Gdy wiele podobnych kapel z tamtych czasów kręci się dziś w kółko, nagrywając kolejne albumy będące mniej lub bardziej udanymi kopiami swoich dokonań z lat świetności, Editors od dwóch dekad regularnie i konsekwentnie wymyślają siebie na nowo. Zadebiutowali w 2005 roku i od początku zarzucano im kopiowanie Joy Division czy Interpol… jednak zespół dowodzony przez Toma Smitha bardzo szybko zaczął kombinować, a ich styl na przestrzeni lat ewoluował już kilkukrotnie. Przez kolejne dwadzieścia lat działalności twórczość Brytyjczyków zahaczała o naprawdę szerokie spektrum stylistyczne. Ich jak na razie ostatnia płyta „EBM” to mieszanka industrialu, darkwave’u, synth‑rocka i kilku innych gatunków. Jednak w muzyce Editors nic nie jest stałe… dziś wszystko wskazuje na to, że na ich nadchodzącej ósmej studyjnej płycie czeka nas kolejna stylistyczna wolta. Na kilka tygodni przed premierą „Surface, Echo & Sound” – albumu zapowiadanego jako powrót do gitarowego grania – i dwa miesiące przed powrotem Editors do Polski na festiwal Inside Seaside, postanowiłem przyjrzeć się ich dyskografii i ułożyć subiektywny ranking albumów. Łatwo nie było. Zwłaszcza że mówimy o zespole, który przez lata potrafił zmieniać kierunek tak mocno, że czasem trudno uwierzyć, iż za poszczególnymi płytami stoi dokładnie ta sama kapela. Nie zabraknie też kilku niespodzianek.

9. „Black Gold” (2019)
Albumy typu „greatest hits” przeważnie wydawane są z dwóch powodów. Kiedy zespół chcę złapać oddech, a jednocześnie nie dać o sobie zapomnieć… albo w łatwy sposób wydusić trochę kasy od fanów, którzy kupią wszystko, co jest sygnowane nazwą ich ulubionej kapeli. W przypadku „Black Gold” mam wrażenie, że to mimo wszystko bardziej ta pierwsza opcja. Kompilacja zgrabnie zbiera najważniejsze fragmenty dotychczasowej kariery Editors, ale jednocześnie – i to jest tu najciekawsze – przemyca sygnały nadchodzącej zmiany. To właśnie prawdziwy powód, dla którego to wydawnictwo trafiło do mojego rankingu. Pośród największych przebojów grupy ukryty jest zestaw trzech premierowych utworów, które otwierają dla Editors zupełnie nowy rozdział. „Black Gold”, „Upside Down” i „Frankenstein” brzmią jak próba generalna przed erą Blanck Mass, która w pełni wybuchnie dopiero na kolejnym albumie „EBM”. Gitary, dotąd jeden z fundamentów brzmienia Editors, zostają tu zepchnięte na margines. W ich miejsce pojawia się elektroniczny bit, w ilości tak dużej, jakby zespół testował granice własnej tożsamości… To Editors które po raz kolejny weszło w tryb eksperymentu. A końcowy efekt jest tak odważny, że zespół można rozpoznać jedynie dzięki głosowi Toma Smitha. Jak wypadają nowe utwory? Można im wiele zarzucić, ale mimo to są ważnym punktem w dorobku Brytyjczyków. Pokazują moment przejścia – chwilę, w której zespół bez skrępowania zaczyna flirtować z nową estetyką, zanim jeszcze zdecyduje się na pełny skok. W rozszerzonej edycji „Black Gold” dostajemy dodatkowo „Distance: The Acoustic Recordings”, czyli zestaw akustycznych reinterpretacji, które dla fanów bardziej klasycznego brzmienia mogą być prawdziwym antidotum na nowe wcielenie Editors. Jest jeszcze jedna rzecz, która sprawia, że mam sentyment do „Black Gold” – szata graficzna. Nadav Kander, wybitny fotograf (jego portfolio, w którym znajdują się m.in. prace zdobiące okładki płyt Petera Gabriela i Placebo, można obejrzeć tutaj), wykonał zdjęcie nawiązujące do tytułu albumu. Ma ono w sobie hipnotyczną siłę, która nie pozwala odwrócić wzroku.
Moje typy: „Black Gold”, „Upside Down”, „Frankenstein”

