Są zespoły, od których po latach oczekuje się powrotu do brzmienia, za które kiedyś je pokochano. Queens of the Stone Age od dawna nie należą jednak do tej kategorii. Josh Homme konsekwentnie oddala się od pustynnego rocka, który współtworzył jeszcze w czasach Kyuss, choć charakterystycznego, niepokojącego pulsu jego kompozycji nadal nie sposób pomylić z niczym innym. Dziewiąty studyjny album grupy, „Perfecth”, ukazuje się 30 października 2026 roku nakładem Matador Records i już samym tytułem zdradza, że nie będzie opowieścią o doskonałości. Dodatkowe „h” jest celowym zniekształceniem słowa obiecującego coś, co – zdaniem Homme’a – właściwie nie istnieje. Tym razem Amerykanie nie próbują przykrywać pęknięć kolejną warstwą gitarowego hałasu. Przeciwnie, czynią z nich punkt wyjścia do jednej z najbardziej osobistych płyt w swojej dyskografii. I choć „Perfecth” daleko do bezbłędności, właśnie zaakceptowanie tych niedoskonałości okazuje się jednym z jego największych atutów.
Ostatnie lata w obozie Queens of the Stone Age trudno nazwać spokojnymi. Wydany w 2023 roku „In Times New Roman…” zamykał sześcioletnią przerwę po „Villains” i był materiałem mocnym, nerwowym, momentami wręcz dusznym. Pod zwartą gitarową powierzchnią krył się zapis okresu, w którym Homme mierzył się z poważnymi problemami zdrowotnymi i trudną sytuacją osobistą. Zespół wrócił później na scenę, przypominając o swojej koncertowej sile, ale nie oznaczało to końca komplikacji. Latem 2024 roku stan zdrowia lidera doprowadził do odwołania części występów i konieczności pilnej operacji. W takich okolicznościach pytania o przyszłość grupy przestały być wyłącznie dziennikarską figurą. „In Times New Roman…” można więc dzisiaj potraktować jak płytę powstałą w samym środku kryzysu, podczas gdy „Perfecth” brzmi bardziej jak próba zrozumienia tego, co pozostaje po jego przejściu.
Istotną rolę w tej przemianie odegrał występ w paryskich Katakumbach, zarejestrowany w 2024 roku i później przedstawiony jako „Alive in the Catacombs”. Muzycy ograniczyli tam swoje zwyczajowe instrumentarium, rozbierając znane kompozycje niemal do melodii, słów i akustycznych faktur. O tym, jak mocno to doświadczenie wpłynęło na sposób myślenia zespołu o nowej muzyce, Michael Shuman opowiada szerzej w rozmowie (link do przeczytania tutaj). To doświadczenie otworzyło grupę na większą oszczędność, a przede wszystkim na pozostawianie w muzyce rzeczy, które wcześniej zapewne próbowano by poprawić. Dobrym przykładem jest „Insignificant Other”, nagrany jeszcze pod koniec sesji „In Times New Roman…”. Na album trafiło drugie z zaledwie dwóch podejść, zachowujące drobne niedoskonałości i swobodę pięciu muzyków reagujących na siebie w czasie rzeczywistym. „Perfecth” powstawał etapami w różnych studiach, od Nowego Orleanu po Los Angeles, a za produkcję odpowiadają wspólnie Homme i Michael Shuman. Całość spaja idea kintsugi – japońskiej sztuki naprawiania rozbitych naczyń w taki sposób, by ślady pęknięć pozostały widoczne. Trudno o trafniejszy obraz obecnego etapu historii Queens of the Stone Age.

„Perfecth” przekonuje przede wszystkim dlatego, że nie próbuje być kolejną wersją „Songs for the Deaf” czy „…Like Clockwork”. Dziewięć utworów porusza się pomiędzy alternatywnym rockiem, psychodelią, kameralnością i tanecznym pulsem, a każdy z nich zdaje się funkcjonować we własnym świecie. Spaja je jednak temat miłości rozumianej znacznie szerzej niż relacja dwojga ludzi – jest tu miejsce na stratę, tęsknotę, rodzinę, przyjaźń i niepewność wobec samego siebie. Najważniejsza zmiana zachodzi przy tym nie tyle w samych gatunkowych proporcjach, ile w sposobie opowiadania. Homme rzadziej chowa emocje za ironią, pozwala melodiom wybrzmieć i nie czuje potrzeby natychmiastowego zagłuszania ich gitarami. Otwierające „It’s Only Love” od razu sygnalizuje tę większą delikatność, podczas gdy „Where the Goth Girls At?” przypomina, że groteskowy humor, zadziorność i cięższy puls nadal pozostają częścią DNA zespołu. „Perfecth” brzmi więc jak Queens of the Stone Age, które nie straciło swojej osobowości, ale jest zdecydowanie mniej zainteresowane udawaniem niezniszczalnego.
