IKS

Joel O’Keeffe (Airbourne) [Rozmowa]

Czy w czasach algorytmów i Spotify można jeszcze nagrać album z duszą? Czy sekretem sukcesu jest dzielenie łazienki z jadowitym wężem i odcięcie od świata przez powódź w ukrytym w dżungli studio. A może trzeba legendarnej konsoli, na której powstawały wczesne płyty AC/DC. Joel O’Keeffe opowiada o kinowej nostalgii lat 80., magii koncertowego „odczarowywania szarej codzienności” oraz o tym, dlaczego rockowi herosi pokroju Lemmy’ego czy Eddiego Van Halena nigdy tak naprawdę nie odejdą. To podróż do świata, gdzie nie ma miejsca na podkłady z taśmy, a niedoskonałość na żywo staje się największą siłą. Już niedługo premiera nowej płyty Airbourne (28 sierpnia) oraz koncert w Gdańsku na Rockowiźnie (8 sierpnia) i w Krakowie w Klubie Studio (26 sierpnia).

 

Kuba Ryszkiewicz: Cześć!

 

 

Joel O’Keeffe: Cześć, jak leci?

 

 

KR: Porozmawiajmy o waszym nadchodzącym albumie. Kiedy przygotowywałem się do tego wywiadu i czytałem informacje prasowe, brzmiało to prawie jak w piosence Tribute” Tenacious D. Postawiliście sobie za cel nagranie najlepszego albumu na świecie?

 

 

JO’K: O, „The Pick of Destiny”! Taa, pamiętam „The Pick of Destiny”. Coś w tym jest. W tym filmie przywrócili do życia Ronniego Jamesa Dio, no nie?

 

 

KR: Tak, tak. I Meat Loafa chyba też, prawda?

 

 

JO’K: Taa, Meat Loafa. Uwielbiam Meat Loafa i Dio. Coś w tym chyba jest. Praca nad tym albumem to była prawdziwa przygoda. Pojechaliśmy do dżungli w Australii, ale jeszcze wcześniej pisaliśmy piosenki. Pracowaliśmy z Bryanem Adamsem i Muttem Langem, nasz dobry kumpel Vic Wright też przyleciał do Australii, żeby popracować z nami nad kilkoma kawałkami. Znaleźliśmy kilka starych riffów i pomysłów z przeszłości – na przykład „Last Man Standing” to był stary riff. Podrasowaliśmy je na nowo… może nie „ujazzowiliśmy”, ale bardziej „urockowiliśmy”, żeby teraz dawały czadu. Oczywiście były też nowe piosenki, które napisaliśmy prosto w studiu. Ale ta dżungla tam, w Australii, w Byron Bay… Tam było wszystko, dzikie węże, jedne z najbardziej jadowitych na świecie, pająki atraksy mające ksywę „Big Boy”. To brzmi jak żart, ale tak na nie mówią, bo to wyjątkowo wielkie skubańce. Byliśmy tam otoczeni tym wszystkim… trochę jak w „Indianie Jonesie”. To miejsce nazywa się Music Farm. I choć wokół kręciły się te wszystkie śmiertelnie niebezpieczne stworzenia – nawet ropuchy były niebezpieczne, a do tego pieprzone węże, pająki, jaszczurki, no wszystko. Ale wybraliśmy to miejsce, bo głęboko w tym studiu mają oryginalną konsolę Neve z Albert Studios, ze StudiaOne. To ta wielka konsola, na której AC/DC, The Angels i Rose Tattoo nagrywali wszystkie swoje wczesne albumy. Czyli każdą płytę AC/DC z Bonem Scottem oprócz „Highway to Hell”. Ten stół mikserski zarejestrował kawał historii australijskiego rock and rolla. I ona tam jest, jak arka przymierza czy święty graal. To było niezwykłe wyzwanie, żeby móc na niej pracować, doznanie niemalże mistyczne, magiczne. Musisz udać się do tego odległego miejsca w dżungli i po prostu przetrwać. Byliśmy tam otoczeni przez jedne z najgroźniejszych zwierząt na świecie, które potrafiły wchodzić ci do domu.

