Dälek, obecnie funkcjonujący jako duet, skończy już niedługo 30 lat. Ale ten zasłużony dla tego bardziej poszukującego hip-hopu projekt nie zwalnia tempa. 27 marca 2026 roku ukazał się ich ostatni album, „Brilliance of a Falling Moon”, który promują aktualnie podczas europejskiej trasy koncertowej. I to nowa płyta była jednym z tematów rozmowy, jaką przeprowadziłem z Willem Brooksem, założycielem i liderem tego składu. Nie zabrakło również wątków związanych z obecną sytuacją na świecie, zawsze zresztą podejmowaną w tekstach Dälek. Dyskutowaliśmy też o powodach licznych współprac artystycznych, w które Will się angażuje, oraz o nowych pokoleniach, które dają nadzieję na lepsze jutro – i w muzyce, i w codziennym życiu. Choć muzyka Dälek może się wydawać ciężka i przytłaczająca, jej przekaz daje siłę i podnosi na duchu – zresztą zrobiła to już ze mną sama ta rozmowa.
Duet wystąpi w Polsce dwukrotnie: 15 maja 2026 roku w ramach cyklu LAS w poznańskiej Pawilon Nowa Gazownia i 16 maja 2026 roku w warszawskim klubie Mechanik. Organizatorem tego drugiego koncertu jest Svmerki, któremu dziękujemy za pomoc w zorganizowaniu tej rozmowy.
Adrian Pokrzywka: Zacznijmy od nowej płyty. W swoich tekstach poruszasz temat obecnej sytuacji na świecie, przedstawiając ją w dość pesymistycznym tonie. Pojawiają się tam jednak wersy, które mogą dawać słuchaczom siłę. Przykładem jest prawdopodobnie mój ulubiony utwór z nowego wydawnictwa, czyli „Knowledge | Understanding | Wisdom”, w którym mówisz o tym, że jako społeczeństwo nie damy się całkiem podporządkować tym, którzy sprawują władzę. Stanie się tak dzięki tym trzem cechom z tytułu utworu. Czy uważasz, że wystarczająco dużo osób korzysta z nich na co dzień? Czy większość z nas naprawdę myśli samodzielnie?
Will Brooks: Nie wiem. Ale wyjaśnijmy coś sobie: w ogóle nie uważam, żeby ten album był pesymistyczny. On po prostu przedstawia świat takim, jaki jest – w całości. I nie jest to pesymizm, ta wizja nie jest mroczna. To miejsce, w którym żyjemy, jest piękne – i musimy o nie walczyć. Zawsze istniało błędne przekonanie na temat mojej muzyki – że jest ona mroczna i ponura. A ja naprawdę nie postrzegam tego w ten sposób. Ja widzę piękno, ale nie tylko w ładnych rzeczach – również w hałasie, szumie i zakłóceniach – myślę, że wiesz, o co mi chodzi. Myślę też, że gdyby wszyscy używali tych atrybutów z tytułu utworu, można byłoby mieć nadzieję na poprawę. Nie próbuję jednak przedstawiać tego w różowych barwach. Oczywiście za mało z nas ich używa, ale na pewno wszyscy są do tego zdolni. To coś, do czego każdy powinien dążyć, choć to nie jest łatwa sprawa. Na pewno sam taki nie byłem, gdy miałem na przykład 20 lat. To bardzo indywidualne, zależy od tego, na jakim etapie życia jesteśmy. Przypomniało mi się teraz, jak gdzieś w środku pandemii było u nas dużo niepokojów, nadużyć policji wobec osób czarnoskórych i Latynosów, co zresztą było tu od zawsze. Ale wtedy się wręcz gotowało i było u nas dużo marszów i innych protestów. Co było w nich piękne, to fakt, że te marsze w Union City były organizowane przez dzieciaki w wieku 16 lat. To naprawdę poprawiło mi humor. Myślałem sobie, że gdy ja miałem 16 lat, nie byłem nawet w połowie tak elokwentny, jak niektórzy z tych młodych ludzi. I znów – nie chodzi o to, że uważam, że każdy szesnastolatek taki jest, ale jeżeli widzę chociaż kilku, już to daje mi nadzieję na lepszą przyszłość. Im więcej mam lat, tym bardziej zaczynam rozumieć, że w pewnym wieku trzeba raczej odsunąć się i pomóc tym dzieciakom, zamiast stać im na drodze i być dla nich przeszkodą, co niestety często widzę u starszego pokolenia. To zresztą jeden z czynników, który powoduje wiele obecnych problemów społecznych. Mamy u władzy bandę starych ludzi, którzy powinni się już, kurwa, odsunąć, którzy utknęli w swojej starczej mentalności. Sam mam już trochę lat na karku i wiem, że mogę przekazać młodszym jakąś mądrość, ale w pewnym momencie trzeba im oddać stery, by poprowadzili ten świat do przodu. Jaką dobrą decyzję dotyczącą przyszłości mogą podjąć ludzie, którzy sami jej nie doczekają? Lepsze decyzje w perspektywie długoterminowej będą udziałem ludzi, którzy będą mieli w tym swój własny interes. I to chciałbym widzieć wokół, aby świat zmierzał w tym kierunku.
