Była to już szósta edycja muzycznego festiwalu w Ostrowie Wielkopolskim, a zarazem moja trzecia. Króluje tu muzyka progresywna, lecz po ogłoszeniu tegorocznego składu pojawiły się marudy w komentarzach, że festiwal się zmienia w Castle Party, bo faktycznie – trzy największe nazwy (My Dying Bride, Tiamat i Swallow the Sun) odnalazłaby się prędzej na imprezie w bolkowskim zamku niż nad ostrowskim zalewem. Mimo wszystko, festiwal nie nazywa się „Ostrów Prog Festival”, a że ja cenię sobię większy rozstrzał gatunkowy, to przyjąłem to z chęcią, zwłaszcza że proga i tak nie brakowało. Wszystkie koncerty odbywają się pod namiotami. I choć w tym roku nie spadła ani kropla deszczu, ochrona przed słońcem jak najbardziej się przydała.
DZIEŃ PIERWSZY
Organizatorzy powiedzieli, że będą się starać, by nie było takich obsuw jak w zeszłym roku (a były… duże), i udało im się – zaledwie kilka minut po 14:30 w sobotę na scenę wszedł Scardust. Zespół kojarzyłem od lat, ale nie przepadałem za nimi – symfoniczny progresywny metal czasami działa, ale częściej nieszczególnie. Dość powiedzieć, że zespół niedawno supportował Sabaton. I wiadomo, że dużo muzyki leciało z taśmy, wszak zespół z orkiestrą nie podróżował. Wciąż – nie sposób ukrywać, że niektóre kawałki były bardzo chwytliwe (refren „Concrete Cages” do dziś chodzi mi po głowie), a zespół miał sporo energii i wyraźnie cieszył się z występowania w Polsce. Przez pierwszą połowę nawet nieźle się bawiłem, ale w drugiej zdarzyło mi się zerkać na zegarek.
W zeszłym roku festiwal wzbogacił się o drugą scenę, na której tego lata między występami na dużej scenie zagrało łącznie przez weekend 6 zespołów (bezpośrednio przed headlinerem nikt nie występował). Były to grupy bardzo niszowe, często rozpoczynające karierę, choć w tym roku był jeden wyjątek, ale o nim później. Małą scenę otworzył zespół Merdu, który dostał się na festiwal poprzez wygranie konkursu. Niby reklamowali się jako muzyka progresywna, ale dla mnie brzmieli jak typowa rockowa kapela. Było to poprawne granie, lecz niczym niewyróżniające się – gdyby nie kronikarski obowiązek, już bym zdążył zapomnieć, że ich widziałem.
Niestety na konkurs muszę trochę pomarudzić – była to ankieta na Facebooku, wygrywał zespół z największą ilością głosów. Rozumiem, że jest to jakaś forma promocji festiwalu, ale jako uczestnik wolałbym, by na festiwalu grały kapele, które organizator uznał za najciekawsze, a nie takie, które pospamują więcej znajomych. Zebrali oni ponad dwa tysiące głosów – na samym Facebooku śledzi ich zaledwie ćwiartka tego, nie wspominając, że na samym festiwalu tyle osób się nie pojawiło, a co dopiero na ich występie. I nie zrozumcie mnie źle, absolutnie nie czepiam się zespołu – wygrali uczciwie, zgodnie z zasadami. Pretensje za to mogę mieć do kapeli na drugim miejscu, na którą zagłosowało podejrzanie dużo „fanów” z Indii i Bliskiego Wschodu. Niestety, organizator nie dość że nie skomentował sytuacji, to jeszcze… zaprosił ich na następny rok. Co zabawne, jeden z członków owego zespołu podszedł na festiwalu do mojego kolegi z Indii, żeby zareklamować swój występ w 2027 – może faktycznie uwierzył, że Indie pełne są ich słuchaczy.

Na szczęście dalej było dużo lepiej. Na główną scenę wszedł francuski zespół Esthesis, jednocześnie zaliczając swój debiut w Polsce. Gatunkowo jest to dość typowy progresywny rock, ale z najwyższej półki – ich zeszłoroczny album „Out of Step” jest według mnie jedną z najlepszych propozycji z tego gatunku. Koncert był świetny – zespół stawia na atmosferę i jednocześnie chwytliwość, zamiast na techniczność, a ja osobiście akurat taki prog wolę. Jedynym mankamentem było słabe nagłośnienie wokalistki pojawiającej się w paru utworach, najbardziej na moim ulubionym „The Frame”. Ale jak już wspomniałem o nagłośnieniu, to poza tą jedną małą wtopą, było ono bardzo dobre przez cały festiwal – czapki z głów dla dźwiękowców.

