IKS

Puscifer | 28.10.2026 | Warszawa, Klub Stodoła | Tekst: Mariusz Jagiełło, Fot. Kuba Ryszkiewicz | org. Live Nation Polska

Galeria zdjęć i relacja tekstowa z koncertu Puscifer, który odbył się 28 października w warszawskim klubie Stodoła

28 października na deskach warszawskiej Stodoły po raz pierwszy w naszym kraju wystąpił amerykański zespół Puscifer. Kto zainwestował niemałe pieniądze w bilet, dostał w zamian fantastyczne widowisko. Kto je pominął, a jest fanem zespołu… ten gapa. To była dwugodzinna uczta pełna melodii, mroku i odrobiny teatralnego vibe’u.

 

Puscifer to zdecydowanie najbardziej alternatywny, eksperymentalny i nieprzewidywalny projekt, w którym udziela się Maynard James Keenan. W swojej twórczości zespół łączy elektronikę, industrial, trip-hop, post-punk, rock alternatywny i groteskowy humor. Ani Tool, ani A Perfect Circle nie są tworami aż tak eklektycznymi. W moim swoistym maynardowym bingo brakowało mi do odhaczenia tylko tej pozycji. Od wczoraj mam już komplet.

REKLAMA

 

Warszawa była trzecim przystankiem na ich europejskiej trasie promującej tegoroczny album „Normal Isn’t”. To album, na którym królują przede wszystkim post-punk i silne wpływy lat 80. Od razu w tym miejscu zaznaczę, że zespół podczas wczorajszego wieczoru zagrał wszystkie utwory z tej płyty, co można zrozumieć – niemniej osobiście wolałbym bogatszą reprezentację kompozycji z rewelacyjnego „Existential Reckoning”. Przed rozpoczęciem koncertu publiczność została poinformowana, że przez cały występ obowiązywać będzie bezwzględny zakaz korzystania z telefonów komórkowych. To zresztą doskonale korespondowało z tematyką najnowszej płyty – krytyką cyfrowego przebodźcowania i uzależnienia od internetowych konfliktów. I trzeba przyznać, że nie widziałem nikogo, kto korzystałby z telefonu.

 

Początek koncertu wręcz zdominowały kompozycje z płyty „Normal Isn’t”. Rozpoczęli od „Thrust”, później był chyba najbardziej toolowy „Self Evident”. Ogromne wrażenie zrobił na mnie utwór tytułowy, przy którym po raz kolejny upewniłem się, jak bardzo taneczny potrafi być ten zespół. Pięknie wypadł też „Pendulum”. Maynard śpiewał znakomicie, ale równie mocno zachwycała Carina, której ekspresyjny wokal świetnie kontrastował z jego charakterystycznym hipnotycznym sposobem śpiewania. Ich głosy doskonale się uzupełniały, chwilami zamieniając kolejne kompozycje w niemal teatralny dialog.

 

Teraz mała dygresja między utworami. Puscifer to oczywiście nie tylko Keenan. Jego partnerami w zbrodni są jeszcze wspomniana Carina Round i Mat Mitchell. Jako muzycy koncertowi towarzyszyli im dodatkowo Josh Moreau na gitarze basowej oraz Gunnar Olsen na perkusji. Cały występ miał mocno teatralną otoczkę. Maynard i Carina wcielają się na scenie w określone postacie. Sceniczne alter ego Keenana to Bellendia Black, rozpoznawalna dzięki charakterystycznej fryzurze, czarnemu strojowi i czerwono-czarnemu makijażowi. Z kolei postać odgrywana przez Carinę Round to Fanny Grey, występująca w efektownej czerwonej kreacji z rozbudowanymi ramionami i długimi rękawiczkami. Oba te „indywidua” należą do rozbudowanego fikcyjnego świata zespołu, zwanego Pusciverse, znanego z teledysków, różnych materiałów promocyjnych, a nawet komiksów.

REKLAMA

 

I właśnie po wspomnianym „Pendulum” publiczność dostała jeden z żartów z Pusciverse, zatytułowany „Bangers and Mashups”. Był to wyświetlany na ekranie za sceną specjalnie przygotowany absurdalny skecz filmowy, parodiujący program kulinarny w duchu… Monty Pythona. Bellendia i Fanny wykorzystują w nim nadnaturalne zdolności do przygotowania jedzenia, a następnie doprowadzają do eksplozji prowadzącą program. Cóż, cała idea zespołu polega na mieszaniu sprzeczności. Widać to zarówno w nazwie zespołu, jak i w jego estetyce, w której mroczny klimat tworzy swoistą symbiozę z groteskowym humorem.