AP: Zostawiając na chwilę pesymizm i optymizm – na tej nowej płycie wydajesz mi się przede wszystkim wściekły i nie szczędzisz ostrych słów wobec rządzących nami ludzi…
WB: No cóż, nie owijam w bawełnę. Ale choć przekaz jest w mojej muzyce jasny, staram się zostawić też miejsce na pewną dowolność interpretacyjną. Ta muzyka zawsze była dla mnie terapią – muszę wyrzucić z siebie pewne rzeczy, aby móc prowadzić normalne, zwyczajne życie, żebym mógł po prostu funkcjonować. Jednocześnie ludzie, którzy się z tym utożsamiają, słyszą to, co chcą usłyszeć, i wyciągają z tego swoje własne wnioski. Na tym też polega piękno muzyki. Nie chcę być tym, który mówi ludziom, jak mają myśleć – nie o to chodzi. Mówię to, co muszę, a znaczenie, jakie w tym odnajdziesz, zależy tylko od ciebie. Ale nawet jeśli natrafiasz na barierę językową i nie rozumiesz wszystkich niuansów moich wersów, to i tak powinieneś w części utworów znaleźć jasny przekaz. Zresztą widzisz, co się dzieje na świecie – to nie jest czas, by milczeć. Pora się otworzyć, mówić, co myślisz, i dać ludziom znać, jakie jest twoje stanowisko.
AP: To na pewno można znaleźć w twoich linijkach. Idąc dalej, w utworze „Substance” wydajesz się krytykować artystów, którym brakuje tej tytułowej „substancji”. W ostatniej zwrotce Duran Duran i Nas stoją wobec siebie jakby w opozycji. Czy uważasz, że sztuka powinna zawsze angażować społecznie lub politycznie, nawet jeśli służy tylko rozrywce?
WB: Jak już wspomniałem, w dzisiejszych czasach musimy mówić, co myślimy, ale nie sądzę, że każda piosenka musi być od razu politycznym oświadczeniem. Są utwory, które uwielbiam, a które są po prostu dobrze napisanymi kompozycjami. Ostatecznie – to zawsze musi być dobra piosenka. Nie może być tak, że skupiasz się tylko na ważnym przekazie, a sam utwór jest do niczego, bo wtedy nie tworzysz tak naprawdę muzyki. Trzeba zachować równowagę – musisz powiedzieć, co masz do powiedzenia, ale jednocześnie to musi być zajebiste muzycznie. Zresztą spójrzmy na to z innej strony – mamy muzykę, która niczego nie przekazuje na poziomie tekstu, ale samo jej istnienie jest politycznym czy społecznym oświadczeniem. Mówię o wczesnej muzyce house, która była czarną queerową sztuką i w czasie, gdy powstawała, była takim manifestem – wbrew całej ówczesnej branży. Nie wszystko musi być oczywiste jak w Rage Against the Machine (śmiech). Czasem jest też tak, że to przesłanie jest między wersami. Muzyka zresztą nie musi cały czas być poważna, mroczna i ciężka. Dälek to nie wszystko, a ja kocham różne rodzaje muzyki. Czasem zresztą piosenka potrafi opowiadać po prostu o ludzkiej codzienności, o emocjach, o czymkolwiek – a dalej ma w sobie ogromną siłę – to wszystko ma znaczenie. Ostatecznie są dwa rodzaje muzyki – dobra i zła. Ale to też jest przecież subiektywne. Gdy byłem młodszy, lubiłem się wymądrzać i mówić ludziom, która muzyka jest gówniana. Ale tak naprawdę powinniśmy po prostu słuchać tego, co nas uszczęśliwia i mieć gdzieś opinie innych. Życie jest za krótkie, żeby się o to kłócić. Znajdź to, co cię porusza – i ciesz się tym. Jeśli moja muzyka pomoże komuś przetrwać kolejny dzień na tym świecie – to dla mnie sukces.
