Jeśli – podobnie jak ja – śledzicie poczynania Editors, doskonale wiecie, że jest to zespół, który przez ćwierć wieku działalności nigdy nie przestał się zmieniać. Od post-punkowego „The Back Room”, przez flirt z dream popem na „In Dreams”, aż po elektroniczne eksperymenty stworzone wspólnie z Blanck Mass. Mówiąc kolokwialnie, nudy tu nie uświadczysz (nasz ranking albumów Editors tu). Owszem, dyskografia Brytyjczyków ma prawo być momentami postrzegana jako odtwórcza, ale jednego odmówić jej nie można: różnorodności. Praktycznie każda kolejna płyta była próbą stworzenia siebie na nowo, co według mnie już samo w sobie zasługuje na uznanie. Z czasem Editors doszli jednak do punktu, w którym coraz trudniej szło rozpoznać w nich zespół, jakim byli na początku swojej kariery. Po erze industrialno-elektronicznych odjazdów, których apogeum przypadło na „EBM”, Tom Smith i spółka postanowili wykonać stylistyczny odwrót w stronę bardziej przystępnego gitarowego grania. Jak im to wyszło? Sprawdźmy.
Smith podczas wywiadu dla SztukMix, udzielonego przy okazji premiery swojego debiutanckiego solowego albumu (tu), przyznał, że piosenki Editors niemal zawsze zaczynają się od niego: od gitary akustycznej lub pianina i garści pomysłów spisanych na kartce. Słuchając „Surface, Echo & Sound”, trudno było mi oprzeć się wrażeniu, że nowy album i wydane zaledwie jedenaście miesięcy wcześniej „There Is Nothing in the Dark That Isn’t There in the Light” mają tak wiele elementów wspólnych. Niektóre kompozycje bez większego problemu odnalazłyby się na obu wydawnictwach, a czasem trudno nawet odgadnąć, z myślą o którym z nich pierwotnie powstawały („The Hills We Died Upon”, „Rush” – tu wiemy, że to odrzut z solowego albumu Toma). W tym sensie solowy debiut Smitha można traktować nawet jako swoiste preludium do zmian, które miały nadejść na ósmej płycie jego macierzystej formacji, podobnie jak przed laty „Blanck Mass Sessions” okazało się zapowiedzią „EBM”.
Ósmy longplay Editors narodził się przede wszystkim w sali prób. Na „Surface, Echo & Sound” najważniejszy jest zespół, nie proces produkcyjny. To album oparty na dialogu między muzykami, wspólnym wypracowywaniu pomysłów i naturalnej chemii, a nie na pogoni za perfekcją osiąganą za pomocą kolejnych producenckich sztuczek.
Editors tym razem postawili na wyjątkowo klasyczne brzmienie, któremu bliżej nawet do płyt Smitha nagranych wspólnie z Andym Burrowsem (notabene wypisanego jako współautor „Seriously”) niż ostatnich dokonań grupy. Syntezatory, będące przez ostatnią dekadę jednym z fundamentów ich muzyki, ustępują miejsca gitarze akustycznej, organicznym aranżacjom i oldschoolowemu piosenkowemu rzemiosłu. Są momenty, gdy album zalicza wręcz skręt w folkowe rejony (na płycie możemy usłyszeć między innymi mandolinę). Może trochę szkoda, że Editors nie zdecydowali się pójść po bandzie i nie nagrali całej płyty w takim klimacie. Momentami, gdy flirtują z amerykańskim folkiem i folk-rockiem (które mam wrażenie, że Smith czuje doskonale!), brzmią naprawdę przekonująco, a bardziej konsekwentne rozwinięcie tych pomysłów mogłoby przełożyć się na znacznie ciekawszy efekt końcowy.
Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że za produkcję odpowiadał Justin Lockey, co dodatkowo podkreśla niemal rodzinny charakter wydawnictwa. „Surface, Echo & Sound” to płyta niezwykle zespołowa, a jednocześnie bardzo osobista. Co równie istotne, zarówno nowy album Editors, jak i solowy debiut Smitha przynoszą zaskakująco dużo emocjonalnego ciepła i nadziei. To wyraźna zmiana względem wcześniejszych wydawnictw zespołu, których tożsamość budowały mrok i egzystencjalny niepokój. Melancholia wciąż pozostaje ważnym elementem tej muzyki, ale coraz częściej przepuszcza do środka światełko nadziei. A że Tom Smith od lat należy do grona najbardziej interesujących tekściarzy swojego pokolenia (i mówię to z pełnym przekonaniem!), warstwa liryczna „Surface, Echo & Sound” okazuje się jednym z najmocniejszych atutów całego wydawnictwa.

Formacja nie ukrywa miłości do swoich muzycznych idoli. Duch R.E.M., The Cure czy wielkich amerykańskich songwriterów pokroju Bruce’a Springsteena i Toma Petty’ego przewija się przez ten album niemal bez przerwy.
Muzyczny recykling na „Surface, Echo & Sound” jest wyjątkowo łatwy do wychwycenia i nie trzeba być szczególnym bystrzakiem, by bez trudu wskazać źródła poszczególnych pomysłów. Zaskakujące jest dla mnie zdziwienie części słuchaczy tymi wszystkimi zapożyczeniami, skoro mamy do czynienia z grupą, która swoje najbardziej popularne wydawnictwa zbudowała na bardzo podobnym schemacie. Kiedyś porównywano ich do Joy Division, Interpol czy New Order, dziś na celowniku znaleźli się inni wykonawcy. Niezależnie od tego najważniejsze pozostaje jedno: czy Editors nadal brzmią jak Editors?
Bo fakt, że „Seriously” mogłoby bez większego problemu odnaleźć się na „Wish” czy „Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me”, że „The Rush” i „Shadows” przywołują skojarzenia z R.E.M., a „Much Love” brzmi tak, jakby powstało podczas wspólnej sesji Bono i The Edge, nie jest jeszcze żadnym problemem. Istotne jest nie to, skąd pochodzą poszczególne elementy tej układanki, lecz czy zespół potrafi nadać im własny charakter. A pod tym względem „Surface, Echo & Sound” pozostaje albumem niepodrabialnie editorsowym.
Według mnie Editors najciekawsze albumy nagrywają wtedy, gdy odpinają przysłowiowe wrotki. „Surface, Echo & Sound” pozostaje natomiast płytą zaskakująco bezpieczną i zachowawczą. W tym kontekście zarzuty o nadmiar zapożyczeń czy motywów, które już wcześniej słyszeliśmy u innych artystów, są uzasadnione. Tyle że ostatecznie trudno się nimi przejmować, kiedy w zamian dostajemy po prostu świetne piosenki. Tom Smith i spółka osiągnęli bowiem mistrzostwo w składaniu dobrze znanych elementów w kompozycje, które mimo wszystko zostają w głowie na długo po zakończeniu odsłuchu. Jestem przekonany, że singlowe „Call It In”, „Rush” czy „Seriosuly” na stałe wejdą do koncertowego repertuaru grupy. „Surface, Echo & Sound” to nie jest album, który wyznacza nowe kierunki, ale znakomicie przypomina, dlaczego Editors od ponad dwóch dekad pozostają jednym z najsprawniejszych zespołów gitarowych swojego pokolenia. To bardziej popis rzemiosła niż kreatywnej odwagi, ale rzemiosła stojącego na naprawdę wysokim poziomie.
Grzegorz Bohosiewicz