Stonerowe debiuty z naszego kraju zajmują szczególne miejsce w moim sercu. Zawsze niesamowicie mnie cieszy, kiedy jakiś zespół postanowi pokazać światu swój pomysł na granie ciężkie i nisko strojone z solidną porcją bujańska. W przypadku debiutu lubelskiego Black Weedow zaznajamiałem się z każdym nowym singlem zapowiadającym eponimiczny debiut. Powodem były nie tylko ciężkie, buczące i pełne gruzu riffy, ale też silna emocjonalność i grunge’owy sznyt.
„Black Weedow” nie jest albumem łatwym, lekkim i przyjemnym. Dzieło jest pełne depresyjnych, ponurych motywów, badtripowej psychodeli oraz niepokoju. Brzmienie jest nowoczesne, lecz nie zapominające o organiczności dźwięku. Centralnym punktem kompozycji są przede wszystkim riffy, ale znajdziecie tu też przejmujące melodie, potężne wokale i zaraźliwy groove sekcji rytmicznej, które nie są w żaden sposób zaniedbane.

Ciężar emocjonalny i mrok to bardzo mocno uwypuklone elementy albumu, które grają kluczową rolę w muzyce formacji. Twórczość Black Weedow jest w zasadzie pozbawiona światła. Poczucie beznadziei, gorycz i zagubienie zdają się spozierać z każdego utworu, bezlitośnie dociskając słuchacza. Wszystko jest tutaj niesamowitym nośnikiem tychże emocji: wokal, gitary, perkusja i bas, nawet okładka, będąca rysunkiem japońskiego artysty Korehiko Hino.
Utwór tytułowy idealnie pokazuje, iż album będzie wyprawą w mrok, a nie światło. Ponure riffowanie, wyważenie między melodią a bujaniem, gęstością a minimalizmem, psychodelą a przebojowością. Do tego umiejętne budowanie napięcia, które z każdym taktem zdaje się wzmagać, aby następnie zahipnotyzować chłodną przestrzenią, brzmiącą niczym dotykanie pustki. „Is She?” to kawałek nekromantyczny: jednocześnie pozostawiający pustkę w sercu, jak i zmuszający do bujania się w rytm niezwykle odżywczego riffu, tworząc ze słuchacza zombie. Niezwykłą emocjonalność podkreśla kontrast pomiędzy lirycznością a gruzem warstwy muzycznej.
„Devil’s Tongue” zwalnia tempo jeszcze bardziej, bucząc i rezonując oraz roztaczając tajemniczą aurę. Utwór przypomina samotne przemierzanie nawiedzonego domu po północy w kompletnej ciemności. W kawałku niezwykle mocno uwypuklają się wpływy Black Sabbath oraz Alice in Chains. „Lost” zdaje się być krzykiem wołającym o pomoc. Niespieszny gniew jest tu idealnie podbity niezwykle soczystym riffem oraz pełną mocy sekcją rytmiczną. Wszystko to podane niezwykle wolno, budując tym samym napięcie w bardzo przekonujący sposób.
„Eyes Wide Shut (part 2)” uderza zaraźliwym groovem przeplecionym depresyjną melodią i minimalizmem. Zdecydowanie jeden z tych utworów, przy których nie da rady siedzieć spokojnie. Nawet te minimalistyczne motywy mają tak potężny groove, że nogi same chodzą. „A Man and a Plant” to utwór tajemniczy, który pełznie niczym wąż i ma skuteczne właściwości hipnotyczne. Wkręca się znakomicie w mózg, poprzez stopniowe zwiększanie gęstości i jego odpowiednie rozproszenie. Płytę zwieńcza „Dawn”, depresyjny i pełen mroku utwór, który wodzi słuchacza za ucho. Raz niemiłosiernie gruzuje, raz wprowadza w stan hipnozy, raz wkracza w psychodelicznego bluesa, w tej bardziej badtripowej odsłonie. Idealne podsumowanie tego albumu.
Cieszę się z tego, że zyskaliśmy kolejny wyśmienicie gruzujący stonerowy zespół w naszym kraju. Czas pokaże, czy jest to początek, czy koniec przygody Black Weedow. Liczę, iż jest to dopiero początek i zespół zaskoczy jeszcze niejednym wydawnictwem i solidnie wybuja na niejednym koncercie. Trzymam kciuki!
P.S. Jeśli jesteście z Lublina albo okolic, to Black Weedow organizuje koncert/release party w Kultowej Klubokawiarni. Wydarzenie odbędzie się w niedzielę, 17 maja, a bilety kosztują jedyne 33,50 zł.
Marek Oleksy (Gruz Culture Propaganda)
Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.