8. „The Blanck Mass Sessions” (2019)
Kolejna pozycja, której obecność w zestawieniu może wydawać się kontrowersyjna. „The Blanck Mass Sessions” to alternatywna, równoległa wersja albumu „Violence”, zrekonstruowana przez Benjamina Johna Powera, połówkę elektronicznego duetu Fuck Buttons, znanego jako Blanck Mass. Producenta, który od kwietnia 2022 roku na trzy lata zostanie pełnoprawnym członkiem Editors. Czy album z remiksami zasługuje na miejsce w rankingu? Moim zdaniem tak – i to z prostego powodu. Można wysnuć całkiem śmiałą tezę, że bez „The Blanck Mass Sessions” Editors dziś byliby w zupełnie innym miejscu. Ten materiał działa jak mapa drogowa prowadząca prosto do „EBM”. To tutaj po raz pierwszy słychać pełny odwrót od gitarowego czy nawet syntezatorowego grania i zanurzenie się w gęstych, industrialnych, syntetycznych strukturach, które później staną się kręgosłupem nowego wcielenia zespołu. Warto dodać, że „Barricades”, utwór otwierający album, to kompozycja dostępna wyłącznie na tym wydawnictwie. „The Blanck Mass Sessions” jest czymś więcej niż tylko ciekawostką. To mimo wszystko istotny punkt w ewolucji grupy, pokazujący jak mogliby brzmieć Editors, gdyby już wtedy zdecydowali się wyciągnąć elektronikę na pierwszy plan.
Moje typy: „Barricades”, „Cold”, „Hallelujah (So Low)”

7. „The Weight of Your Love” (2013)
Po „In This Light and on This Evening” Editors znaleźli się w punkcie, w którym dotychczasowa estetyka zaczynała im ciążyć, a potrzeba kolejnej zmiany stała się wręcz koniecznością. Zespół zaserwował powrót do gitar, ale nie w duchu postpunku, który katowali na pierwszych dwóch albumach, tylko w znacznie szerszej i rozbudowanej formie. Bardziej przestrzennej, a momentami sprawiającej wrażenie, jakby stworzono te utwory, by wybrzmiały na wielkich festiwalowych scenach. W tym sensie „The Weight of Your Love” wpisuje się w szerszy trend, który panował na scenie indie w tamtym okresie. Mamy tu rock flirtujący z patosem U2 (gdy Tom śpiewa „Desire!”, to skojarzenie może być tylko jedno), przebojowością The Killers czy dramaturgią Arcade Fire (którzy w tamtym okresie byli na absolutnym szczycie). Editors również sięgają po orkiestrowe aranżacje, które miały nadać muzyce elegancji i rozmachu – co bez wątpienia się udało. Są tu oczywiste przeboje – „Formaldehyde”, „Sugar”, „A Ton of Love” – ale także momenty, w których nadmiar ballad spowalnia album, jakby zespół nie do końca wiedział, w którą stronę chce iść. I to chyba jest największy problem „The Weight of Your Love”. To także pierwsza płyta nagrana po odejściu Chrisa Urbanowicza, którego zastąpili Justin Lockey i Elliott Williams. Ta zmiana składu jest czymś więcej niż tylko roszadą – to symboliczny reset, który słychać na wielu płaszczyznach. „The Weight of Your Love” jest więc nie tylko stylistycznym zwrotem, lecz także próbą odnalezienia nowego miejsca na indierockowej scenie drugiej dekady XXI wieku.
Moje typy: „Formaldehyde”, „Sugar”, „A Ton of Love”

