyczny nie był wtedy gotowy na nas, a też my nie byliśmy gotowi na rynek. Poszliśmy totalnie pod prąd: dwupłytowy debiut, bez polskich tekstów, bez istotnego wsparcia promocyjnego. Cytując klasyka – czas nauczył nas pokory i pracy u podstaw, co teraz procentuje.
 
OA: Do debiutu na podwójnym CD podeszliśmy bardzo ambitnie pod każdym względem, w tym wydawniczym – co zostało zauważone najbardziej. Z perspektywy czasu oczywiście nie była to najlepiej sprzedająca się płyta w Polsce, ale cieszę się, że konsekwentnie zrealizowaliśmy ten pomysł, bo satysfakcja jest dla nas szalenie ważna, jeśli nie najważniejsza.
 

SZB: W 2018 roku wydaliście – po dłuższej przerwie – EPkę „Omniform”. Tego lata zagraliście także podczas katowickiej odsłony Męskiego Grania, czyli festiwalu, który od lat cieszy się w naszym kraju dość dużą popularnością. Wówczas poczuliście, że to wszystko zmierza w dobrą stronę i los się odwróci? W końcu, mieliście okazję dotrzeć, chociażby wspomnianym przeze mnie występem, do zdecydowanie szerszego grona słuchaczy.

TA: Koncert w Katowicach na Męskim Graniu wspominam bardzo dobrze, bo wtedy przedpremierowo zagraliśmy utwór „Hannibal”, który pojawił się ostatecznie na płycie „Warrior”. Entuzjastyczny odbiór pięciotysięcznej publiczności był potwierdzeniem, że to dobry kierunek.
 
OA: Od tamtej pory przywiązujemy jeszcze większą uwagę do samodyscypliny, konsekwencji w działaniach oraz rozwoju i widać, że z każdym kolejnym rokiem, dzięki temu idziemy do przodu.
 

SZB: O ile w przypadku „7/7” można było stwierdzić, że to album dość trudny w odbiorze, wymagający wielu odsłuchów, to „Warrior”, drugi studyjny krążek, był w sumie jego przeciwieństwem. Całość charakteryzuje się niesamowitą przebojowością bez zdrady swoich muzycznych ideałów.

TA: Z sentymentem wspominamy „7/7” – ostatnio nawet zdarza nam się zagrać spontanicznie kilka numerów z tamtej płyty na koncertach. Niemniej to właśnie „Warrior” był punktem zwrotnym, ponieważ w artystycznym amoku postawiliśmy sobie dość wysoko poprzeczkę, jeśli chodzi o poziom kompozycji, realizacji i produkcji. Aspekt przebojowości miał tu mniejsze znaczenie, chociaż byłbym hipokrytą, gdybym powiedział, że nikt z nas nie marzył po cichu o tym, że płyta zostanie odebrana tak dobrze, a utwory będą w trudnym okresie pandemii nadawane przez ogólnopolskie stacje radiowe.
 
OA: To prawda – na etapie przygotowań, szlifów i nagrywania nie myśleliśmy o przebojowości jako takiej. Czuliśmy, że na tym albumie znajdą się bardzo dobre utwory, ale pojawienie się z nimi chociażby na antenie Radia Dla Ciebie [Polskie Radio RDC – przyp. red.] było przyjemnym szokiem, tym bardziej że to muzyka mocno gitarowa, a teksty są w języku angielskim.
 

SZB: „Warrior”, ukazał się w dość trudnym czasie, bo w pierwszych tygodniach pandemii koronawirusa w naszym kraju. Było to dość duże ryzyko. Nie obawialiście się, że znowu Wasze dzieło przepadnie i miesiące pracy pójdą na marne?

TA: Ta obawa pojawiła się przez moment, ale ostatecznie uznaliśmy, że włożyliśmy już tyle serca i pracy w powstanie tej płyty, że wkładanie jej do lodówki na czas, którego nie dało się wtedy z góry przewidzieć spowoduje w nas tylko niepotrzebne zgorzknienie. Paradoksalnie okazało się, że wybrany czas na premierę pozwolił nam przebić się w sytuacji, gdy część zasłużonych już wykonawców stwierdziła, że poczeka ze swoimi planami wydawniczymi na tzw. „lepsze czasy”. Dzięki temu „Warrior” rozszedł się szerszym echem, co pozwoliło nam zagrać dla fanów ponad dwadzieścia udanych koncertów między lockdownami. Pod koniec trasy dochodziło wręcz do sytuacji, że osoby które były na naszym koncercie w ramach trasy jesiennej jechały specjalnie do innego miasta w ramach wspólnej trasy zimowo-wiosennej z Żurkowskim. Właśnie o taką rockendrollizację kraju walczymy.
 

SZB: Muszę też Was zapytać o kwestię anglojęzyczności. Na „Warrior”, ku mojej uciesze i pewnie nie tylko mojej, pojawił się w końcu pierwszy numer w rodzimym języku – chodzi o „Anamnesis III” z gościnnym udziałem Żurkowskiego. To zwiastun, że pójdziecie na kolejnych płytach w tym kierunku? Czy to był tylko „wypadek przy pracy” i będzie obstawać przy angielskim?

TA: Od kilku ostatnich koncertów nie jest tajemnicą, że pracujemy nad nowym materiałem w języku polskim. Dwie piosenki, które są na ostatnim etapie rejestracji w studiu nagraniowym, zostały bardzo żywiołowo przyjęte przez publiczność, co tylko utwierdziło nas, że zmierzamy w dobrym kierunku. Staramy się, aby osoby, które decydują się przychodzić na nasze koncerty, oprócz czystego odbioru muzyki, mogły przeżywać wspólnie z nami emocje. Mamy też wobec nich dług wdzięczności, który staramy się spłacać dostarczając im nowe, świeże numery nim formalnie ujrzą światło dzienne. Żaden z koncertów nie wygląda tak samo, co powoduje, że niektórzy mają ochotę przejechać się na nasz koncert z miasta do miasta, a nam samym pozwala to uniknąć rutyny. Ostatecznie koncert rockowy to nie sterylne odegranie zarejestrowanego materiału, a żywa interakcja i wciągnięcie na rollercoaster, którym jedziemy wspólnie jako zespół oraz publiczność. W kontekście całego wydawnictwa nie mogę zdradzić więcej szczegółów, ale mogę obiecać, że zaskoczymy formą zwłaszcza z zakresie audio-wizualnym.
 

Rozmawiał: Szymon Bijak

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz