Steve Hackett i Steve Rothery należą do gitarzystów, których można rozpoznać po zaledwie kilku dźwiękach, dlatego ich wspólny album od początku wiązał się z pewnym ryzykiem. Spotkanie człowieka współtworzącego klasyczne Genesis z muzykiem od dekad kształtującym brzmienie Marillion łatwo mogło zamienić się w elegancki pokaz dwóch wielkich nazwisk albo płytę, na której słuchacz czeka wyłącznie na kolejny solowy popis. „The Roaring Waves” okazuje się jednak czymś znacznie ciekawszym. Siedem kompozycji i około czterdzieści pięć minut muzyki nie służą ustaleniu, który z obu Steve’ów gra szybciej, efektowniej czy bardziej „progresywnie”. To raczej rozmowa dwóch ludzi mających za sobą po kilkadziesiąt lat własnej historii, a mimo to wciąż potrafiących zostawić sobie nawzajem odpowiednio dużo przestrzeni. Motywem przewodnim albumu jest morze – przestrzeń pamięci, grozy, podróży i tajemnicy. Najważniejsze pytanie nie brzmi więc: „ile jest tu Genesis, a ile Marillion?”, lecz: czy dwie tak charakterystyczne osobowości są w stanie stworzyć trzeci język, który będzie należał już do nich obu?
Historia tego spotkania jest znacznie dłuższa niż sam album. Rothery nigdy nie ukrywał, że jako nastolatek chłonął Genesis, a własny sposób gry kształtował gdzieś pomiędzy Steve’em Hackettem, Andym Latimerem z Camel i Davidem Gilmourem. Hackett pozostaje z kolei jednym z architektów gitarowego języka Genesis z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych, a po odejściu z zespołu stworzył imponujący katalog solowy i regularnie powracał do dawnego repertuaru. Rothery obrał inną drogę: od 1979 roku jest filarem Marillion, przechodząc z nim od epoki Fisha i „Misplaced Childhood” do znacznie bardziej współczesnego, atmosferycznego oblicza czasów Steve’a Hogartha. Ich ścieżki przecinały się już w latach osiemdziesiątych, ale prawdziwa muzyczna przyjaźń rozwinęła się później. Rothery zagrał w „The Lamia” na „Genesis Revisited II” z 2012 roku, a Hackett dwa lata później pojawił się w utworach „Morpheus” i „Old Man of the Sea” z solowego krążka „The Ghosts of Pripyat”. Wtedy stało się jasne, że ich style wcale nie muszą ze sobą konkurować – przeciwnie, mogą znakomicie się uzupełniać.
Pomysł pełnoprawnej wspólnej płyty pojawił się mniej więcej w połowie poprzedniej dekady, a pierwsza konkretna sesja kompozytorska odbyła się w październiku 2016 roku. Później projekt dojrzewał z przerwami, bo obaj muzycy mieli własne zespoły, trasy koncertowe i kolejne wydawnictwa. Spotykali się w Racket Clubie Marillion oraz w domowych studiach, budując materiał przede wszystkim na bazie jamów, pętli perkusyjnych i spontanicznego reagowania na pomysły drugiego gitarzysty. Cztery z siedmiu głównych tematów wyrosły z pierwszych wspólnych sesji, pozostałe rozwinęły się przy udziale Riccardo Romano, klawiszowca i basisty znanego ze Steve Rothery Band. Motyw morza skrystalizował się natomiast po wspólnym wyjeździe obu małżeństw do Whitby – miejsca, w którym Rothery dorastał i gdzie zimowy huk fal stanowił część codzienności. W międzyczasie Hackett koncertował i nagrywał kolejne albumy solowe, a Rothery pracował zarówno z Marillion, jak i z Thorstenem Quaeschningiem z Tangerine Dream przy projekcie Bioscope. To ostatnie doświadczenie okazuje się zresztą istotne, bo ambientowo-elektroniczny język „Gentō” miejscami bardzo naturalnie przenika do „The Roaring Waves”.

„The Roaring Waves” to płyta spokojniejsza niż mogłoby sugerować zestawienie dwóch gitarowych gigantów, choć bynajmniej niepozbawiona napięcia. „The Storm” rozpoczyna się niemal filmowo i stopniowo nabiera gęstości, aż obie gitary zaczynają odpowiadać sobie krótkimi frazami. „Sandsend” stanowi jego przeciwieństwo: to miękki, kontemplacyjny obraz miejsca położonego niedaleko Whitby, bardziej przypominający muzyczne wspomnienie spaceru niż klasyczną rockową narrację. W tych dwóch kompozycjach zawiera się właściwie filozofia całego albumu. Hackett częściej wnosi element nieoczywisty – nietypową barwę, akustyczne lub egzotyczne brzmienie, bardziej poszarpaną frazę – podczas gdy Rothery potrafi jednym długim, śpiewnym dźwiękiem uporządkować przestrzeń i nadać jej emocjonalny kierunek. Nie zawsze bez zaglądania do wkładki da się rozpoznać, który z nich właśnie gra, ale paradoksalnie jest to jedna z zalet tej płyty. „The Roaring Waves” nie brzmi bowiem jak składanka osobnych partii Hacketta i Rothery’ego, lecz jak dzieło zespołu powołanego do życia na potrzeby jednego albumu. Niemała w tym zasługa Romano oraz perkusistów, którymi na tym wydawnictwie są Daniele Pomo i Leon Parr.
