„Pojawiło się przeczucie, że to może być koniec” – mówi otwarcie Michael Shuman, basista Queens of the Stone Age, wracając pamięcią do dramatycznych wydarzeń sprzed roku. Nagły kryzys zdrowotny Josha Homme’a zbiegł się w czasie z nagraniami w paryskich Katakumbach. Efektem tego mroku i przewartościowania życia jest ich najnowsza, niezwykle intymna, pełna liryzmu płyta „Perfecth”, na której zamiast producenckich trików i sztucznej inteligencji królują szczerość, prawda, często brudna, niełatwa do wypowiedzenia. Michael opowiada o bezkompromisowej szczerości w przyjaźni i o tym, dlaczego małe kluby potrafią przerażać bardziej niż stutysięczny tłum.
Kuba Ryszkiewicz: Zacznę od pytania o wczorajszy koncert – jak było?
Michael Shuman: Myślę, że w naszej trasie z SOAD to był jak dotąd najlepszy występ.
KR: Tak?
MS: Tak. Tak uważam. Sam nie wiem, może dlatego, że jesteśmy już po dziewięciu koncertach, więc wpadliśmy już w odpowiedni rytm. A poza tym naprawdę uwielbiamy grać dla polskiej publiczności, szczerze. Ludzie byli fantastyczni. Pamiętam, jak graliśmy w tym miejscu dawno temu, to był chyba 2007 rok, czy coś koło tego, i to był jakiś festiwal. Wtedy strasznie mi się nie podobało. Ale wczoraj na scenie czuć było niesamowitą energię, czuliśmy, że złapaliśmy świetny kontakt z publiką.
KR: Morze ludzi, widziałem zdjęcia.
MS: Dla nas to szaleństwo, zazwyczaj nie gramy dla tak wielkich tłumów, więc to bardzo dziwne uczucie.
KR: Przytłaczające?

MS: Przytłaczające może nie, ja już się na koncertach nie denerwuję. Małe kluby bardziej mnie stresują. Ludzie czasem są tak blisko, że czujesz zupełnie inną energię – masz wrażenie, jakby gapili się w twoje pory na skórze. Gdy stoisz tak daleko, jest inaczej. Ale myślę, że jest to przytłaczające w tym sensie, że wiesz, że część z nich to nasi fani, ludzie, którzy lubią nasz zespół, ale obok są kolejne tysiące osób, które też próbujesz do siebie przekonać. To dla nas bardzo ciekawe wyzwanie.
KR: Prawdopodobnie jest też trzecia grupa ludzi, którzy przyszli tylko dlatego, że to tak duże wydarzenie, a na co dzień wcale nie słuchają takiej muzyki.
MS: Dokładnie.
KR: Wczoraj byłem na koncercie punkowym i była tam taka dziewczyna… Mój znajomy miał na sobie koszulkę Rise Against. Podeszła do nas i zapytała, czy to koszulka Rage Against the Machine, a potem pomyliła to jeszcze z jutrzejszym koncertem System of a Down, na który mówiła, że idzie. Wszystko jej się pokręciło. Więc tam pewnie jest spora grupa ludzi, którzy w ogóle nie wiedzą, co się dzieje.
MS: Całkowicie się zgadzam. A my nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni, nie nawykliśmy do grania jako support przed innymi zespołami. To bardzo dziwne doświadczenie grać równo przez godzinę, na dodatek tak wcześnie, przy świetle dziennym. Bardzo osobliwe.
KR: A potem następnego dnia, w zasadzie z samego rana, siedzisz tutaj i rozmawiasz z przypadkowym dziennikarzem o przypadkowych rzeczach, a wieczorem znowu grasz koncert, prawda?
MS: I robisz dokładnie to samo od nowa.
KR: Setlista też będzie taka sama?
MS: Nie wiem, do tej pory zazwyczaj układaliśmy setlistę na godzinę przed koncertem.
KR: Naprawdę?