Małą sceną zawładnął zespół Haasta. Pobawię się w Stephena Kinga i rzucę autospoilerem – był to najlepszy występ na tej scenie. Instrumentalny prog rock grany przez trio był tak samo „cool”, jak stylówa ich gitarzystki oraz basisty – czyli bardzo. Poszedłbym z chęcią na cały koncert, bo jednak dwadzieścia parę minut to było za mało.

Kolejny debiut na polskiej ziemi, tej ziemi, zaliczyli Norwedzy z AVKRVST. Po raz kolejny progresywny zespół, choć już ostatni tego dnia. Grali oni ciężej i techniczniej niż Francuzi przed nimi, ale to również był bardzo udany koncert. Oby do nas jeszcze kiedyś wrócili.
Headlinerem małej sceny (co oznacza, że mieli do dyspozycji 35 minut zamiast 25) był zespół Aion. Nic mi ta nazwa nie mówiła, gdy zostali ogłoszeni, ale szybko odkryłem, że jest to swego rodzaju legenda, oczywiście w pewnej niszy. Zespół istnieje już ponad 30 lat, choć miał 20 lat przerwy i reaktywował się dopiero dwa lata temu, wymieniając połowę składu. Oni też pasowaliby do Castle Party. Nie był to problem, bo festiwalowi udało się zebrać trochę gotów, w tym rzeczyuwiście kilku fanów polskiej formacji. Bo grają oni gothic metal bardzo w stylu polskich lat dziewięćdziesiątych. Jest to trochę kiczowate, ale ma też swój urok. Całkowicie w miejscu się nie zatrzymali i zaprezentowali też nowy kawałek. Fanem nie zostanę, ale było w porządku.

Na drugim końcu festiwalu namiot zaczął podbijać legendarny John Porter. Dla niewiedzących dodam, że to Walijczyk mieszkający w Polsce, znany początkowo z występów z Maanam, jednak z czasem rozkręcił też swoją własną karierę, której zdecydowanie najbardziej znanym punktem pozostaje album z 1980 roku – „Helicopters”. Owo dzieło pana Jana wybrzmiało w Ostrowie niemalże w całości (zabrakło jedynie „Life”). Set uzupełniło parę utworów z dalszej części kariery, w tym nowy, niewydany nigdzie utwór „Revolution in the Whorehouse”. Co prawda Walijczyk grał z zespołem, ale – w żadnym wypadku nie umniejszając pozostałym muzykom – całkowicie dominował sceną. Aż trudno uwierzyć, że ma aż 75 lat! Znakomity występ, pełen rock’n’rollowej energii, momentami zahaczający o bluesowe klimaty. Być może najlepszy koncert tegorocznej edycji.
Czas na headlinerów – My Dying Bride. Losy tej brytyjskiej kapeli ostatnio podzieliły fanów, gdy zespół zwolnił bardzo charakterystycznego wokalistę i jednocześnie współzałożyciela, Aarona Stainthorpe’a. Mnóstwo ludzi nie widziało sensu istnienia kapeli w obecnej formie. Wszak ze starego składu został tylko gitarzysta Andrew Craighan, a drugi najstarszy stażem członek zespołu dołączył dopiero po 27 latach istnienia formacji i nie zagrał na żadnym z ich najbardziej uznanych albumów. No cóż, nie będę tu rozstrzygiwał sporów Aaron vs. Andrew. Sama historia zna mnóstwo przypadków, gdzie zespoły kontynuowały udaną karierę pomimo utracenia swojego filaru. Widać było, że mnóstwo ludzi przyjechało specjalnie dla nich, bo pod sceną zrobiło się wyraźnie ciaśniej.
Obowiązki wokalne przejął Mikko Kotamäki, znany głównie ze Swallow the Sun, które grało drugiego dnia w Ostrowie. Bardzo lubię jego głos w jego rodzimej grupie, ale czy poradzi sobie jako zastępca Aarona, który posiada jednak dość unikatowy głos? Po pierwszym utworze miałem duże wątpliwości – nie jestem pewien, co on próbował osiągnąć, chyba imitację poprzednika. Wyszło z tego jakieś mamrotanie. Na szczęście od drugiego numeru było już dużo lepiej, Fin śpiewał w swoim stylu, a że oba jego zespoły posiadają niezwykle melancholijny klimat, tak i tutaj jego czysty wokal i growle bardzo dobrze się wpasowywały do tego gotyckiego death doomu. Niestety, w paru kawałkach znowu mamrotał, na szczęście były to już tylko fragmenty.

