IKS

Left to Die (+Livløs, Chaotian) | 04.08.2026 | Kraków, Zaścianek | org. Knock Out Productions

Zanim Death wydało swój kultowy debiutancki album „Scream Bloody Gore”, Chuck Schuldiner, Rick Rozz i Kam Lee grali razem w projekcie Mantas. Przez kilkanaście miesięcy działalności trio nagrało kilka demówek, kładąc fundamenty pod jeden z najważniejszych zespołów deathmetalowych w historii. Mantas szybko przeobraził się w Death… a co było dalej, każdy fan ciężkiego grania powinien wiedzieć doskonale. Liczne zmiany składu, siedem wybitnych albumów i ten czarny dzień dla całej metalowej sceny – 13 grudnia 2001 roku, kiedy świat obiegła wiadomość o śmierci Chucka Schuldinera, jedynego stałego członka zespołu i człowieka, którego wielu do dziś nazywa ojcem death metalu.

To właśnie Rick Rozz – współzałożyciel Mantas – oraz Terry Butler, związany z Death na wczesnym etapie działalności, postanowili przypomnieć światu (co zresztą wybrzmiało również ze sceny), że „Death is Alive!”. Właśnie z tej potrzeby narodziło się Left to Die – projekt mający uczcić pamięć o początkowym okresie działalności Death/Mantas, jak i samego Schuldinera. Złośliwi powiedzą, że Left to Die to cover/tribute band, a bardziej przychylni, że supergrupa z krwi i kości. W końcu skład uzupełniają Matt Harvey (Exhumed, Gruesome) oraz Gus Rios (Gruesome). Ale skończmy z tymi etykietami, tego upalnego wieczoru Left to Die zrobiło dokładnie to, po co powstało – otworzyło w krakowskim Zaścianku piekielny portal prowadzący wprost na Florydę połowy lat 80. Gdzie w obskurnych, cuchnących potem garażach powstawały pierwsze nagrania Mantas i formowało się Death.

 

Chaotian, zdj. Grzegorz Bohosiewicz

 

Zanim na scenie pojawili się headlinerzy, zaprezentowały na niej swoją twórczość dwa duńskie składy deathmetalowe o bardzo różnym podejściu do gatunku. Pierwszym z nich był Chaotian, których propozycja była tego wieczoru najcięższa i najbardziej gęsta.

 

Dobrze, że jeszcze nie wszyscy fani zdążyli się zameldować pod sceną, bo w ten gorący wieczór byłoby jeszcze trudniej oddychać przy takiej muzyce. Gdyby trzeba było do kogoś porównać tych panów, to należałoby wskazać ich rodaków z Phrenelith (u których zresztą bębni perkusista bohaterów tego akapitu). A gdyby sięgnąć po kogoś bardziej oldschoolowego, to dobrym punktem odniesienia byłaby twórczość Incantation, którzy jako jedni z pierwszych zasłynęli ze stawiania zawiłych struktur riffów na bazie przytłaczającego, podziemnego brzmienia niczym z krypty. Co ciekawe, cała trójka muzyków Chaotian obsługiwała mikrofony, również wspomniany wyżej perkusista, dzięki czemu ich głębokie growle atakowały jeszcze mocniej. W pół godziny zagrali 3 kawałki ze swojej jedynej dużej płyty i 3 z wydanego dwa lata później splitu z Deiquisitor.

 

Livløs, zdj. Grzegorz Bohosiewicz

 

Więcej powietrza do coraz bardziej zapełniającego się Zaścianka wpuścili ich rodacy z Livløs, którzy parają się melodyjnym subgatunkiem death metalu. Oczywiście ich muzyka jest dalej ciężka (to wciąż death metal), ale bardziej stawiają w swoich utworach na groove niż na brutalność.