MS: Tak, i co wieczór była inna. Ale podczas tej trasy trzymamy się stosunkowo stałego zestawu utworów, ponieważ to się sprawdza w tym godzinnym secie. Nie możemy też przekroczyć tej godziny. Na naszych własnych koncertach możemy grać dłużej, możemy dorzucić 15 minut i robić, co nam się podoba. Ale to tutaj przypomina trochę sety The Ramones – wchodzisz na godzinę, wyprowadzasz potężne uderzenie i spadasz stamtąd.
KR: Nie chcecie nadużywać gościnności…
MS: Dokładnie, nie nadużywać. A jeśli coś działa na te tłumy, to po prostu działa. Może zmienimy kilka piosenek, ale ogólny zarys zostanie.
KR: A jak decydujecie o wyborze piosenek? To wspólna decyzja?
MS: Tak, rozmawiamy o tym. Zawsze myślę o tym w ten sposób: musimy zagrać kilka piosenek takich dla nas, takich, które sami bardzo chcemy zagrać. Jednak trzeba też pomyśleć o fanach – każdy z nich wydał pieniądze, podróżował, może wziął hotel, zapłacił za parking, zapłacił za piwo i przyszedł, żeby przeżyć najlepszą noc swojego życia. Dlatego musisz zagrać określone utwory, które oni chcą usłyszeć, żeby im tę wyjątkową noc zapewnić. W końcu gramy dla was. Są więc piosenki, które będziemy grać zawsze. Zawsze zagramy „No One Knows”, zawsze zagramy „Go with the Flow”, zawsze zagramy „Little Sister”. Robimy to dla ludzi i po to tam jesteśmy.
KR: Przygotowując się do tego wywiadu, oglądałem wasz film dokumentalny o koncercie w Paryżu, w Katakumbach. Jeśli się nie mylę, to było niemal dokładnie rok temu. I z tego malutkiego, bardzo intymnego, mrocznego – również ze względu na okoliczności – koncertu przeskakujecie na wielkie areny. Kiedy słuchałem tego nowego albumu, zastanawiałem się, czy to doświadczenie z grania tak klaustrofobicznego, wręcz onieśmielającego koncertu wpłynęło w jakiś sposób na materiał na nową płytę?
MS: Tak, absolutnie. Może nawet nie chodzi o samo miejsce, w sensie – Katakumby mogły mieć mały wpływ – a bardziej o decyzję, by odrzeć wszystko z przesterów, efektów, z czegokolwiek. Zejść do samych podstaw piosenki. W Katakumbach najważniejsze stały się same fundamenty utworów oraz teksty. Przearanżowaliśmy te wszystkie piosenki na inne instrumentarium: ja nie gram na basie, gram na gitarze akustycznej, śpiewam. Zresztą każdy z nas robił inne rzeczy niż zazwyczaj. Kiedy więc zabraliśmy się za nagrywanie płyty, mieliśmy takie nastawienie, że możemy zrobić, cokolwiek zechcemy. Na pewno pomogło nam też to, jak ludzie reagowali na takie brzmienie. Pomyśleliśmy: „Okej, to działa, idźmy dalej w tym kierunku”. Przy tworzeniu tego albumu, chodziło wyłącznie o piosenki. Ta partia materiału akurat potrzebowała przestrzeni, surowości, braku maskowania przez gitary czy przestery. Chodziło o ciężar zawarty w tekstach i melodiach.
KR: Wspomniałeś o tekstach. Ten album, przynajmniej dla mnie, był bardzo mocno oparty na warstwie tekstowej, prawda? Jest mroczny, intymny, ciekawy lirycznie. Czy możesz opowiedzieć mi trochę o ich pisaniu? Przepraszam, że tak się rozgaduję, ale myślałem też o tym, jak w tym dokumencie pojawia się ten problem zdrowotny, a w połączeniu z czaszkami, katakumbami i wiekami historii nad wami wszystkimi – zastanawiam się, czy to w jakiś sposób przeniknęło do sfery tekstowej.
MS: Tak, niestety tak się stało. Myślę, że pod koniec projektu z Katakumbami pojawiło się przeczucie, że to może być koniec.
KR: Oglądając to, zdecydowanie ma się takie wrażenie.
MS: Tak, to było coś niesamowitego, prawda? Zarezerwowaliśmy Katakumby, nie wiedząc przecież, że wydarzy się ta nagła sytuacja zdrowotna.