AP: Chciałbym jeszcze nawiązać do tego, co powiedziałeś o terapeutycznym potencjale twojej twórczości. Jednym z najbardziej poruszających momentów „Brilliance of a Falling Moon” jest utwór „I AM A MAN”, który wydaje się mieć konfesyjny charakter. Czy takie publiczne otwieranie się przychodzi ci łatwo? Czy potrzebujesz sztuki jako filtra, by móc wyrażać się swobodnie, czy raczej w codziennych relacjach nie gryziesz się w język?
WB: Och, ja na pewno nie gryzę się w język! Nie do końca tak zinterpretowałbym ten utwór, bo nie mam aż takiego problemu z otwieraniem się, jestem raczej transparentną osobą. Hasło, które stanowi tytuł tej kompozycji, nawiązuje do marszów czarnoskórej społeczności z lat 60. Wiele osób miało wówczas tablice z tym sloganem napisanym wielkimi literami. Myślałem dużo o tym, jak bardzo ta sytuacja jest dalej aktualna – wciąż mamy w Ameryce problem z rasizmem i traktowaniem imigrantów, nie tylko czarnoskórych, ale i Latynosów. Dalej mamy to samo gówno, w którym ludzie są dehumanizowani. Ten utwór jest przejawem mojego sprzeciwu i wkurwienia na ten stan rzeczy, deklaruję w nim, kim jestem jako osoba. Wracając do twojego pytania – może nie do końca nazwałbym to otwieraniem się, bardziej obnażaniem, bo jednak pokazuję w nim swoją bardziej wrażliwą stronę. I zdecydowanie łatwiej jest to robić w sztuce niż w codziennych sytuacjach. Tworzenie muzyki pozwala mi to wszystko z siebie wyrzucić, więc działa terapeutycznie. To dla mnie bardzo ważne. Nie sądzę, że byłbym dalej na tej planecie, gdybym nie miał właśnie takiego ujścia moich emocji w muzyce – to dla mnie aż tak ważne.

AP: W swoich wersach wydajesz się trafnie diagnozować aktualne problemy społeczne. Czy byłbyś w stanie je rozwiązać z perspektywy ludzi, których krytykujesz? Czy mógłbyś zostać politykiem, aby zaprowadzić porządek i sprawiedliwość?
WB: Nie ma mowy! [oryg. „Hell no!” – przyp. AP] Moim zadaniem jest wskazanie, że dom się pali, ale nie jestem strażakiem! Nie wiem, jak ugasić ten ogień, nigdy nie twierdziłem, że wiem, jak to zrobić. Ale ktoś musi się tym zająć. Myślę, że to będzie zadaniem tego szesnastolatka, który zorganizował marsze w Union City. On będzie gasił pożary (śmiech). Ja jestem już zmęczony, robię swoje od dawna. Świat to z jednej strony skomplikowane miejsce, a z drugiej – właściwie to wcale nie. Mam wrażenie, że większość naszych problemów wynika z ludzkiej chciwości. Kolejne osoby zdobywają władzę i później chcą tylko więcej, podczas gdy inni przez to cierpią – to samonapędzająca się spirala. Chciałbym, żeby istniał jakiś sposób, który sprawiłby, że bylibyśmy dla siebie po prostu przyzwoici. Choć może w zasadzie jest taki jeden i był on nawet kiedyś wybijany na amerykańskich pieniądzach. Teraz, gdy przeczytasz, co jest na dolarze, ujrzysz tylko „In God We Trust”. Mnie bardziej podobało się oryginalne hasło, które zaproponował Benjamin Franklin, a brzmiało ono: „Mind Your Business”. Czuję, że wiele by dało, gdybyśmy wzięli sobie to do serca. Wszyscy wydają się teraz bardzo angażować w to, co robi inna osoba. Ludzie wpadają w szał, jeśli nie podoba im się cudza ideologia czy seksualność. Gdyby tylko mogli zrozumieć, że nie muszą się tym martwić, wystarczy tylko pilnować swoich spraw. To nie wydaje się aż takie trudne. Podobnie jest z religią – czy naprawdę jest potrzebna? Ja nie potrzebuję tego konstruktu, by wiedzieć co jest dobre, a co złe. Mogę być przyzwoity dla kogoś tak po prostu, bo tak należy – nie trzeba straszyć mnie piekłem.