 

Pomagają w tym przemycane do kompozycji elementy heavy i thrash metalu, a także odpowiednie zachowanie sceniczne wokalisty, który (być może dzięki temu, że obsługuje tylko mikrofon) co chwilę zaczepiał publikę, namawiając ją do skandowania, tworzenia mosh i circle pitów, czy nawet wall of death pod koniec występu. Livløs zagrali dosłownie parę minut więcej niż pierwszy support, skupiając się w swoim secie na ostatniej płycie, „The Crescent King”, z której poleciało aż 6 na 7 kawałków.

 

Na głównym daniu tego wieczoru fani byli już ściśnięci pod sceną niczym trupy w zbiorowej mogile (koncert był wyprzedany!), i z każdym kolejnym riffem płynącym ze sceny zamieniali się w istny Legion Zagłady. Mimo żaru lejącego się z nieba na polu (przypominam – jesteśmy w Krakowie, więc trzymajmy się właściwego nazewnictwa!), publiczność upchana w Zaścianku ani myślała odpuszczać. Kolejne mosh pity tworzyły się pod sceną, a temperatura dosłownie rosła z każdą minutą. Zaraz po zakończeniu otwierającego „Legion od Death”, Matt Harvey sprostował, że – jak zapewne część publiczności już zauważyła – po jego lewej stronie nie stoi Terry Butler, który obecnie koncertuje po Stanach z Obituary. Ta nieobecność mogła pozostawić lekki niedosyt, zwłaszcza że nazwisko tego muzyka dla starych fanów Death wciąż działa jak magnes. Z drugiej strony trudno narzekać, gdy jego miejsce zajmuje Jörgen Sandström. Legenda szwedzkiej sceny deathmetalowej, znany między innymi z Grave czy Entombed, którego pozycji chyba nie trzeba szczególnie udowadniać. Paradoksalnie więc Left to Die w kontekście bycia supergrupą nie tylko nie straciła na wartości, ale na tej konkretnej trasie stała się… nawet jeszcze bardziej „super”.

 

Left to Die, zdj. Grzegorz Bohosiewicz

 

Sam koncert opierał się na materiale Mantas oraz dwóch pierwszych płytach Death: „Scream Bloody Gore” i „Leprosy”. W sumie godzina grania, 12 kawałków, dokładnie po 4 z każdego z wyżej wymienionych okresów twórczości.

 

W skrócie – czyste, oldschoolowe deathmetalowe szaleństwo. Największe przy „hitach” takich jak kawałki tytułowe („Leprosy” i „Scream Bloody Gore”), ukochanym przez fanów “Zombie Ritual”, czy zagranych na bis ikonicznych “Pull the Plug” i „Evil Dead”. Ale według mnie najciekawiej z tego zestawienia wypadły kompozycje z albumu Left to Die – „Initium Mortis”, czyli odkurzone klasyki z wydawnictw Mantas (poza wspominanym wcześniej kawałkiem otwierającym jeszcze „Archangel”, Witch of Hell” i „Death by Metal”).

 

To nie było tylko odgrywanie klasycznych numerów – to przede wszystkim sposób na podtrzymywanie pamięci o zespole, który na zawsze zmienił oblicze ekstremalnej muzyki, oraz o człowieku, który dla wielu stał się jej symbolem – Chucku Schuldinerze. Zarówno Left to Die, jak i koledzy po fachu z Death to All robią to z ogromnym szacunkiem i, co najważniejsze, autentyczną miłością do materiału, który wykonują. Nie ma tu miejsca na odcinanie kuponów czy bezduszne granie pod szyldem wielkiego nazwiska – jest za to pasja, energia i świadomość, że robią coś czego fani potrzebują (a świadectwem tego są sold outy!). Bo choć Chucka Schuldinera nie ma z nami już od ponad dwóch dekad, jego muzyka wciąż żyje – w riffach, w tekstach, w prawdziwych emocjach ludzi stojących pod sceną i w kolejnych pokoleniach fanów odkrywających Death na nowo. Więc powtórzę słowa, jakie wykrzyczał Matt Harvey ze sceny: „Death is alive!”… I po tym koncercie trudno mieć co do tego jakiekolwiek wątpliwości.

 

Grzegorz Bohosiewicz i Adrian Pokrzywka

 

 

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020