6. „EBM” (2022)
„EBM” to pierwsza (i wygląda na to, że ostatnia) płyta Editors nagrana z Blanck Mass jako oficjalnym członkiem zespołu. Tym bardziej jest to pozycja wyjątkowa, bo nadchodzący „Surface, Echo & Sound” ma być powrotem do korzeni – czyli klasycznego gitarowego grania (premiera już 30.10.2026 nakładem PIAS). No cóż, w takim wypadku nikogo nie powinno dziwić odejście Powera, który pożegnał się z formacją w 2025 roku. Trudno mu się dziwić, skoro nie był w stanie zaangażować się w pracę nad wydawnictwem pozbawionym wszystkich elektronicznych i industrialnych odjazdów, jakie dostaliśmy na „EBM”. A przecież to właśnie te elementy były jego znakiem rozpoznawczym i wkładem w twórczość Editors. Mimo wszystko krążek z 2022 roku to naprawdę ciekawy i udany eksperyment, do którego osobiście lubię wracać. Tak pisałem o płycie przy okazji jej premiery:
„EBM” może też oznaczać skrót od Electronic Body Music, czyli gatunku elektroniki będącym połączeniem industrialu, synth-punku i muzyki disco. W dużej mierze właśnie te elementy stanowią trzon kompozycji, przez co utwory są znacznie szybsze i dużo bardziej taneczne. Nadmiar elektroniki jest momentami przytłaczający („Picturesque”, „Strawberry Lemonade”), ale tym, co stanowi wentyl bezpieczeństwa dla każdego, kto nie spodziewał się tak odważnej metamorfozy Editors, są partie wokalne. Tom Smith dwoi się i troi, żeby swoim śpiewem pozszywać każdy z elementów w jedną całość i, o dziwo, jakoś mu się to udaje. Miejscami zespół brzmi jak wczesne Depeche Mode z okresu „A Broken Frame” lub New Order (którzy, jak by nie było, z powodu postpunkowych korzeni są dobrym odnośnikiem). Gdzie indziej słychać inspiracje rockiem industrialnym z końcówki lat 80. spod znaku debiutu Nine Inch Nails. Całość zamyka „Strange Intimacy” z niepokojącym bitem, który spokojnie mógłby się znaleźć jako podkład do intro gier z serii Mortal Kombat, lub stać się tłem do kulminacyjnych momentów filmu Johna Carpentera, przeplatany dziwacznymi wokalami w stylu new romantic, który dla mnie jest jednym z ciekawszych momentów płyty.”
(cała recenzja tutaj)
Moje typy: „Heart Atack”, „Picturesque”, „Karma Climb”

5. „Violence” (2018)
„Violence” to idealny pomost między bardziej elektroniczną odsłoną Editors a ich klasycznym piosenkowym graniem z postpunkowym zacięciem. To album, na którym zespół dosłownie zbiera wszystko, co najlepsze z pierwszych lat działalności, i łączy w spójną, gęstą, świetnie zbalansowaną całość. „Dosłownie” nie jest tu użyte przez przypadek – wystarczy wspomnieć nową studyjną wersję „No Sound but the Wind”, wielkiego koncertowego hitu Editors, wcześniej znanego głównie z soundtracku „Twilight: New Moon” z 2009 roku. Mała dygresja: nawet jeżeli uważacie „Zmierzch” za największy szrot, to nie zmienia faktu, że tamten soundtrack to zupełnie inna liga. Swoją drogą, nie wiem, co zestarzało się lepiej – ta ścieżka dźwiękowa czy Robert Pattinson. Ale hitów na „Violence” jest znacznie więcej. Praktycznie każdy singiel to strzał w dziesiątkę: „Magazine”, „Cold”, „Darkness at the Door” czy wreszcie „Hallelujah (So Low)” – wszystkie pokazują Editors jako zespół, który potrafi być jednocześnie mroczny, a przy tym przebojowy. Świetny jest tu klimat. „Violence” jest przesiąknięte uczuciem niepokoju; gdzieś pod powierzchnią przebija się napięcie towarzyszące okresowi Brexitu, które w czasie powstawania albumu zdominowało życie w UK. To płyta, która powstała w świecie pełnym lęku, chaosu i niepewności. „Hallelujah (So Low)” opowiada o doświadczeniu Toma Smitha po wizycie w greckich obozach dla uchodźców – o ludziach egzystujących w ciężkich warunkach, których życie zależy wyłącznie od pomocy innych. Końcowe brzmienie albumu było możliwe również dzięki udziałowi Benjamina Johna Powera, znanego jako Blanck Mass. Jego wkład w nagrania był ogromny. O tym, jak duży, najlepiej świadczy fakt, że powstało wspomniane wcześniej „The Blanck Mass Sessions” – alternatywna wersja albumu, która pokazuje, jak „Violence” brzmiałoby, gdyby Power dostał pełną kontrolę nad materiałem… Ja mimo wszystko wolę oryginalny album.
Moje typy: „Magazine”, „No Sound but the Wind”, „Violence”