AP: Całkowicie się z tobą zgadzam w tej kwestii. Chciałbym zapytać o jeszcze jeden temat, który pojawił się u ciebie ostatnio nie tylko na nowej płycie Dälek. W omawianym już tu utworze „Substance” pojawia się wątek Palestyny, podobnie jak w kompozycji „As Children Chant” na wydanym niespełna pół roku temu albumie, który nagrałeś we współpracy z Charlesem Haywardem z This Heat. Czy ta trwająca obecnie wojna i związane z nią ludobójstwa, są dla ciebie na tyle ważne, by nawiązywać do nich na każdym nowym wydawnictwie?
WB: Tak. Wiesz, tu tak naprawdę nie chodzi tylko o Palestynę, na całym świecie jest mnóstwo okrucieństwa. Brak na to słów… Bycie przyzwoitym człowiekiem nie ma tu nic wspólnego z polityką. Trudno mi pojąć, jak ludzie nie potrafią zrozumieć, że coś jest złe i nie powinni tego robić. To wydaje się bardzo proste, nie chcę, żeby to się działo. Bo kto, do diabła, chce patrzeć, jak dzieci umierają w taki sposób? Podróżuję wystarczająco długo po tym świecie i oglądam ludzi żyjących swoim życiem. I powiem ci, że w jakichś 90% jesteśmy tacy sami, a te 10% różnicy powinno być celebrowane. Nie powinniśmy się tego bać. Wszyscy próbujemy sobie jakoś radzić, wychowywać swoje dzieci, patrzeć, jak dorastają, i dbać, by miały lepsze życie od nas – to nasz wspólny mianownik. A widok tego całego niepotrzebnego cierpienia po prostu łamie mi serce, nie mogę tego znieść.
AP: Rozumiem to. Przejdę teraz do warstwy muzycznej wspomnianego albumu nagranego z Charlesem. Stanowi on pewien kontrast w stosunku do ostatniej płyty Dälek, która jest ciężka, przytłaczająca i bardzo basowa. Z kolei „HAYWARDxDÄLEK”, prawdopodobnie m.in. dzięki analogowej perkusji, ma w sobie dużo przestrzeni, a nawet lekkości. Skąd wziął się pomysł na taki album i jak doszło do twojej współpracy z Charlesem?
WB: Planowaliśmy to już od jakichś 10 lat. Znamy się od dłuższego czasu, zagraliśmy nawet już kilka koncertów w przeszłości. Byłem wielkim fanem This Heat, choć odkryłem ich dość późno. Byłem pod ogromnym wrażeniem tego, jak nowatorską byli grupą w swoich czasach. Więc współpraca z Charlesem była już od dawna na mojej liście, to była tylko kwestia dopasowania naszych harmonogramów. Przymierzaliśmy się do tego już kilka razy, z czego ostatnią próbę pokrzyżowała pandemia. No i wreszcie się udało. Wcześniej przesyłaliśmy sobie jakieś próbki dźwiękowe, nic konkretnego – chodziło tylko o jakiś punkt wyjścia do dalszej obróbki. Właściwie wszystko powstało, gdy już się spotkaliśmy na próbie, graliśmy i wymyślaliśmy rzeczy na bieżąco. Dla mnie interesujące w tym projekcie było to, by podejść do tworzenia z zupełnie innej perspektywy niż w Dälek. Co okazało się trudne, bo jednak mój głos zawsze się będzie kojarzył z moją bazową grupą. Ale w warstwie muzycznej chciałem od tego odejść jak najbardziej – i cieszę się, że to wychwyciłeś. Charles grał na perkusji i małym syntezatorze, którego używał do partii basowych. Ja na samplerze w iPadzie wytwarzałem drone’owe dźwięki, które obrabiałem efektami w Rolandzie SP-404 na bieżąco, trochę na zasadzie manipulowania dźwiękiem. Z małych fragmentów audio tworzyłem większe pejzaże dźwiękowe, ale cały czas współgrałem z Charlesem. Stąd wzięła się ta cała dynamika, bo praktycznie wszystko było tworzone na żywo. W zasadzie tylko jeden utwór był z mojej strony zaprogramowany, tak jak to robię w Dälek. I poza tą jedną kompozycją