 

 

KR: Zobaczyliście któreś z nich z bliska?

 

 

JO’K: Taa, mieliśmy węże w domu.

 

 

KR: O mój Boże.

 

 

JO’K: Jeden siedział za kiblem. Więc to była zawsze pieprzona loteria: czy on zaraz nie wyjdzie ze swojej kryjówki? Mieliśmy też żabę, która mieszkała w muszli klozetowej. Jakoś ta dwójka się dogadywała. Chyba żyli tam ze sobą już od dłuższego czasu.

 

 

KR: Zgrana z nich para.

 

 

JO’K: Do tego co chwilę były pieprzone huragany, które wiały i przewracały drzewa. Odcinały prąd w studiu. Raz byliśmy całkowicie odcięci przez powódź. Musieliśmy więc siedzieć na miejscu i żyć z zapasów z zamrażalnika, w którym mieliśmy totalnie zamrożone mięso. Robiliśmy z niego spaghetti bolognese. Robiliśmy makaron, bo to można długo przechowywać. Do tego puszki z fasolką, tabliczki czekolady i mnóstwo piwa oraz whisky. Tak udawało nam się przetrwać. Ale czasami potrafiliśmy siedzieć przez cztery dni bez prądu.

 

 

KR: I jak spędzaliście ten czas, kiedy nie dało się nagrywać?

 

 

JO’K: No więc pisaliśmy numery, piliśmy drinki i próbowaliśmy przetrwać… Mieliśmy latarki, gdy odcinało prąd. Telefony nie działały, bo nie było zasięgu. Jedyny kontakt ze światem mieliśmy przez Wi-Fi. Kiedy siadał prąd, traciłeś Wi-Fi i zostawałeś w ciemności, bez kontaktu ze światem. Kiedy wyczerpała się bateria w latarce, zapalaliśmy świeczki. Żyliśmy przy świecach przez cztery dni, jedząc makaron i czekając, aż włączą prąd. Z notesem, długopisem i gitarą akustyczną w ręku, dopracowując niektóre piosenki.

 

 

KR: Myślisz, że na tej płycie słychać to, że musieliście przejść przez takie bagno, żeby ją skończyć?

 

 

JO’K: Jak Andy Dufresne w „Skazanych na Shawshank”.

 

 

KR: Czołgać się przez rury z gównem. Wszystko to, co mówisz, brzmi jak gotowy scenariusz filmu Disneya o koszmarnym obozie letnim…

 

 

JO’K: Może powinniśmy zadzwonić do Disneya. Możesz mieć rację, w tym jest potencjał.

 

 

KR: Prawda? W informacjach prasowych wspominacie też pracę z Bryanem Adamsem. Możesz mi o tym trochę opowiedzieć?

 

 

JO’K: Tak. Dante z naszej wytwórni skontaktował się z Bryanem Adamsem.

 

 

KR: Czemu akurat z nim?

 

 

JO’K: On jest mistrzem piosenki. Jest mistrzem kompozycji i spokojnie mógłby być producentem. Jest genialnym songwriterem. To rocker, który jest bardziej znany ze swoich potężnych pop-rockowych hitów. Ale on naprawdę lubi rock and roll. Wiesz, dorastałem, słuchając Bryana Adamsa. Myślę, że większość ludzi na tej planecie wie, kim on jest. Kiedy wsiadasz do Ubera czy taksówki i włączasz radio, jest duża szansa, że usłyszysz piosenkę Bryana Adamsa. On jest takim jednoosobowym The Beatles. Ma w sobie tyle wyczucia melodii i tyle świetnych kawałków. Są takie proste, ale jednocześnie cholernie genialne i wpadające w ucho.

 

 

KR: To prawda.