Największą siłę album pokazuje tam, gdzie forma rzeczywiście pracuje na rzecz opowiadanej historii. „Insignificant Other” rozwija się na charakterystycznym groove, ale równie ważna jak sam refren jest tutaj swoboda wspólnego grania. „Mono” idzie jeszcze dalej: przejście od klaustrofobicznego dźwięku monofonicznego do szerokiego stereo i niemal orkiestrowego rozmachu świetnie oddaje emocjonalne zagubienie. Naturalnym przedłużeniem tej atmosfery jest oszczędny „From the Cliff”, w którym pierwszoplanową rolę przejmuje głos Homme’a. Zupełnie inną temperaturę ma „Easy Street”, nagrany bez kliku z udziałem Nikki Lane. Jej surowsza barwa dobrze kontrastuje z miękkim śpiewem lidera, a celowo pozostawione niedoskonałości nadają kompozycji coś z gorzkiej, psychodelicznej americany. Ciekawie funkcjonuje również „Sunday” – nowa interpretacja utworu znanego z „Post Pop Depression” Iggy’ego Popa, tym razem przesunięta w stronę tanecznego, niemal francuskiego disco. Finałowy „Run Away from the Mob” ma natomiast znacznie dłuższą historię i dopiero po latach odnalazł właściwe miejsce. Za pozornie buntowniczym tytułem kryje się osobisty przekaz skierowany do syna Homme’a: zachęta do niezależnego myślenia i nieulegania presji tłumu.
Jeżeli gdzieś szukać zastrzeżeń, to przede wszystkim w dramaturgii całego materiału. Utwory pochodzą z różnych okresów i świadomie brzmią tak, jakby należały do odmiennych światów, dlatego nie wszystkie przejścia pomiędzy nimi są równie płynne. Kontrast pomiędzy eksperymentalnym „Mono” a delikatnym „From the Cliff” ma wyraźne emocjonalne uzasadnienie, ale w kilku innych miejscach stylistyczne przeskoki potrafią na moment zaburzyć rytm odsłuchu. „Where the Goth Girls At?” dobrze spełnia funkcję gitarowego przeciwważnika, choć na tle bardziej intymnych nagrań nie wydaje mi się równie odkrywcze. Spokojniejszy „Phantom Limb” również nie pozostawia tak wyrazistego śladu jak „Insignificant Other” czy „Easy Street”. Pewien niedosyt może budzić także obecność „Sunday” – udana sama w sobie, ale przy zaledwie dziewięciu kompozycjach siłą rzeczy zajmująca miejsce, które mogło przypaść kolejnemu całkowicie premierowemu utworowi. Nie traktowałbym jednak tej nierówności jako poważnej wady. „Perfecth” z założenia ma być płytą posklejaną z różnych emocji, okresów i doświadczeń, więc pewna szorstkość na łączeniach wydaje się wręcz częścią jego charakteru.
Ostatecznie „Perfecth” okazuje się bardzo dobrym albumem zespołu, który po blisko trzech dekadach działalności nadal potrafi spojrzeć na własną twórczość z innej perspektywy. QOTSA nie rezygnują z ciężaru, przewrotnego humoru ani charakterystycznego, lekko połamanego pulsu. Zmieniają jedynie proporcje, pozwalając większą rolę odegrać ciszy, melodii i słowom. W tym sensie nowa płyta jest naturalną konsekwencją doświadczeń z paryskich Katakumb, choć nie stanowi prostego przedłużenia tamtego projektu. Najbardziej przekonuje mnie właśnie wtedy, gdy Homme nie próbuje niczego udowadniać i pozwala sobie na szczerość bez kolejnej ochronnej warstwy ironii. To nie jest drugi „Songs for the Deaf” ani nowe „…Like Clockwork” i nie stawiałbym go automatycznie na równi z największymi osiągnięciami grupy. Nie wszystkie fragmenty mają identyczną siłę, a chwilami chciałoby się jeszcze jednego wyraźnego punktu kulminacyjnego. Mimo to „Perfecth” pozostawia poczucie obcowania z muzyką potrzebną przede wszystkim jej twórcom, a nie nagraną dlatego, że po trzech latach należało dostarczyć kolejny album. To płyta, na której ślady pęknięć nie zostały zamalowane, bo właśnie one opowiadają najwięcej. I być może to najlepsza odpowiedź na pytanie, czym dzisiaj jest doskonałość według Queens of the Stone Age.
Szymon Pęczalski