KR: A przygotowania trwały 20 lat, jak sami mówicie, więc wcale nie było presji, co?
MS: Skumulowało się wszystko na raz – w końcu udaje nam się to wszystko doprowadzić do celu, docieramy tam i nagle rozpętuje się piekło. Ale w tym także jest to, co ostatecznie uczyniło ten projekt tym, czym jest, i dlaczego stał się tak wyjątkowy… Myślę, że gdybyśmy tam weszli i wszystko byłoby w porządku, wszyscy byliby zdrowi i szczęśliwi, film nie miałby takiego samego ciężaru gatunkowego.
KR: To trochę przypomniało mi dokument „Free Solo”, gdzie z jednej strony oglądamy niesamowitego wspinacza robiącego coś niezwykłego, ale z drugiej masz całą ekipę, która na niego patrzy, będąc w zasadzie na krawędzi czegoś ostatecznego, prawda? I tam jesteście wy, patrzący na Josha, a ty nawet, o ile pamiętam, ująłeś to dosłownie – że w tamtym momencie nie dało się przemówić mu do rozsądku, prawda?
MS: Nie. Wiesz, myślę, że taka jest nasza relacja. Gdybyś jego zapytał, pewnie też by powiedział, że ja jestem tym logicznym, głosem rozsądku, a on jest tym szalonym. Dlatego potrzebujemy siebie nawzajem – żeby utrzymywać równowagę między nami wszystkimi. I to była, jak sądzę, ważna rzecz. Tworząc tę płytę, bardzo dużo rozmawialiśmy o tekstach. To była duża część procesu. Odbyliśmy na ich temat mnóstwo dyskusji.
KR: I to nie jest dla was zazwyczaj normalny sposób pisania albumu?
MS: Zawsze rozmawiałem z nim o tekstach, ale nigdy aż tak bardzo jak teraz. Wiesz, może na „In Times New Roman…” też było tego sporo. Ale czasami na innych płytach, jak na przykład „Villains” czy „…Like Clockwork” jest z nim tak, że ma w głowie te wszystkie szalone rzeczy, które po prostu wyrzuca z siebie. Kiedy pisze utwór, w którym jest niezwykle obnażony, kruchy. Wtedy pyta: „Czy mogę to powiedzieć? Czy to nie brzmi kiczowato?”. Podczas pracy nad każdą płytą widziałem, jak traci panowanie nad sobą, jak wyrzuca do kosza teksty, jeśli nie są dla niego całkowicie autentyczne, jeśli nie czuje w stu procentach, że są prawdziwe. Przy tym albumie była masa takich pytań.
KR: Trudno ci jest powiedzieć mu: „Wiesz, może to nie jest najlepszy…”?
MS: Dla mnie nie.
KR: Nie?
MS: Taki już po prostu jestem. Bezpośredni.
KR: Zero owijania w bawełnę.
MS: On jest jednym z moich najlepszych przyjaciół. Więc nie będę przed nim ściemniał. Będę z nim szczery. Poza tym robimy płytę. Musimy zrobić to, co jest najlepsze dla albumu. Często bywało tak, że mówił: „Wiesz, czuję się dziwnie, mówiąc «kocham cię» w tym momencie”. A ja na to: „Dlaczego?”. Pamiętam tę dyskusję. Mówię: „Okej, przyjrzyjmy się niektórym z naszych absolutnie ulubionych piosenek wszechczasów. Pomyśl o piosenkach The Beatles, The Supremes czy jakichkolwiek innych, gdzie teksty były po prostu w stylu «kocham cię» albo «moja miłości»”. Prosto, bardzo szczerze i przejrzyście.
KR: Wspomniałeś o The Beatles. Jeden z utworów nosi tytuł „It’s Only Love”. Zastanawiałem się, czy w tej piosence to nie jest swego rodzaju ukłon w stronę The Beatles.
MS: Nie. Do czego to miałoby nawiązywać?
KR: Ponieważ The Beatles mają taką piosenkę – „It’s Only Love”. I tam pada „It’s only love, and that is all” („To tylko miłość, i to wszystko”).