nie było tam tekstów z tego prostego powodu, że nie jestem wystarczająco utalentowany, żeby jednocześnie śpiewać i grać – mogę robić tylko jedno (śmiech). Więc pierwotnie cały album był bardziej instrumentalny, ale kiedy zabrałem go do studia, żeby zająć się miksem, pomyślałem w przypadku niektórych kawałków: „Hm, przydałby się tu tekst”. I „As Children Chant” był właśnie jednym z nich. Więc napisałem tekst, nagrałem wokal, a potem wysłałem do Charlesa, by zobaczyć, co o tym myśli. I spodobała mu się koncepcja uzupełnienia płyty tekstami. Tak więc powstanie tego albumu przebiegło bardzo naturalnie, a efekt jest surowy i minimalistyczny – jesteśmy tylko my dwaj. Bardzo mi się podoba to, co nam wyszło, szczególnie te elementy, gdzie wytworzyliśmy coś nowego. Bo usłyszysz tam mój wokal, który skojarzysz z Dälek, oraz perkusję Charlesa, która przypomni ci This Heat, ale najciekawsze są w niej te partie, które wychodzą poza nasze macierzyste projekty. Jest tam na przykład jeden kawałek, który przypomina nawiązywanie dialogu charakterystyczne bardziej dla jazzu. Jestem bardzo dumny z tej płyty. Cieszę się też, że spodobała się Relapse na tyle, by wydać ją na najważniejszych nośnikach, zrobili świetną robotę z winylową wersją.

AP: To interesująca historia, dziękuję ci za te szczegóły. Skoro mowa o współpracach z innymi muzykami, nie mogę się powstrzymać, by nie zapytać o twoje projekty sprzed kilku lat – Anguish [w składzie m.in. Mats Gustafsson i Andreas Werliin z Fire! Orchestra oraz Hans Joachim Irmler z Faust – przyp. AP] i Doolhof [w składzie Aaron Turner i Dennis Tyfus – przyp. AP]. Czy jest szansa na ich kontynuację? Czy współpracujesz obecnie z którymś z muzyków z tych zespołów?
WB: Anguish to niestety jeden z projektów, który złamał mi serce. Byliśmy w niego naprawdę zaangażowani przed pandemią, choć bardzo trudno było pogodzić harmonogramy wszystkich jego członków. Mieliśmy plany, by wystąpić na kilku festiwalach, również na koncertach w Kanadzie i Stanach. Ale pandemia uderzyła i zniweczyła to wszystko. A gdy wszystko wróciło do normy i zaczynaliśmy od nowa, staraliśmy się przede wszystkim walczyć o własne kariery, o nasze macierzyste zespoły. Chcielibyśmy się kiedyś zebrać ponownie razem, nawet rozmawialiśmy o tym. Ale to prawdopodobnie, przynajmniej na razie, jest nie do zrealizowania. Uwielbiałem ten projekt, bardzo różnił się od wszystkiego, co robiliśmy wcześniej, brzmiał jak coś zupełnie odrębnego. Móc pracować z Matsem i mieć też Joachima… to była szalona kombinacja – jak spojrzałeś na to na papierze, wyglądało to jak: „Co?!” (śmiech); „Dlaczego ci ludzie mieliby ze sobą pracować?” (śmiech). Ale kiedy to usłyszysz – to naprawdę działało i było niesamowite. Jeśli chodzi o Doolhof – tu sprawa wygląda całkiem zabawnie. Wyobraź sobie, że nie mieliśmy nigdy żadnej próby. Oczywiście przed naszym występem przesyłaliśmy sobie jakieś maile, ale to nie było nic konkretnego. A potem po prostu pojawiliśmy się na Roadburnie, spotkaliśmy się dopiero za kulisami dosłownie na chwilę przed wyjściem na scenę, ustalając tylko coś na zasadzie: „Dobra, ja spróbuję trochę tego, ty trochę tamtego – i lecimy!”