Setlista była przekrojowa i obejmowała prawie cały okres istnienia My Dying Bride, od drugiej płyty „Turn Loose the Swans” do wydanej dwa lata temu „A Mortal Binding”. Łącznie zagrali 11 kawałków z 7 krążków. Pomimo słabego początku udało mi się wczuć w atmosferę wytworzoną przez Brytyjczyków (oraz Fina), i sam występ uznaję za jak najbardziej udany. Rozumiem wątpliwości, ale mimo wszystko zachęcam fanów do dania szansy tej nowej odsłonie, jeśli będzie okazja ich zobaczyć. A zaledwie parę dni przed ich polskim występem Aaron ogłosił powstanie zespołu Towards the Sinister, w którym z paroma byłymi członkami My Dying Bride będzie grał kawałki z ich pierwszych czterech płyt. Może i rodzice się rozwiedli i miłości w rodzinie jest mniej, ale za to teraz dzieci dostają prezenty i od taty, i od drugiego taty.
DZIEŃ DRUGI
Drugi dzień otworzyli łodzianie z Let See Thin. Zwrócę tu uwagę na rozwój (choć bardziej pasuje słowo „progres”) festiwalu – jest to jedyny mało znany polski zespół grający na dużej scenie. Reszta to sama zagranica, plus John Porter. Choć oczywiście nie znaczy to, że byli gorsi; bardziej mi się podobali niż Scardust dzień wcześniej. Taki przyjemny prog rock, z wokalistą przypominającym głosem Damiana Wilsona z Threshold i Areny. Nawet trochę publiczności zebrali, mimo że pod namiotem było odrobinę duszno, gdy na zewnątrz doskwierało ponad trzydzieści stopni w pełnym słońcu.

Małą scenę tego dnia rozpoczęły Konstelacje. Zaczęli bardzo dobrze, z głównie instrumentalnym post-rockowym kawałkiem. Niestety, potem zaczęli śpiewać. Tak niezbyt ładnie. I z banalnymi tekstami. Jakby tego było mało, to i sama muzyka zaliczyła regres – brzmieli jak zwykły polski rockowy zespół. Jeśli będę o tym za rok pamiętać, to tylko przez unikatowe wdzianka muzyków.

Jeśli ktoś nie wiedział z jakiego kraju jest Ihlo, to mógł się domyślić po typowo brytyjskim poczuciu humoru wokalisty, który żarciki serwował co piosenkę. Mnie tam bawiło, ale moje poczucie humoru jest trochę skrzywione. Londyńczycy są znani polskiej publice, bo grali przed Leprousem w lutym. Wystąpią też przed Hakenem, ale jak zażartowali: „jeśli idziecie na Haken, to możecie nas ominąć, no bo już nas widzieliście”. Na Haken co prawda się nie wybieram, ale gdybym szedł, to jednak pojawiłbym się też na supporcie. Dobry koncert, mimo że trochę zbyt djentowe klimaty dla mnie – ot, kwestia preferencji. Z zespołów grających podobną muzykę, tj. prog metal z djentem w tle, i tak są obecnie jednymi z lepszych.
Przedostatni koncert na małej scenie zagrał Damian Szewczyk. Współpracował on z wieloma muzykami, jak Wojciech Hoffman czy Andrzej Nowak, natomiast jego solowa kariera dopiero się rozkręca. Koncert o tyle nietypowy, że Damian gra na basie i wspiera go jedynie perkusista. Ale prawdę mówiąc, na mnie prawie nigdy nie działają te gimmicki, a liczy się jedynie efekt końcowy, czyli jak brzmi całokształt. A brzmiał… no, tak sobie. Kolejny zespół na małej scenie, gdzie wokale mi psuły efekt (Haasta chyba jednak wiedziała, rezygnując ze śpiewu), a same kawałki nie zapadły w pamięć. Zagrali jeden utwór z debiutu, jeden z nadchodzącej płyty (który Damian skończył pisać zaledwie kilka godzin wcześniej – ok, akurat tak świeżego numeru chyba nigdy nie słyszałem, więc coś z tego koncertu zapamiętam) oraz cover „Jest taki samotny dom” Budki Suflera z gościnną wokalistką. Tu też mam wątpliwości, czy granie cudzego materiału, gdy ma się czas na zaledwie trzy kawałki, jest dobrym pomysłem. W szczególności, że aranżacja, mimo braku gitary, nie była specjalnie unikatowa. Nie był to zły koncert, ale dobry też nie. Przeciętny.

