IKS

Flamebearer – „Igniter” [Recenzja], wyd. Interstellar Smoke Records

Flamebearer to londyński kwartet wykonujący bardzo energiczną i niezwykle wybuchową mieszankę stoner/doomu, glam metalu oraz punk rocka. Połączenie to na pierwszy rzut oka może wydawać się abstrakcyjne, ale Anglikom udało się to wszystko pięknie wymieszać: formacja wzięła stonerowe brzmienie, punkową energię oraz glamową przebojowość i sznyt, tworząc uzależniający i pobudzający muzyczny mariaż.

„Igniter” jest drugim albumem długogrającym oraz czwartym wydawnictwem muzycznym w ogóle. uwzględniając materiał demo oraz EP-kę. Od samego początku, niezależnie od tego czy muzycy grają ciężej czy nieco lżej, formacja ma prawdziwy talent w tworzeniu prawdziwych bangerów. Nie potrafię słuchać utworów skomponowanych przez Londyńczyków na spokojnie: każdemu towarzyszą emocje oraz wybuch energii, dlatego czekałem na najnowszy album z niecierpliwością, tym bardziej, iż jest on wydany przez nasze rodzime Interstellar Smoke Records.

 

Utwory na „Igniter” są zróżnicowane, oferując najróżniejsze doznania i wrażenia. Pomimo stonerowego rdzenia muzycy zdają się czerpać całymi garściami z lat 80. oraz stanu muzyki z tej dekady. Wszystko tutaj ma prosty cel: trzymać słuchacza w garści od samego początku do końca. Sekcja rytmiczna sprawia, że nie jestem w stanie spokojnie wysiedzieć, riffy i melodie gitary potrafią zarówno wypieścić ucho, jak i pięknie strzelić w pysk. Wokal to istny kosmos: niezależnie od stosowanej techniki ma on w sobie niezwykłą dozę szaleństwa oraz hipnotyczność, która potrafi zdominować mój umysł jako słuchacza. Bardzo raduje się moje serce, iż Flamebearer eksploruje ten rock’and’rollowy aspekt grania stonerowego, pokazując tym samym, iż wcale nie musi to być ponura muzyka. Może to być twórczość pełna energii, dobrej zabawy oraz szaleństwa.

 

 

Żeby nie być gołosłownym: otwierające album „Electric Haze” już od samego początku ma w sobie energię mogącą porwać tłumy, nawet ta bucząca sekcja rytmiczna i riff nie odbierają nic z energii. Kiedy wkracza wokal, jako słuchacz zostaję rzucony w wir dobrej zabawy i potężnego groove’u, który rozkręca się coraz bardziej, znajdując punkt kulminacyjny w stadionowym finale.„Falling Down” to utwór punkrockowy, ale zagrany wolniej i ciężej. Nadaje się i do punkowego tańca, i do tupania nogą, i do szaleństwa pod sceną. Pomimo wolniejszego tempa znajdziecie tutaj masę energii oraz szczyptę szaleństwa, które wżerają się w mózg coraz bardziej i bardziej.

„Something Going On” to przebojowy heavy metal zagrany na stonerową modłę: poza mamucim ciężarem znajdziecie tutaj zarówno riffowanie oraz melodie w klasycznym metalowym stylu, jak i ten charakterystyczny galop, jednakże bas przypomina, z jakim zespołem mamy do czynienia. Wokal stosuje najróżniejsze manewry: krzyczy, śpiewa, skanduje i roztacza aurę rock’and’rollowego szaleństwa. „Don’t Think (Your Life Away)” ma w sobie urok opowieści zasłyszanej od szaleńca napotkanego na ulicy. Głównym motywem utworu jest wokal balansujący gdzieś pomiędzy uciekinierem z zakładu zamkniętego a nabuzowanym hipisem. Pod koniec utworu następuje piękna żonglerka pomiędzy psychodelą a wymiataniem.

 

„Bow Down to Me” to utwór będący czystym rock’and’rollem przekutym na ciężki dźwięk. Po prostu nie da się słuchać tego kawałka na spokojnie: zespół robi wszystko, aby zawładnąć słuchaczem poprzez niezwykły groove oraz tonę przebojowości. Tytuł jest tutaj zatem nieprzypadkowy. Wokal tutaj zarówno hipnotyzuje, stwarza poczucie zagrożenia, jak i pobudza do walki.  „Sense of Freedom” zaczyna się od ekspresywnej partii solowej gitary, która przechodzi w złowrogi riff. Kawałek jest zdecydowanie mniej imprezowy od poprzednich, ale nawet w tym ponurym gruzowaniu znajdzie się mocno bujający groove czy bardziej minimalistyczne motywy opowieści. Gdzieś czuję tutaj pod skórą klimat pierwszej fali heavy metalu, która pali więcej zioła.

 

zdj. Pete Burton

 

„Burning Soul” to istne szaleństwo w warstwie instrumentalnej oraz wokalnej. To wkręcające się motywy gitary przeplecione buczącym, masywnym riffem oraz wokal kojarzący z obłąkanym rycerzem po dwudziestej szklance wiedźmiego wywaru. Płytę zamyka „Whispering Winds”, który zaczyna się niczym horror, a następnie rozwija w mamucią ścianę riffu. Ależ to buczy, rezonuje i wprawia ziemię w drżenie. Intrygujące zwieńczenie tak energicznego albumu: nieco wyciszenia po szaleńczym rajdzie. Nie ma to jak oddać się riffowej uczcie na koniec. Finał to już istna transcendencja.

 

Nieczęsto zdarza się, abym po odsłuchu jakiegoś albumu był nabuzowany. „Igniter” sprawił, iż po jego odsłuchu czuję mocny zastrzyk energii i wciąż mam ochotę na więcej. Czekam na koncert w Polsce. Materiał z „Igniter”, wraz z poprzednimi osiągnięciami zespołu, na żywo musi być istnym kosmosem. Już sobie wyobrażam, jaką imprezę pod sceną są w stanie rozkręcić kolesie z Flamebearera. Oczyma wyobraźni widzę ludzi pogujących, tańczących i cieszących się wysokooktanową mieszanką stoneru, punku oraz glamu.

 

Marek Oleksy (Gruz Culture Propaganda)

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020