MS: Tak, faktycznie. Racja, racja. „I feel the way I do…”. Nie, nie pomyślałem o tym.
KR: Takie miałem skojarzenie, że wasza piosenka jest smutna, jeśli się nie mylę, w tonacji molowej. Introspektywna. Z drugiej strony The Beatles „It’s Only Love” jest lekkie, pozytywne. Ten rozdźwięk między dwoma odczytaniami tego zwrotu – że to „tylko miłość” i jednocześnie „jedyna rzecz, która jest ważna”.
MS: To ciekawe. Ten album traktuje o miłości. O różnych jej obliczach. Jest tak wiele sposobów, by ją dawać i otrzymywać. Więc płyta krąży wokół tych wszystkich różnych aspektów miłości. Nazywa się „Perfecth”.
KR: „Perfect Love” („Idealna miłość”).
MS: Prawda? Ale nie tylko. Jest o miłości, ale dużo rozmawialiśmy też o sztuce Kintsugi, czyli tej japońskiej technice. Słyszałeś o niej?
KR: Złote łączenie.
MS: Tak. Dużo rozmawialiśmy o byciu złamanym. Jako mężczyzna, prawda? Albo szerzej, jako ludzie. O byciu naprawionym i odnajdywaniu tych wszystkich elementów, by stać się lepszą wersją samego siebie niż było się wcześniej. Myślę, że w życiu Josha tak wiele rzeczy było wtedy zniszczonych, ten cały chaos… Jeśli coś dzieje się w życiu kogoś z naszego zespołu, to wpływa to na nas wszystkich. Jesteśmy bardzo zżytą grupą. Więc to odczuwasz. Było tak wiele zniszczenia, że wychodząc z Katakumb i z tego całego gówna, które się działo, potrzebowałeś wsparcia z każdego możliwego źródła. Miłość i wsparcie, które mogliśmy sobie dać. Które ja mogłem mu dać. A potem jest rodzina, partnerka, dzieci. Ale wciąż zdajesz sobie sprawę, że nic nie jest idealne. Nikt nie jest idealny. I myślę, że chcieliśmy to pokazać. Tacy zawsze byliśmy na naszych płytach. Ale na tej płycie w szczególności poukrywane są błędy, zostawiliśmy je wszędzie. Słychać tam… Jest taka piosenka, „Insignificant Other”, którą nagraliśmy lata temu. Złożyliśmy ją bardzo szybko, późno w nocy, na sam koniec sesji do „In Times New Roman…”. To była ostatnia rzecz, jaką zrobiliśmy, i zarejestrowaliśmy dwa podejścia. I to drugie podejście to dokładnie to, co usłyszysz na płycie. To było po prostu granie w jednym pokoju, napędzanie się nawzajem i patrzenie sobie w oczy. Słychać tam wszystkie potknięcia, zostawiliśmy je, a tempo faluje w ten sposób, bo to naturalne. Tak właśnie brzmi człowiek. Ta płyta to w dużej mierze właśnie takie brzmienie. Niedoskonałości człowieka.
KR: Czy to rodzaj środkowego palca wymierzonego w AI?
MS: To nie jest środkowy palec, ponieważ nas to po prostu zupełnie nie interesuje. To coś, czego nigdy byśmy nie zrobili, nawet o tym nie myślimy. Ale powiem tak – kiedy teraz pojawiają się dyskusje o sztucznej inteligencji i współczesnym tworzeniu muzyki, zawsze powtarzam: „Cóż, nas to nie dotyczy, bo my po prostu nie tak działamy”. To w żaden sposób na nas nie wpłynie. Ludzie nadal będą przychodzić na nasze koncerty, bo przychodzą zobaczyć coś prawdziwego i chcą zobaczyć te niedoskonałości. We współczesnej muzyce każdy dostaje narzędzia do perfekcyjnego dopracowania wszystkiego, do wyrównywania do siatki, do poprawiania wokali i robienia czegokolwiek. A my tego po prostu nie robimy, nie jesteśmy tym zainteresowani. Myślę, że to właśnie nas odróżnia od innych współczesnych albumów, które możesz usłyszeć. I jesteśmy z tego dumni. Nie chcemy brzmieć jak ktokolwiek inny. Wiesz, jeśli zaczniesz przepuszczać nas przez ten sam filtr, przez który wszyscy inni przepuszczają swoją muzykę, zaczniemy brzmieć homogenicznie i upodobnimy się do reszty. Chcemy być sobą. Myślę, że nasi fani to dostrzegają.