Lee Abraham był największym rarytasem tegorocznej edycji. Co prawda, muzyk ten pojawił się w Ostrowie jako gitarzysta Galahad dwa lata temu, ale ma on też rozbudowaną solową karierę (aż 10 albumów). Mimo tego Brytyjczyk niezwykle rzadko koncertuje pod swoimi własnymi flagami – był to jego pierwszy show poza Anglią w ogóle! Właśnie takie niecodzienne występy są tym, co mnie najbardziej przyciąga do tego festiwalu. Co prawda Anglik gra muzykę z tego samego gatunku, co jego główna formacja, czyli rock progresywny, to jednak różnią się one trochę stylem – Galahad jest bardziej energiczny, żeby nie powiedzieć chwytliwy, a solowe albumy Lee stawiają bardziej na spokojną atmosferę. Do gitarzysty dołączyła trójka muzyków – klawiszowiec, basista oraz perkusista. Koncert był bez zarzutu, nie widzę opcji, by nie spodobało się fanom jego twórczości. Co prawda nie bez powodu w Galahadzie obowiązki wokalne przejmuje ktoś inny, ale pan Abraham też ma ładny głos. Połowę setu zajęły utwory z najnowszej płyty, „Origin of the Storm”, poza tym zagrał jeszcze dwa utwory z przedostatniej płyty (w tym jeden mocno skrócony, ale i tak trwał ponad dziewięć minut) oraz jeden z „Comatose”. Sam Lee powtarzał wielokrotnie, jak bardzo lubi Polskę – i nie brzmiało to jak puste słowa. Wyszedłem spod namiotu z uśmiechem na twarzy.
Zamykające małą scenę Imaginature na papierze brzmiało jak coś bardzo nie dla mnie. Polski symfoniczny power metal. O dziwo, było całkiem w porządku. Wokalistka z operowym głosem oraz wokalista z mniej operowym głosem zarażali energią, utwory były dość chwytliwe. Trochę sera, ale takiego smacznego jak Lazur, którym przez cały festiwal można było się nieodpłatnie poczęstować. W domu raczej nie będę do tego wracał, ale z koncertu zachowam dobre wspomnienia.