 

 

JO’K: Chciałem pracować z kimś takiego kalibru. To kanadyjskie brzmienie, ta kanadyjska szkoła rocka… nawiązując do Tenacious D i „School of Rock”. A skoro mowa o szkole rocka: Bob Rock, Bruce Fairbairn… To dwaj niezwykle znani kanadyjscy producenci. Fairbairn jest oczywiście znany z wyprodukowania „The Razors Edge” dla AC/DC – to zajebisty album, z takimi numerami jak „Thunderstruck” czy „Moneytalks”. A z drugiej strony masz Boba Rocka, który robił płyty dla The Cult, Mötley Crüe, Metalliki i Bon Jovi. No i oczywiście Mike Fraser, który jest realizatorem dźwięku na naszej płycie, również brał udział w wielu z tamtych projektów. On też jest Kanadyjczykiem. Istnieje coś takiego jak kanadyjskie brzmienie, kanadyjski sposób robienia płyt. Aerosmith to kolejny przykład, wielkie płyty, które tam nagrali, jak „Permanent Vacation” i „Pump”. Mają po prostu to świetne brzmienie, a my chcieliśmy przenieść je do australijskiej dżungli. Praca z Bryanem Adamsem dała nam dostęp do człowieka, który jest jedną z głównych sił napędowych tego brzmienia.

 

 

KR: Czy on też przyjechał do tego odciętego od świata studia w dżungli?

 

 

JO’K: Nie, był akurat w trasie. I wiesz, nie wiem, jak poradziłby sobie z tymi wszystkimi wężami. Ale jednym z jego najlepszych kumpli na tej planecie jest Mutt Lange. On już w zasadzie wypadł z branży, ale od czasu do czasu daje się namówić na jakiś projekt. Bryan do niego zadzwonił i od razu dostał odpowiedź. Powiedział: „Dobra, Mutt w to wchodzi, ja w to wchodzę, bierzmy się do roboty”. Zaczęliśmy przesyłać materiały tam i z powrotem. A oni zaczęli robić z tym te swoje czary, które tylko oni potrafią. Magiczni czarodzieje piosenki. Nauczyli nas mnóstwa rzeczy. Dali nam z siebie to, co najlepsze, i zainspirowali nas, żebyśmy my również dali z siebie absolutnie wszystko. Bo kiedy tacy ludzie w ogóle podnoszą słuchawkę dla twojego małego australijskiego zespołu rockandrollowego, to niesamowicie podnosi poprzeczkę. To był wielki zaszczyt.

 

 

zdj. materiały promocyjne

 

 

KR: Może właśnie dlatego, że Bryan Adams nie kojarzy się od razu z waszą muzyką, jego wkład mógł być o wiele większy niż kogoś innego, bardziej oczywistego.

 

 

JO’K: Taa. Dokładnie. Wiesz, o to właśnie chodzi. Jesteś na tej planecie przez nie wiadomo jak krótki czas. Próbowanie nowych rzeczy i robienie czegoś świeżego jest zawsze zabawne i ekscytujące.

 

 

KR: Wspomniałeś o tym, że nasz czas na tej planecie jest ograniczony. Kiedy słuchałem nowego albumu, nie mogłem nie zauważyć, że są na nim piosenki, które w jakiś sposób nawiązują do tego faktu. Numery takie jak „Send Me to Rock ‘n’ Roll Heaven”, „Hells Got No Vacancy”, „Alive After Death (Last Plane Out)”. Wszystkie te piosenki mają wspólny mianownik.

 

 

JO’K: Taa, wiesz… Eddie Van Halen, Lemmy, Bon Scott… Wczoraj albo parę dni temu byłyby na przykład 80. urodziny Bona Scotta, zgadza się? Jego 80. urodziny. Odszedł w 1980 roku, więc to kawał czasu. Nie ma go na tej planecie od jakichś, ilu… 46 lat. A jednak w pewien sposób czuje się, jakby wciąż tu był. Lemmy też nigdy nie odszedł. Jeśli pojedziesz na Hellfest… tam stoi wielki posąg Lemmy’ego, widzisz te wszystkie naszywki Motörhead na kurtkach, z głośników leci „Ace of Spades”… Może fizycznie odeszli, ale utrzymujemy ich przy życiu, słuchając ich muzyki i zawsze o nich pamiętając. W „Send Me to Rock ‘n’ Roll Heaven” jest taki tekst: „Malcolm trzyma rytm, a Eddie uśmiecha się, kiedy tnie riff” – myślę, że tak to szło. I zaraz potem wchodzimy w solówkę. Ta konkretna linijka, wspomnienie Eddiego i Malcolma razem, pojawia się tuż przed solówką, bo czy potrafisz sobie wyobrazić, gdyby oni grali w jednym zespole?