4. „An End Has a Start” (2007)
Jestem przekonany, że w wielu zestawieniach to właśnie „An End Has a Start” zajęłoby najwyższe miejsca na podium (i jestem w stanie to zrozumieć). Dla fanów Editors to album szczególny – moment, w którym zespół udowodnił, że debiut nie był jednorazowym „strzałem” i potrafi pisać emocjonalne, monumentalne piosenki, które przede wszystkim sprawdzają się wyśmienicie na koncertach. Ja mimo wszystko uważam, że to bardzo bezpieczny i zachowawczy album, a w dyskografii Brytyjczyków znajdziemy kilka znacznie ciekawszych pozycji. W stosunku do wydanego dwa lata wcześniej debiutu Editors rozbudowali swoje brzmienie i wyszli z przysłowiowej piwnicy – albo, jak kto woli, przenieśli się z dusznych klubów na znacznie większe sceny. Było to też możliwe między innymi dzięki wspólnej trasie z R.E.M. promującej debiut, dzięki której zdobyli trochę rozgłosu. (więcej o niej w moim wywiadzie z Tomem Smithem tutaj). „An End Has a Start” pozwoliło ugruntować pozycję Editors na indiescenie pierwszej dekady XXI wieku, ale łatka, jaką przypięto im po „The Back Room”, ciągle pozostała. Skojarzenia z Joy Division i Interpol (którzy w tym samym czasie szykowali się do wydania trzeciego albumu) były wciąż jak najbardziej aktualne. Żeby było jasne – to solidna płyta, napakowana ponadczasowymi przebojami. „An End Has a Start”, „The Racing Rats”, „Bones” czy „Smokers Outside the Hospital Doors” (jeden z lepszych tytułów jakie wymyślili Editors) do dziś robią ogromne wrażenie. Ja jednak uważam, że mimo koncertowego potencjału i statusu fanfavourites – album jako całość ciągle nie dorównywał takim kamieniom milowym jak choćby „Turn On the Bright Lights” Interpol, „Silent Alarm” Bloc Party czy „Is This It” The Strokes. To nie jest przełom, który zmienił bieg indie rocka; raczej solidny, pięknie napisany zbiór kompozycji, który potwierdził formę zespołu. Tyle – i aż tyle.
Moje typy: „An End Has a Start”, „Bones”, „Smokers Outside the Hospital Doors”

„The Back Room” (2005)
Jestem cholernie świadomy każdego zarzutu, jaki przez lata spadł na „The Back Room” i, szczerze mówiąc, zgadzam się z większością z nich. Ten debiut naprawdę nie był szczególnie odkrywczy, a porównania do Joy Division czy Interpol były jak najbardziej uzasadnione. Ale mam to gdzieś, bo z perspektywy dwóch dekad od premiery te kompozycje zestarzały się świetnie i dziś bronią się znakomicie. Editors pojawili się na scenie trochę za późno, gdy postpunk revival już dawno się rozkręcił, ale mimo to ich debiut wciąż jest dla mnie jednym z najlepszych albumów drugiej fali – surowy, zimny (ach, te gitary Urbanowicza!), a przy tym cholernie równy. No i mimo wszystko bije z niego pewna świadomość wszystkich zapożyczeń, jakie na niego trafiły, a to samo w sobie jest dużym plusem. „Munich” to do dziś jedna z najlepszych piosenek, jakie Editors nagrali, ale „The Back Room” sprawdza się przede wszystkim jako całość: „Bullets”, „Blood”, „Fingers in the Factories” czy „Lights” tworzą spójny, mroczny korytarz, którym za każdym razem przechodzi się z dreszczem na plecach. A jeśli ktoś chce naprawdę poczuć pełnię potencjału grupy z tamtego okresu, powinien sięgnąć po wersję deluxe – tam kryje się między innymi rewelacyjny b-side „You Are Fading”. No i najważniejsze: „The Back Room” ma w sobie powiew specyficznej niewymuszonej naturalności, której mimo wszystko zabrakło na „An End Has a Start”.
Moje typy: „Munich”, „Fingers in the Factories”, „You Are Fading”