 

OK – wróćmy do setlisty. Bo mniej więcej od tego momentu zaczęły pojawiać się ich największe hity. Wybrzmiały więc m.in. „The Arsonist”, „Bullet Train to Iowa” oraz rewelacyjne „The Remedy”, podczas którego Maynard i Carina odegrali groteskową kłótnię, która przerodziła się w pojedynek przy użyciu zabawkowej broni. I kiedy entuzjazm wśród publiczności zaczął sięgać zenitu… na ekranie pojawiła się informacja o dziesięciominutowej przerwie. Podobny zabieg stosowany jest na koncertach A Perfect Circle, zatem… wszystko zostaje w rodzinie.

 

Dziesięć minut ciągnęło się w nieskończoność, ale jakoś to przeżyłem i warto było czekać. Po przerwie znalazłem się w pusciferowym niebie – „The Humbling River”, „Momma Sed” (w wersji Versatile Mix), przepiękny „Grand Canyon” i „Conditions of My Parole” to wszak absolutna klasyka tego zespołu. Całość zwieńczył energetyczny „A Public Stoning”. Przez cały koncert nie było właściwie żadnej słownej interakcji z publicznością. Artyści odgrywali swoje role niczym w teatrze. Dopiero przed ostatnią piosenką Maynard podziękował wszystkim za obecność, przedstawił towarzyszących mu muzyków i… dał zgodę na używanie telefonów. Dobry Pan!

 

Osobny akapit należy się oprawie świetlnej, która była jednym z najmocniejszych elementów całego widowiska. Przecinające kłęby dymu snopy światła tworzyły efektowne, geometryczne kompozycje, a chwilami przypominały świetlisty deszcz spadający na scenę. Muzycy raz wyłaniali się z mroku, by za moment ponownie zniknąć w półcieniu lub zamienić się w tajemnicze sylwetki podświetlone od tyłu. Wszystko to nadawało występowi mroczny, industrialny, a momentami wręcz filmowy charakter, znakomicie korespondujący z muzyką. Co istotne, światła nie stanowiły jedynie efektownego dodatku, lecz były integralną częścią starannie wyreżyserowanego spektaklu. Paradoksalnie, w tym imponującym spektaklu świateł momentami ginęli sami muzycy. Trudno jednak uznać to za niedopatrzenie. Odniosłem raczej wrażenie, że dla twórców ważniejszy był całościowy obraz sceniczny niż eksponowanie poszczególnych wykonawców.

 

Tak jak wspomniałem na wstępie, kto nie był na tym koncercie, ten gapa. Rzadko kiedy tak „wielki” spektakl muzyczny odbywa się w tak relatywnie małym klubie, jakim jest Stodoła. Poza tym chyba już nigdy nie będzie okazji z tak bliska oglądać Maynarda. Szczególnie że podczas koncertów Puscifera wokalista często zajmuje przód sceny, a jak wiadomo, z Toolem czy A Perfect Circle raczej woli podwyższenie ulokowane za muzykami. Dla jednych wspomniana teatralność będzie atutem, inni mogą uznać niewielką spontaniczność występu za wadę. Wszystko sprawia wrażenie dokładnie wyreżyserowanego, łącznie z mimiką, ruchami i gestami. Dla mnie było to bardzo osobliwe, a ja lubię wszelkiej maści osobliwości. Poza tym wokalnie i wykonawczo wszystko stało na ekstremalnie wysokim poziomie. Reasumując, w warszawskiej Stodole odbył się zdecydowanie nieprzeciętny występ – pełen mroku, groteski, teatru i elementów science fiction. Ja wyszedłem w pełni usatysfakcjonowany, dodatkowo zadowolony z faktu, że w pusciferowym sklepiku dokonałem zakupu przepięknej urody czapeczki.

 

P.S. Jako support wystąpił amerykański komik, pisarz i gitarzysta Dave Hill. Jego występ nie był jednak klasycznym supportem muzycznym. Łączył stand-up, absurdalne dowcipy, gitarową wirtuozerię i celowo niedorzeczne zachowania sceniczne. Dodatkowo artysta udzielał się chwilami w trakcie występu Puscifera, a na koniec trudno go było wygonić ze sceny. Szalony typ!

 

Tekst: Mariusz Jagiełło

 

Koncert został zorganizowany przez Live Nation Polska.

 

Zapraszamy do obejrzenia galerii zdjęć autorstwa Kuby Ryszkiewicza.

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020