 

 

KR: W tej piosence jest też taki wers mówiący: „wyobraź sobie zespół, jaki mielibyśmy w niebie”. Jak już pójdziesz do nieba…

 

 

JO’K: O ile mnie wpuszczą! (śmiech)

 

 

KR: O ile cię wpuszczą. Daj spokój, wszyscy dobrzy ludzie tam trafiają, no nie?

 

 

JO’K: Taa.

 

 

KR: Myślę, że nie dałoby się stworzyć tylko jednego zespołu, mając do dyspozycji tyle talentów. Więc jakie kapele chciałbyś zobaczyć w niebie?

 

 

JO’K: Cóż, myślę, że skończyłoby się to tak, jak na Hellfeście czy Wacken – tych potężnych festiwalach, gdzie w lineupie masz mnóstwo zespołów. Myślę, że powstałoby tam mnóstwo supergrup. Problem w tym, kto miałby być headlinerem? Przecież oni wszyscy musieliby być gwiazdami wieczoru.

 

 

KR: Każdy z ego sięgającym sufitu.

 

 

JO’K: Taa. Przy takich ego… wiesz, to byłby potężny pieprzony festiwal. Ale najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że Keith Richards wciąż żyje.

 

 

KR: Prawda?

 

 

JO’K: Siedzimy w studio, nagrywamy ten kawałek i myślimy: „Słuchajcie, robimy teraz tę piosenkę. Powinniśmy wymienić Keitha Richardsa, tak na wszelki wypadek?”. Na wszelki wypadek? A potem stwierdziliśmy: „Stary, Keith Richards nigdy nie umrze”.

 

 

KR: Będzie żył wiecznie.

 

 

JO’K: On po prostu nigdy nie umrze. Będzie tu trwał wiecznie.

 

 

KR: A potem musisz mówić swoim dzieciom: „nie pij, nie pal”, prawda? A potem patrzysz na Keitha Richardsa, który robi to wszystko i wciąż tu jest.

 

 

JO’K: I widzisz, Keith Richards jest na tym świecie od tak cholernie dawna. A taki Bon Scott miał chyba 34 lata, kiedy odszedł. Nie wiem, ile lat ma teraz Keith Richards.

 

 

KR: To samo Mick Jagger, prawda? Paul McCartney, Ringo Starr.

 

 

JO’K: A oni jeszcze nawet nie kwalifikują się do składu „Rock and Roll Heaven”. Ale nie chcemy zapeszać, bo The Rolling Stones nigdy stąd nie odejdą. Swoją drogą, w tym tygodniu o mało nie mieliśmy numeru jeden w Niemczech z „Alive After Death (Last Plane Out)”. I to właśnie Stonesi nas zepchnęli. Ale dobra strona jest taka: być w zespole, który przegrał walkę o pierwsze miejsce o tylko jedną pozycję z The Rolling Stones… czapki z głów przed Stonesami.

 

 

KR: A Deep Purple też właśnie wydali album.

 

 

JO’K: I jak cholernie dobrze brzmi teraz Deep Purple! Wiesz, sami dla siebie podnoszą poprzeczkę. To po prostu wspaniałe. Świetne czasy. To świetny czas dla rock and rolla.

 

 

KR: Wasza płyta niedługo się ukaże, ale wy już jesteście w trasie. Gracie nowe piosenki na żywo?