Gdybym dostawał złotówkę za każdy koncert na Ostrów Rock Festival 2026, gdzie śpiewa Mikko Kotamäki, a co do którego miałem obawy, to miałbym dwa złote. Niby niewiele, ale dziwne, że stało się to dwa razy. Trudno całkowicie wyzbyć się sceptycyzmu, gdy Swallow the Sun niedawno wydało płytę zgodnie uznawaną za najgorszą w całym ich ćwierćwiecznym dorobku. Dobrze, gdy zespoły eksperymentują i próbują czegoś nowego, ale ciężko mi nazwać odwagą postawienie na produkcję, przez którą zabrzmieli jak jakiś alternatywny metal z przełomu wieków. Z tym że ta produkcja niezależnie od gatunku jest po prostu niskiej jakości, czyniąc muzykę nieprzyjemną dla uszu. Natomiast czułem, że kryją się tam dobre kawałki, które zostały całkowicie zarżnięte w studiu, i po cichu liczyłem, że może na żywo wybrzmią jak należy.
Moje przeczucie było dobre – nowe utwory rzeczywiście były prawie nie do odróżnienia od starych, jeśli chodzi o brzmienie i klimat. Jak jestem przeciwny wszystkim zabiegom nagrywania płyt na nowo, tak tutaj bym zrobił wyjątek… Poza nowościami dwie trzecie setlisty zajmowały numery z ich pierwszych czterech płyt, na których to zespół brzmiał najciężej. Bardziej deathdoomowo niż – jak później – gotycko. Trochę dziwny kontrast, biorąc pod uwagę ich ostatnią płytę. Szkoda też, że zespół od pięciu lat nie gra z klawiszami na żywo, a wysługuje się taśmą – to był największy minus tego koncertu, aczkolwiek wiedziałem, że tak będzie, więc nie będę udawał rozczarowania. Pomijając ten aspekt, było naprawdę nieźle. Zarówno nowe jak i stare kawałki wprowadziły ostrowski namiot w melancholijny nastrój.
Nadszedł czas na ostatnie półtorej godziny muzyki szóstej edycji Ostrów Rock Festival. I nie ma co ukrywać – Tiamat najlepsze lata miał już za sobą. Ale możliwe, że najgorsze również. Pamiętam, jak żałowałem, że nie widziałem ich koncertu na Brutal Assault w 2017 roku, kiedy to zespół grał moje ukochane „Wildhoney” w całości, ale wystarczyło kilka nagrań na YouTubie, na których całowicie nawalony mózg zespołu – Johan Edlund – sprawił, że moje żale poszły w niepamięć. Pionierów szwedzkiego gothic metalu udało mi się zobaczyć na zeszłorocznej edycji Mystic Festival, zatem wiedziałem mniej więcej czego się spodziewać – znacznie lepszego koncertu niż jakie zdarzało im się dawać jeszcze parę lat temu. Choć oczywiście ryzyko zawsze było.
Na szczęście piwa bezalkoholowe to świetny wynalazek i Johan w Ostrowie zaprezentował się w najlepszej formie, jakiej mógł. Ale wciąż – nie są to lata dziewięćdziesiąte. O growlowaniu, np. we wspaniałym „Whatever That Hurts”, można zapomnieć. Wokalista tym razem wystąpił w dość nietypowym stroju, jakby go ktoś wyciągnął w środku nocy z psychiatryka na scenę. Koncert był podpisany jako „Clouds & Wildhoney evening”, choć jest to trochę mylące – utwory z tych dwóch płyt zajęły ledwo połowę setlisty. Co więcej, z „Clouds” zagrali tyle samo kawałków co z „Prey”, ale to już czepianie się pierdół. Najbardziej ucieszyło mnie poruszające „Do You Dream of Me?” z ich opus magnum. Podczas tego utworu Johan położył się na scenie, co później komentujący w Internecie wyśmiewali jako narkotyki, ale nikt z uczestników nie miał takiego wrażenia – to po prostu ekspresja artystyczna. Żeby było zabawniej, dzień wcześniej ludzie czepiali się Mikko, że na koncercie My Dying Bride tylko stał i śpiewał, a nie kładł się na scenie jak jego poprzednik. Cóż, niektórym osobom nie da się dogodzić.

Co prawda nie zawsze brzmiało wszystko jak powinno. Nie tylko przez głos, ale przez to, że utwory często pisane na dwie gitary były grane z jedną. Niemniej jednak, było bardzo dobrze, a jakość samych numerów sprawiała, że większość fanów (których było nie mniej niż na My Dying Bride) wyszła z koncertu zadowolona – i ja również. Nie jestem pewien, czy to celowo miał być czarny humor, ale bardzo rozbawiła mnie wypowiedź festiwalowego konferansjera, gdy ludzie próbowali wyciągnąć zespół na bis: „zespół może jeszcze wyjdzie na scenę, ale Johana z nami już niestety nie ma…”. Podobnie nie jestem pewien, czy błagalna prośba Johana o piwo podczas koncertu była prawdziwa, czy to przykład jego specyficznego poczucia humoru, jakie prezentował podczas festiwalu (np. nagrywał publikę jako dowód dla żony, że się nie obija).
I tak oto zakończyła się kolejna edycja tego festiwalu. Brakowało mi trochę absolutnie topowych momentów, jak na poprzednich edycjach (Pain of Salvation, Galahad, Meer…), ale ta jakościowo była chyba najrówniejsza. Może i mała scena tym razem całościowo się nie popisała, ale i tak traktuję ją jako bonus. Wszak zawsze lepiej zobaczyć przeciętny koncert, niż nudzić się pół godziny między występami. Warto też pomyśleć nad rozszerzeniem strefy gastronomicznej, która była mała i dość przeciętnej jakości. Szkoda też, że zrezygnowano z naprawdę porządnych rzemieślniczych piw (ba, dwa lata temu było nawet dobre piwo festiwalowe).
Jednak całościowo jestem zadowolony z festiwalu. Bardzo podoba mi się kameralna otoczka w Ostrowie – klimat, mili ludzie, dobra muzyka. Jestem prawie pewien, że jeszcze kiedyś wrócę nad zalew – może i w przyszłym roku, jeśli rzucą jeszcze paroma fajnymi nazwami. Czuć, że to wszystko robione jest przez fanów, którzy kochają takie dźwięki i chcą się bawić równie dobrze, co uczestnicy. Taka mała perełka na koncertowej mapie.
Mateusz Jugowiec