KR: Powstał teledysk do jednej z piosenek – „Easy Street”. Ma bardzo charakterystyczną oprawę wizualną. Może to tylko moje wrażenie, ale przypomniał mi filmy takie jak „Wysyp żywych trupów” („Shaun of the Dead”) – wiesz, te horrory klasy B o zombie. Tylko że u was zombie zastąpili różni dziwacy.
MS: Josh opowiadał o tym pomyśle… mówił o tym koncepcie od jakiegoś roku. Mówiłem: „O, to fajne”. Głównym motywem było bycie ściganym i nagłe uświadomienie sobie, że wcale nie goni cię ten tłum. Rozmawialiśmy o tym. A potem pojawił nasz przyjaciel Tony (Wolski – przyp. KR), który jest świetnym reżyserem. Josh przedstawił mu ten pomysł, a on go trochę zmienił. Doszła kwestia budżetu – wiesz, nie kręci się już teledysków za setki tysięcy dolarów. Nie chcieliśmy też używać AI i zbyt wielu efektów. Chcieliśmy, żeby to było tak prawdziwe, jak to tylko możliwe.

KR: Faktycznie, on ma pewną surowość…
MS: Tak. Dokładnie. To były prawdziwe rekwizyty.
KR: Z tą sikającą z szyi krwią.
MS: Ale to wszystko były wybory, o których rozmawialiśmy. Oglądaliśmy montaż. Każdy z nas dodawał coś od siebie, jak to nakręcić, a potem w montażowni – żeby wrócić, coś zmienić, a na koniec po prostu nie zostawić ujęcia z tą szyją.
KR: Taka wisienka na torcie.
MS: Dokładnie.
KR: Mieliście tam sztuczny tors tej osoby, z rurkami i całą resztą?
MS: Tak, wyszło świetnie.
KR: Kiedy już album się pojawi, zamierzacie ruszyć w trasę z tym albumem? Przyjedziecie z nim do Polski?
MS: Oczywiście, że tak. Teraz dopinamy szczegóły, jak to dokładnie ma wyglądać. Wszyscy oprócz mnie mają rodziny. Trudno jest wyjechać na długi czas i tyle koncertować. Abyśmy więc mogli podjąć decyzję i zobowiązać się do wyjazdu na miesiąc czy więcej, to musi być coś naprawdę, naprawdę wyjątkowego. Musimy w pełni wierzyć w to, co robimy, ponieważ nie chcemy jechać w trasę i robić w kółko tego samego. Wkładamy dużo serca i wysiłku w to, jak ludzie będą nas postrzegać, w to, jak będzie wyglądało nasze show. Chcemy, żeby to było zupełnie inne od wszystkiego, co robiliśmy do tej pory. Wymaga to mnóstwa pracy. Bardzo wierzymy w tę płytę i chcemy, żeby ludzie usłyszeli te piosenki na żywo. Chcemy dać wam inne doświadczenie niż ostatnim razem, kiedy nas widzieliście, co było znacznie bardziej brutalnym, stuprocentowym rockandrollowym koncertem. Chcemy zrobić coś innego. Ale też nie chcemy powtarzać tego, co zrobiliśmy w Katakumbach. Weźmiemy to, czego się podczas nich nauczyliśmy, przez ostatnie 20 lat bycia razem, aby stworzyć widowisko, które w pewien sposób ogarnie to wszystko. Chcemy być zespołem, który potrafi zagrać wszystko i chcemy grać każdy rodzaj piosenki na żywo. Więc myślę, że prawdopodobnie będziemy mieć na scenie znacznie więcej sprzętu. A i oprawa wizualna będzie bardzo ważna.
KR: Bardzo dziękuję za ten wywiad. Do zobaczenia na koncercie.
MS: Do zobaczenia.