 

 

JO’K: Tak. Graliśmy już dużo „Alive After Death (Last Plane Out)” i „Gutsy”. Ale niedługo wrzucimy do setlisty „Kid in a Candy Store”. O ile nauczę się to grać (śmiech). Wychodzisz ze studia, ruszasz w trasę i nagle myślisz: „Co my do cholery tam zrobiliśmy? Jak ja grałem ten numer?”. I musisz uczyć się własnej piosenki od nowa. Taki już urok rock and rolla. Nie używamy żadnych podkładów z taśmy. Nigdy tego nie robiliśmy i nigdy nie będziemy robić. Nie możemy wyjść na scenę i spieprzyć numeru. Znaczy, ja robię błędy co wieczór, nie potrafię inaczej. Staram się dać z siebie wszystko, ale i tak coś zawsze sknocę. Ale nie możesz wyjść i nie mieć pojęcia o własnym kawałku. Kupiliśmy więc małe wzmacniacze do ćwiczeń, takie jakie mieliśmy, kiedy byliśmy dzieciakami i dopiero zakładaliśmy zespół. Rozstawimy je na backstage’u, narobimy hałasu i będziemy brzmieć beznadziejnie, dopóki się tego nie nauczymy. Wtedy powiemy: „Dobra, myślę, że dzisiaj możemy to zagrać”.

 

 

 

 

KR: Jak publiczność reaguje na nowe numery?

 

 

JO’K: O stary, idzie świetnie! Ludzie śpiewają, szaleją. W „Gutsy” zaczęli robić coś własnego. Stworzyli własne skandowanie na samym początku utworu, tam gdzie w wersji studyjnej go nie ma, bo słychać tylko stopę perkusji. Ludzie zaczynają spontanicznie śpiewać, to brzmi zajebiście. Mówimy między sobą „O rany, powinniśmy byli wrzucić to na płytę!”. Więc teraz ludzie piszą ten kawałek razem z nami na żywo. Dodają do niego nowe rzeczy i cholernie głośno nam odwrzaskują. A kiedy słyszysz ich ponad pieprzonymi odsłuchami i nagłośnieniem, to wiesz, że wszystko jest na swoim miejscu. To najlepsze uczucie na świecie, kiedy czujesz ten gorący oddech tłumu, który śpiewa piosenkę, którą sam napisałeś, nad którą pracowaliśmy w tym małym studiu pośrodku wielkiej dżungli. I to w końcu do ciebie wraca. Bo wcześniej myślisz sobie: „A co, jeśli im się nie spodoba? Co, jeśli uznają, że to gówno?”. Kiedy nagle w refrenie uderza w ciebie ta ściana mocy, kiedy czujesz ten gorący oddech publiki przy numerze, który stworzyłeś w dżungli… to jest najlepsze, absolutnie najlepsze uczucie na świecie.

 

 

KR: Pamiętam, jak dawno temu Deep Purple przyjechali do Polski z orkiestrą. To była ta trasa, na którą zaprosili wszystkich swoich przyjaciół, różnych muzyków w taki czy inny sposób powiązanych z zespołem.

 

 

JO’K: Taa.

 

 

KR: Wspomniałeś o Dio – on był wtedy jednym z gości. Właśnie wydał album „Magica”. W tamtych czasach nie było tak, że wchodzisz na Spotify i sobie słuchasz. A koncert był dosłownie kilka dni po premierze, przynajmniej tak to zapamiętałem. Pamiętam Dio stojącego na scenie, śpiewającego piosenki z tej nowej płyty, a cała hala śpiewała razem z nim. Był totalnie zaskoczony i wzruszony, bo…

 

 

JO’K: To zabawne, że ten album nazywał się akurat „Magica”. Bo to naprawdę jest magia. To czysta magia, kiedy dzieje się coś takiego. Dzięki. To jak prezent, kiedy odkrywasz album takiego artysty jak Dio, który wcześniej ci umknął, a ktoś taki jak ty mówi ci o nim i myślisz sobie: „Czekaj chwilę, mam nową płytę do odkrycia!”. To jak powrót do przeszłości, jak archeolog, który nagle znajduje rzecz, której szukał. Albo jakiś dodatkowy element układanki… tak jak mówiłem wcześniej o Indianie Jonesie. Jak arka przymierza albo święty graal.

 

 

KR: Tak jakbyś nagle znalazł zaginiony film o Indianie Jonesie.

 

 

JO’K: O rany, no tak było, prawda? „Ostatnia Krucjata”. Te pierwsze trzy były najlepsze. Dokładnie tak samo jak z „Gwiezdnymi wojnami”.

 

 

KR: Tak.