„In Dream” (2015)
Czy to najbardziej niedoceniony album w dyskografii Editors? Zdecydowanie tak. To zarazem też ich najbardziej przemyślana, spójna i dopracowana płyta, jaką do tej pory nagrali. „In Dream” powstawało w zupełnie innych realiach od każdego innego albumu w tym zestawieniu. Nagrano go w odosobnieniu, w szkockiej miejscowości Crear, w studiu położonym praktycznie na końcu świata. Zespół zaszył się tam, żeby odciąć się od presji, od miasta, od wszystkiego, co mogłoby rozpraszać… I to słychać. Editors chcieli być w pełni niezależni, więc po raz pierwszy w karierze wyprodukowali album całkowicie sami. Smith powtarzał, że chcieli nagrać płytę, która będzie sprawiać uczucie „zawieszonej gdzieś pomiędzy jawą a snem”. Stąd te rozwleczone struktury, pogłosy, powolne narastanie napięcia, jakby każdy utwór wyłaniał się, by po chwili zniknąć w ciemności. Na „In Dream” pojawia się Rachel Goswell ze Slowdive, jej wokale („The Law”) i chórki („Ocean of Night”, „At All Cost”) dodają całości dreampopowego charakteru. Nie ma tu wielkich hitów na miarę „Papillon” czy „Munich”, ale to nie ma najmniejszego znaczenia. To najbardziej intymny, oniryczny i emocjonalny materiał, jaki znajdziemy w dyskografii Editors. Najlepiej odbierać go na słuchawkach w ciemności. A jeżeli komuś mało, zawsze może sięgnąć po nagrania Minor Victories, supergrupy założonej przez Rachel Goswell, Justina Lockey’a oraz Stuarta Braithwaite’a z Mogwai, która jest dla mnie czymś na kształt kontynuacji pomysłów z „In Dream”.
Moje typy: „The Law”, „Ocean of Night”, „At All Cost”

„In This Light and on This Evening” (2009)
To moment, w którym Editors zaserwowali swoją pierwszą naprawdę dużą stylistyczną woltę. Jak się później miało okazać – jedną z wielu. To zwrot o pełne 180 stopni w stronę produkcji opartej w dużej mierze na syntezatorach. Zespół nie uciekł od estetyki lat 80. – przeciwnie, zanurzył się w niej jeszcze głębiej. Tylko tym razem znacznie bliżej im do Vangelisa czy New Order niż do Joy Division. Od zawsze kochałem „Blade Runnera” Ridley’a Scotta – to jeden z moich ulubionych filmów. I za każdym razem, gdy słucham trzeciej płyty Editors, czuję podobny klimat do tego, który bije z tej kultowej ekranizacji prozy Philipa K. Dicka: futurystyczny, zimny i trochę melancholijny. Album spowija pulsujące syntezatorowe brzmienie, wszechobecny chłód i ten charakterystyczny „nocny” blask. Wrażenie, jakbyśmy tkwili w skąpanym w deszczu mieście, które nigdy nie zasypia. W tłumie, a jednak samotnie. Tom Smith składa tu hołd Londynowi, przedstawiając go jako spowitą mrokiem metropolię – przytłaczającą niczym Los Angeles z filmu Scotta. I robi to naprawdę świetnie. No i jest tu „Papillon” – jeden z najlepszych singli zespołu, który w 2009 roku pokazał, że Editors potrafią nagrać zajebistą, przebojową piosenkę, nieprzywodzącą od pierwszych sekund skojarzeń z Interpol czy Joy Division. To właśnie ten moment, w którym naprawdę udało im się zerwać wszystkie te nieszczęsne łatki. To też kolejna płyta, która działa jako całość. Od klimatycznego otwierającego „In This Light and on This Evening”, przez ciekawy komentarz społeczny jakim jest „Eat Raw Meat = Blood Drool”, aż po zamykające „Walk the Fleet Road” – wszystko tu układa się w spójny mroczny pejzaż. Jeżeli jakimś cudem wracacie do tej płyty tylko po „Papillon”, spróbujcie przesłuchać ją jeszcze raz – ale przez pryzmat tego kultowego filmu science fiction z 1982 roku. To płyta, którą wiele ludzi skreśla, podobnie jak miało to miejsce z dziełem Scotta w chwili jego premiery. Mam nadzieje, że „In This Light and on This Evening” kiedyś zdobędzie zasłużone uznanie, tak jak udało się to „Blade Runnerowi”.
Moje typy: „In This Light and on This Evening”, „Papillon”, „You Don’t Know Love”
Grzegorz Bohosiewicz
Editors zagrają w Polsce już 14 listopada na festiwalu Inside Seaside. A dwa tygodnie wcześniej (30 października) ukaże się ich ósmy długogrający album (wyd. PIAS). Na koncercie z pewnością usłyszymy zarówno największe hity formacji, jak i materiał z nowego wydawnictwa.
