Uncle Acid & The Deadbeats to jeden z najważniejszych dla mnie zespołów. Uważam za dość ironiczne, iż to właśnie ten współczesny zespół przekonał mnie i zainteresował muzyką lat 60. oraz 70. te kilkanaście lat temu, kiedy dane mi było go odkryć. Będąc szczery przed samym sobą: jest to formacja, która zmieniła moje postrzeganie oraz recepcję muzyki, dlatego każdego nowego wydawnictwa wyczekuję z niecierpliwością. Po wydaniu znakomitego albumu koncepcyjnego „Nell’ ora blu”, który został stworzony jako słuchowisko oraz ścieżka dźwiękowa do nieistniejącego włoskiego filmu kryminalnego, nadszedł czas na „Shapes of Midnight”!
Najnowszy album formacji z Cambridge odszedł od nietypowej formy i jest albumem w stylu „Wujka Kwasa”: rekonstrukcją grania vintage z lat 60. i 70. w postaci proto-metalu oraz acid rocka i occult rocka w połączeniu ze współczesnym stoner/doomowym sznytem. „Shapes of Midnight” to album ponury, mroczny, pełen złowieszczych motywów, ale też potężnego groove’u, riffów wżerających się w mózg i psychodelicznych motywów. Do instrumentarium dołączył saksofon oraz dodatkowe wokale użyczane przez nową członkinię zespołu: Rachel Burnett.
Już pierwsze dźwięki „House by the Grave” wyraźnie oznajmują, że album będzie ponurą przeprawą. Wyrazisty bas, hipnotyczny groove perkusji oraz wkręcający się w mózg riff i smaczki z syntezatora tworzą niesamowitą atmosferę: złowrogą, ale przebojową i bujającą. Z odpowiednią dawką ciężaru na dodatek. Do tego ta kwaśna, psychodeliczna sekcja na koniec. Ależ to potężnie klepie. „Shapes of Midnight” to utwór przebojowy i wręcz taneczny, ale przepuszczony przez złowieszczy filtr i badtripową psychodelę. Niby z jednej strony nogi same chodzą podczas odsłuchu, ale z drugiej da się wyczuć niepokój, zupełnie tak, jakbym był przez coś obserwowany. Ekspresyjna solówka, pachnące bluesem przejścia oraz wrzucenie słuchacza prosto w wir złowrogiej psychodeli dają niezwykle wciągający numer.
„When Evil Wakes” jest utworem nieco spokojniejszym, ale niech Was to nie zwiedzie. Zespół roztacza w tym kawałku depresyjną, przytłaczającą aurę z bardzo skutecznie wykorzystanym saksofonem oraz klawiszami i dodatkowymi wokalizami, oscylując pomiędzy bad tripem a przejmującym bluesem. Kompozycja ta to też świetny przykład, iż nie samym ciężarem można zagęścić muzykę, a również poprzez odpowiednie wykorzystanie melodii wokalnych i operowanie na trudnych emocjach oraz odpowiednio urozmaiconych przejściach. „Don’t Let It Control You” to konkretny banger. Żwawsze tempo, charyzmatyczne linie wokalne, prosty i skuteczny riff oraz energiczna sekcja rytmiczna. Myślę, że gdyby utwór powstał na przełomie lat 60. i 70., to mógłby być uznany za klasyk. Ta niemalże softrockowa forma utworu niech Was nie zmyli: znajdziecie tutaj dźwiękowe smaczki, które intrygująco ubogacają już i tak potężny utwór.
„Psycho on the Loose” jest psychodelicznym szlagierem z refrenem, który zapadł mi w pamięć od razu, gdy go tylko usłyszałem: coś bardzo silnie zarezonowało. Potężny groove, soczyste riffy oraz hipnotyczna aura spozierają z tego utworu z całą mocą. Słuchając tego kawałka, mam ochotę zabarykadować drzwi od mieszkania i wyglądać przez okno z bronią w ręku na wypadek ataku psychola na wolności. „I Won’t Sleep (‘Til You’re Gone) to swingujący i chwytliwy utwór, który ma momentami marszową strukturę, ale nie boi się też bardziej gruzowych i psychodelicznych momentów. Ciężko jest mi wysiedzieć spokojnie, słuchając go.

„The Other Side of the Sky” emanuje nastrojem ponurego stoner/doomu. Takiego, który zdaje się nie pozostawiać już żadnej nadziei. Ciężkiego, buczącego i pełnego mroku. Jest w tym graniu poczucie riffowego rytuału, jak i oczarowujący hipnotyzm. „Sleep No More” to depresyjny blues, zagrany na smutno. Chociaż określić ten utwór jako smutny to bardzo duże niedopowiedzenie: gdyby nie soczysty groove, to ten numer byłby wręcz przytłaczający. Jest to przy okazji utwór, który coraz bardziej się wkręca i wkręca w moją wyobraźnię, aż do przedziwnego końca.
„Shapes of Midnight” to kolejny poważny pretendent do tytułu płyty roku w moim osobistym zestawieniu. Ten autentyczny klimat muzyki lat minionych, świetnie wykorzystana wrażliwość na dźwięki psychodeliczne, poruszające i wżerające się w mózg, do tego niesamowite zdolności kompozytorskie. Dorzućmy do tego ciężkie riffy oraz niepokojącą atmosferę. Płyta, która leci w kółko nie tylko z moich głośników, ale też w mojej głowie.
Marek Oleksy (Gruz Culture Propaganda)