. I wyszliśmy przed kilka tysięcy osób, żeby zobaczyć, co się stanie – zadziała, czy nie. Na szczęście zadziałało (śmiech). Ważne jest to, by do współpracy dobierać muzyków, którym ufasz, wobec których masz pewność, że wywiążą się ze swojego zadania – i wtedy sobie poradzicie. Cieszę się też, że zostało to wydane jako album. I rozmawialiśmy z Aaronem o zrobieniu czegoś więcej, wymieniliśmy się też plikami. Choć teraz może być problem – słyszałeś pewnie, że został nowym wokalistą Neurosis, więc może być trochę zajęty (śmiech). Ma dalej Sumac i inne rzeczy na głowie, ale dalej wymieniamy się pomysłami, więc może kiedyś coś z tego wyjdzie. Nie wiem konkretnie, czy jako Doolhof, choć z Dennisem też bym chętnie współpracował i mam nadzieję na kolejne projekty w przyszłości. Ludzie w ogóle zawsze mnie pytają, dlaczego angażuję się w tyle kolaboracji, ale czuję, że jako muzyk tak naprawdę nie mam wyboru – i uwielbiam to. Uwielbiam pracować z ludźmi o podobnych poglądach, którzy działają na tak różne sposoby, bo ciągle się od nich uczę. Dzięki temu Dälek cały czas się rozwija, właśnie poprzez moje doświadczenie wynoszone ze współpracy z innymi artystami. Poszerzam w ten sposób swoją wiedzę na temat tego, jak w ogóle powstaje muzyka, jak działają inni ludzie. Zresztą mój partner z Dälek, Mike, robi dokładnie to samo. Ma swoje inne projekty oraz kolaboracje i dzięki temu też wnosi do Dälek wciąż nowe rzeczy. Wydaje mi się, że to dlatego nasze kolejne płyty są wciąż świeże – zawierają zawsze jakieś nowe rozwiązania.
AP: Przechodząc do nowszych projektów, chciałbym jeszcze zapytać o grupę Mopcut. Widziałem wasz wspólny występ na zeszłorocznym Avant Art Festival we Wrocławiu i mogę uczciwie powiedzieć, że był to według mnie najlepszy koncert na tym wydarzeniu. Na razie opublikowaliście tylko jeden wspólny utwór. Czy jest szansa na więcej? Zamierzacie nagrać razem pełny album?
WB: Tak. Początkowo Lukas [König – przyp. AP] zaprosił mnie do udziału przy swojej producenckiej płycie „1 Above Minus Underground”, gdzie gościnnie udzielili się jeszcze m.in. Nappy Nina, Guilty Simpson i Moor Mother – zebrało się tam mnóstwo świetnych MC. Później Lukas zorganizował festiwal, by to zaprezentować, na którym po raz pierwszy zagrałem z nim na żywo. Pomyślałem, że skład jest niesamowity, bardzo umiejętnie zostaliśmy ze sobą połączeni. To też ważne, by ludzie dogadywali się ze sobą nie tylko na scenie, ale i poza nią. Zagraliśmy wtedy chyba ze trzy takie koncerty, po których powiedziałem Lukasowi, by dalej mnie angażował w przyszłości do podobnych przedsięwzięć. Prawdopodobnie dlatego skontaktował się ze mną w sprawie Mopcut i zapytał, czy chciałbym zaśpiewać w jednym kawałku. Przystałem na to bardzo chętnie, jak również na kolejną propozycję, dotyczącą pojechania z Mopcut w trasę jako dodatkowy gościnny członek zespołu. To był zresztą dobry dla mnie timing, bo akurat z Dälek byłem w przerwie pomiędzy albumami i nie koncertowałem zbyt często. Była to więc dla mnie okazja, by znów ruszyć w trasę. Brakowało mi tego – Lukas zgłosił się do mnie w idealnym momencie. Teraz może być trudniej, bo wróciłem do większej aktywności z Dälek, ale dalej chcę pracować z Mopcut. I nawet zaplanowaliśmy na listopad tego roku parę koncertów. I jeszcze kilka kolejnych w 2027 roku. Lukas odwiedził mnie też niedawno w Stanach i podrzucił kilka nowych pomysłów. Więc będziemy dalej działać – to pewne. Nie wiem jeszcze, czy będę we wszystkich nowych utworach na kolejnym wydawnictwie Mopcut, ale będę na pewno bardziej obecny – to będzie już coś więcej niż gościnny udział w jednym utworze.

