Chelsea Wolfe jest pierwszą artystką poruszającą się po alternatywnych nurtach muzycznych, której zacząłem słuchać. „Apokalypsis” oraz „Pain Is Beauty” zaczarowały mnie swoim ciężkim klimatem, artyzmem oraz przede wszystkim głosem Chelsea. Od wydania tych dwóch płyt minęło już ponad 10 lat, a sama Wolfe przeszła dużą metamorfozę w swojej twórczości, i tego wyrazem jest jej nowy album zatytułowany „The Dark”.
Słucham Chelsea Wolfe przede wszystkim dla klimatu, jest mistrzynią kreowania atmosfery, zarówno swoim głosem, jak i samą muzyką. Jej nowy album jest dla mnie perfekcyjnym odzwierciedleniem pory roku i pogody, która niedługo nadejdzie. Muzyka idealnie pasuje do transformacji lata w jesień, czasu, gdy liście powoli żółkną i spadają na chodniki, wiatr z dnia na dzień jest coraz chłodniejszy, a niebo coraz częściej przysłaniają ciemne chmury. Nie jest to jeszcze jesień, ale nie jest to już gorące lato. Tak bym opisał te piosenki i to, jaki obraz starają się wykreować. Jest to czas, gdy bardzo łatwo jest zaobserwować zmieniającą się naturę, a słuchanie tej płyty bardzo to ułatwia, zwłaszcza że ta muzyka jest bardzo organiczna.
Stosunkowo mało w niej elektroniki, większość piosenek tworzą pianino, gitary, bas oraz perkusja. Płyta jest dość różnorodna, są piosenki lekkie, tj. „Cold” czy „Halo”, które powoli sobie płyną, ale też takie z większą energią, np. „Seethe” albo „Swallower”. Należy zaznaczyć, że wszystkie utwory są bardzo spójne, miks jest ciepły i brzmienie gitar na każdej z piosenek jest dość podobne, co sprawia, że przyjemnie i łatwo słucha się całego krążka. Podkreślam, że piosenki nie są jakoś specjalnie skomplikowane, bazują na lekkich riffach gitarowych lub melodii na pianinie. Wszystko jednak jeszcze bardziej spaja fenomenalny wokal Chelsea Wolfe, która przyzwyczaiła nas do jakości – i tutaj kompletnie nie zawodzi. Bez wątpienia już kolejny raz pokazuje swój talent i umiejętności.
Album sam w sobie jest super, świetnie wpasowuje się w aktualną porę roku, ocieka klimatycznością i atmosferą, jednak zawsze musi być jakieś „ale”. Biorąc pod uwagę całą dyskografię Wolfe, nie jest już tak kolorowo. Jej wcześniejsze płyty były dużo bardziej eksperymentalne i innowacyjne, zwłaszcza „Apokalypsis”. „The Dark” brzmi, jakby było skierowane do szerszej publiczności, a nie tylko do starych fanów, co nie jest też niczym złym. Nie można wymagać od artystów ciągłego wspinania się na wyżyny oryginalności czy artyzmu. Jeśli Chelsea miała potrzebę stworzyć coś prostszego, to ma do tego pełne prawo, zwłaszcza że album jest świetny. Myślę, że nowym słuchaczom album podejdzie bardziej niż osobom śledzącym poczynania Wolfe od dawna. Mniej w nim tego eksperymentu i inności, która dawno temu przyciągnęła mnie do jej twórczości. Choć trzeba przyznać, że pójście w szerszą publikę i odłączenie się od mocno alternatywnej muzyki też jest odważne i poszerzające perspektywy. To po prostu bardziej z w y c z a j n y album Chelsea Wolfe, w którym mniej jest świeżości, ale dalej powala jakością i klimatem.