 

 

JO’K: George Lucas robi trzy dobre części, a potem nie wiem, co się dzieje.

 

 

KR: Słyszałem, że istnieją tylko trzy (śmiech). Trzy części „Indiany Jonesa”, trzy „Star Wars”… no i trzy „Władcy Pierścieni”.

 

 

JO’K: Cholernie uwielbiam George’a Lucasa. Szkoda, że nie zrobił tego więcej. Zrobił najlepsze rzeczy na świecie.

 

 

KR: Kiedy byłem dzieciakiem i obejrzałem „Gwiezdne wojny”, totalnie rozwaliły mi system. W moich wspomnieniach Polska w tamtych czasach była szara – czarno-szara, wiesz, era komunizmu. Wszędzie było ponuro i kiepsko. Przyjaciele moich rodziców pojechali do Ameryki i przywieźli stamtąd ze trzy czy cztery kasety wideo. Były po angielsku. Nie znałem wtedy angielskiego. Zmuszałem rodziców, żebyśmy tydzień w tydzień jeździli z wizytą do tych znajomych, bo tak bardzo chciałem oglądać „Gwiezdne wojny” i „Powrót do przyszłości”.

 

 

JO’K: To jest niesamowite!

 

 

KR: Nic nie rozumiałem z tych filmów, ale nie mogłem przestać ich oglądać.

 

 

JO’K: Taa, ale na tym seansie przenosiłeś się do tego pieprzonego magicznego miejsca. I nawet jeśli nie rozumiałeś, co mówią, to byłeś tam, razem z Ewokami i Hanem Solo.

 

 

KR: Święta prawda. A ekran był taki malutki… to nie było kino.

 

 

 

 

JO’K: Tak, był malutki. Ale tak, to już nigdy nie będzie lepsze niż wtedy. Wiesz, właśnie opisałeś coś ważnego… Ludzie często nas pytają: „Co sprawia, że koncert rockandrollowy jest wyjątkowy?”. I myślę, że to dokładnie to, co przed chwilą opisałeś. Czasem bywa trudno, ciemno, szaro. Za dużo maili, pieprzonego Netflixa czy czegokolwiek, co się tam dzieje. Ale idziesz na koncert rockowy i dostajesz to… Wczoraj graliśmy z Iron Maiden, oni są w tym mistrzami. Po prostu zabierają cię do uniwersum Iron Maiden. To wyjątkowe miejsce, w którym po prostu uwielbiamy być. Masz wciąż te kasety wideo?

 

 

KR: Nie, nie, to były ich kasety. Nie mogłem ich pożyczyć, bo były nagrane w innym systemie niż ten, który mieliśmy u nas w kraju.

 

 

JO’K: A, NTSC i PAL.

 

 

KR: Tak, dokładnie o to chodziło. Więc musiałem fizycznie zmuszać rodziców, żeby odwiedzali tych znajomych. I szczerze mówiąc, nie wiem nawet, czy oni się aż tak bardzo lubili (śmiech).

 

 

JO’K: A ty po prostu chciałeś oglądać „Gwiezdne wojny”!

 

 

KR: Tak! Dokładnie. W tym było coś magicznego. Wspomniałeś o „Gwiezdnych wojnach”, „Indianie Jonesie”, „Powrocie do przyszłości”, ale przecież tak samo jest z AC/DC, Iron Maiden, Metallicą. To wszystko należy do tej samej szuflady. Zaczęło się mniej więcej w tym samym czasie.

 

 

JO’K: Dokładnie tak. To wszystko ten sam czas. „Back in Black” albo „Black Album” Metalliki. Albo „Hysteria” Def Leppard. Kiedy słuchasz tych albumów, stają się przygodą. Mają brzmienie i klimat, które są wręcz namacalne. Twój mózg wyobraża sobie te kolory, te miejsca, te uczucia kiedy oni śpiewają. Wiesz, na „Pyromanii” – ten dźwięk odpalanej zapałki na samym początku. Wyobraź sobie okładkę z budynkiem, tarczą strzelniczą i ogniem. To bardzo prosty obrazek, ale twój mózg go rozwija i wyobraża sobie wokół niego całą masę rzeczy. To bardzo podobny świat.