Najwięcej satysfakcji przynosi odkrywanie, jak historie poszczególnych kompozycji przekładają się na konkretne rozwiązania brzmieniowe. „Red Dragon” odwołuje się do jednego ze statków wczesnej floty East India Company; stąd lira korbowa w otwarciu, cięższy riff Rothery’ego i sitarowa gitara Hacketta, nadająca całości orientalny posmak. Tytułowe „The Roaring Waves” jest chyba najbardziej klasycznie progresywnym momentem albumu: akustyczny początek, symfoniczna przestrzeń, stopniowo rozwijające się solo i gitarowy dialog w finale składają się na fragment najłatwiejszy do połączenia z macierzystymi światami obu muzyków, choć bez bezpośredniego kopiowania Genesis czy Marillion. Jeszcze ciekawiej wypada „K-129”, inspirowany radzieckim okrętem podwodnym, który zatonął w 1968 roku na północnym Pacyfiku. Sekwencyjny puls, sonarowe sygnały i narastające partie gitar tworzą niemal gotową ścieżkę dźwiękową do zimnowojennego thrillera; sam Rothery wskazuje ten utwór jako swój ulubiony i zarazem najbardziej eksperymentalny. „The Black Sea” skręca natomiast w stronę mroku i zawieszenia, przywołując głębiny Morza Czarnego i spoczywające w nich wraki; fanom Marillion może skojarzyć się z odległym emocjonalnym kuzynem „Estonii”. Finałowe „Pacific Coast Highway” niespodziewanie wpuszcza na płytę słońce. Harmonijka Hacketta, bluesowy luz, żywszy puls i bezsłowny chór z udziałem rodzin obu muzyków sprawiają, że po niemal całym albumie spędzonym na wzburzonej wodzie nagle ruszamy wzdłuż skąpanego w słońcu wybrzeża.
Ta konsekwencja jest największą siłą „The Roaring Waves”, ale zarazem prowadzi do jego głównej słabości. Album rzadko pozwala sobie na prawdziwe szaleństwo. Gitary brzmią znakomicie, produkcja jest szeroka i selektywna, a melodie potrafią zostać w głowie, jednak środkowa część materiału chwilami zlewa się w jeden długi, elegancki pejzaż. Przy nazwiskach Hacketta i Rothery’ego można było oczekiwać nieco większej liczby momentów, w których obaj spróbują wypchnąć siebie nawzajem poza strefę komfortu. Zamiast tego najczęściej wybierają smak, przestrzeń i pełną kontrolę. Z podobnego powodu „Pacific Coast Highway” może podzielić słuchaczy: jako samodzielna kompozycja jest znakomitym, pełnym życia zamknięciem, ale jej bluesowo-amerykański luz mocno odcina się od chłodnej melancholii „K-129” i „The Black Sea”. Z drugiej strony właśnie ta powściągliwość wydaje się sednem całego projektu. To nie jest żadne „Guitar Wars 2026”, lecz album ludzi, którzy nie muszą już nikomu udowadniać własnej technicznej sprawności. Celowe unikanie gitarowego pojedynku należy więc traktować bardziej jako świadomą decyzję artystyczną niż zmarnowaną szansę.
Ostatecznie „The Roaring Waves” znacznie więcej mówi o dojrzałości obu muzyków niż o ich technicznych możliwościach. Hackett nie musi już nikomu przypominać, jak ważną rolę odegrał w rozwoju gitarowego języka rocka progresywnego, a Rothery od dawna nie jest „tym gitarzystą z zespołu porównywanego do Genesis”, lecz jednym z najbardziej rozpoznawalnych twórców melodyjnego grania ostatnich dekad. Ich wspólna płyta nie próbuje więc sklejać „Firth of Fifth” z „Kayleigh”. Czerpie raczej z tego, co w obu stylach najważniejsze – wyobraźni Hacketta, emocjonalnego tonu Rothery’ego oraz wspólnego zamiłowania do obrazu i melodii – a następnie przepuszcza te elementy przez fascynację morzem i muzyką filmową. Nie każda fala uderza tu z jednakową siłą i momentami chciałoby się nieco większego ryzyka, ale jako czterdziestopięciominutowa podróż album pozostaje wyjątkowo spójny i ma w sobie coś, co zachęca do kolejnych powrotów. Co więcej, Rothery mówi już o planach stworzenia następcy. „The Roaring Waves” nie przesuwa granic progresywnego rocka, ale bardzo przekonująco pokazuje, że dwóch muzyków o natychmiast rozpoznawalnych głosach może spotkać się pośrodku i nie stracić przy tym własnej tożsamości.
Szymon Pęczalski
Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.