AP: Czekam na więcej w takim razie. Dzień po waszym koncercie we Wrocławiu na Avant Arcie miałem przyjemność rozmawiać z Clipping. Powiedzieli mi, że twórczość Dälek była dla nich bardzo ważna, zanim sami zaczęli nagrywać muzykę. Kiedy zapytałem ich o artystów z szeroko pojętego eksperymentalnego hip-hopu, wskazali was jako pionierów tego gatunku. Czy czujesz, że twoja grupa spopularyzowała tę niszę muzyczną? Czy czujesz, że jesteś ważny dla młodszych artystów?
WB: Wow, to dla mnie duży zaszczyt, że powiedzieli coś takiego. Cieszyłem się, że przyszli dzień przed swoim koncertem obejrzeć nasz występ. Mogliśmy spędzić ze sobą trochę czasu we Wrocławiu. Znam tych gości od dawna. Jeszcze przed „Hamiltonem”, zanim Daveed pojawił się w telewizji i stał się sławny. Clipping to prawdziwi maniacy, tworzą niesamowitą muzykę. To, że tak powiedzieli, bardzo mnie wzruszyło. Odpowiadając na twoje pytanie – cała muzyka opiera się na innych ludziach. Zawsze jest ktoś, kto był przed tobą i miał na ciebie wpływ. Jeśli ja też mam na kogoś wpływ – to niesamowite i bardzo budujące. Mnie samego nie byłoby tutaj, gdyby nie Public Enemy i My Bloody Valentine. Robię swoje już od prawie 30 lat – i to tylko dlatego, że jestem cholernie uparty (śmiech). Wytyczyliśmy sobie własną ścieżkę i nie przejmowaliśmy się tym, czy gdzieś pasujemy – robiliśmy to, co czuliśmy. A jeśli to pomogło innym po nas – to super, cieszę się. Kiedy patrzę na dzisiejszy undergroundowy hip-hop, jest tu mnóstwo rzeczy, które kocham. Całe Backwoodz Studioz, Billy Woods, Elucid, Fatboi Sharif, Moor Mother, Backxwash… I mógłbym tak wymieniać dalej, ale ważne jest to, że ci wszyscy artyści mają swój język, to tak wiele różnych głosów. Tak właśnie pamiętam hip-hop z czasów, kiedy dorastałem. Ważniejsze było bycie oryginalnym oraz posiadanie własnego brzmienia i stylu. I słyszę to teraz, nawet jeśli wszyscy próbują wrzucić to do jednego worka z eksperymentalnym hip-hopem. Spójrz na Dälek i Clipping – niby przypina nam się tę samą łatkę, ale przecież w ogóle nie brzmimy podobnie. Dzielimy tylko to samo DNA, którym jest miłość do hip-hopu i eksperymentowania. Często zdarza mi się też słyszeć narzekania ludzi w moim wieku, którzy mówią, że kiedyś wszystko było lepsze. Zawsze się z nimi wtedy spieram i udowadniam, jak pięknie wszystko wyewoluowało. Nigdy też nie mieliśmy ambicji, by przebić się do radia, zresztą kto słucha radia (śmiech). Znaleźliśmy swoich odbiorców, czy może to oni znaleźli nas. I zadajemy się z ludźmi, do których przemawia nasza twórczość. Nie po to założyłem undergroundowy hip-hopowy eksperymentalny zespół noise’owy, by zdobyć sławę i bogactwo (śmiech). I kocham odkrywać nowe młode projekty, które mają coś własnego do powiedzenia, nie mogę się doczekać kolejnych. Boję się, że nie będę miał czasu przesłuchać wszystkich dobrych rzeczy.
AP: Znam ten ból – za mało czasu na całą dobrą muzykę… I nam czas też już się powoli kończy. Will, bardzo ci dziękuję za tę rozmowę. Cieszę się, że już niedługo zobaczę wasz koncert z nowym materiałem.
WB: Dzięki, stary. Do zobaczenia.