 

 

KR: Do tego w tamtych czasach byłeś zmuszony słuchać albumu od deski do deski. Nie mogłeś po prostu wejść na Spotify i włączyć losowego odtwarzania piosenek, które lubisz. Pamiętam, że kupowało się jeden album na miesiąc i katowało się go bez przerwy.

 

 

JO’K: Ja tak miałem z „The Razors Edge”. Słuchałem tego na okrągło przez jakieś dwa lata.

 

 

KR: Ja w latach 90. potwornie dużo słuchałem „Nevermind” Nirvany. Po prostu w kółko i w kółko. Dzisiaj już bym tak nie potrafił… Mój mózg już tak nie działa. I trochę żałuję, że tak jest.

 

 

JO’K: Znalazłem na to lekarstwo. Bo miałem dokładnie ten sam problem. Myślę, że to przez to, że wszyscy mamy Spotify, Apple Music i streamujemy muzykę prosto na słuchawki. Odkryłem, że trzeba pójść i zdobyć oryginalne wydanie na winylu. Znajdź kopię albumu, którego chcesz posłuchać, kup go na winylu, przygotuj sobie porządny sprzęt, postaw kanapę albo fotel dokładnie pośrodku głośników. Nalej sobie piwa – a jak nie pijesz, to nieważne, weź cokolwiek. Po prostu się przygotuj. I wynieś telefon z pokoju. Żadnego telewizora. Nikogo innego w domu. Żadnych rozpraszaczy. Daj sobie chwilę, połóż igłę na płycie, usiądź wygodnie i zamknij oczy. Mówię ci, wysłuchasz tego pieprzonego albumu od początku do końca. Bo kiedy słuchasz z winylu… tam są rowki wycięte w tworzywie, to są fizyczne rowki w winylu. Zachodzą tam fizyczne wibracje. I kiedy ten sygnał idzie kablem elektrycznym do wzmacniacza, prąd to potęguje. Wzmacnia fizyczny dźwięk tych rowków. I kiedy głośniki zaczynają pracować i wibrować, a ty tam siedzisz i słuchasz, dzieje się magia. To wraca i staje się prawdziwe. Mówią, że „ten Blu-ray ma format bezstratny ”. Winyl to coś więcej niż bezstratny format. Tam nie ma zer i jedynek. To brzmi tak, jakby zespół grał specjalnie dla ciebie. To fizyczne doświadczenie.

 

 

KR: Ale to jest dokładnie to, o czym wspomniałeś – kiedy gracie na żywo, robicie błędy. I te niedoskonałości tworzą coś wyjątkowego. Pamiętam, jak miałem te wszystkie kiepskie walkmany, które ciągle się psuły i potrafiły wciągać taśmę. Więc ta pognieciona taśma stawała się częścią doświadczenia, kiedy słuchałeś jej po raz setny.

 

 

JO’K: Dokładnie.

 

 

KR: Niedługo przyjeżdżacie do Polski. Gracie dwa koncerty w sierpniu. Powiedz mi, czego możemy się spodziewać po waszych występach?

 

 

JO’K: Stary, damy z siebie sto procent wszystkiego, co mamy. Będziemy dawać czadu od początku do samego końca. Nie zatrzymamy się ani na chwilę. Będzie gorąco, będzie pot, i będziecie się świetnie bawić. Uwielbiam was, i tak bardzo nam was brakowało. Nie możemy się doczekać. Cholernie uwielbiamy grać dla was w Polsce. Jesteście głośni, wkręcacie się w to na maksa i nie odpuszczacie. I zawsze czekacie na nas po koncercie, żeby podziękować i podpisać parę rzeczy. Mamy dla was przygotowane mnóstwo kostek gitarowych! To będzie świetna zabawa. Nie możemy się doczekać. Nie bywamy u was tak często, jak byśmy chcieli, więc upewnimy się, że warto było czekać.

 

 

KR: Nie mogę się doczekać. Dzięki wielkie za rozmowę.

 

 

JO’K: Dzięki. Do zobaczenia.

 

 

Rozmawiał Kuba Ryszkiewicz

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020