IKS

Tori Amos (+Isaac Levi) | 12.05.2026 | Warszawa, COS Torwar | org. Live Nation Polska [Relacja Tekstowa]

Burza rudych włosów, wielki fortepian i połączenie intymności z mistycyzmem – z tym zawsze najbardziej kojarzyła mi się Tori Amos. No i oczywiście z piosenką „Cornflake Girl”, czyli jednym z najważniejszych utworów lat 90. Przynajmniej dla mnie. 1 maja 2026 roku ukazała się jej najnowsza płyta „In Times of Dragons”, a już 12 maja Tori zaprezentowała swój repertuar polskiej publiczności w warszawskim COS Torwar. Jeśli jednak ktoś spodziewał się koncertu będącego przede wszystkim promocją nowego wydawnictwa, mógł poczuć spory niedosyt albo zaskoczenie – artystka przygotowała dość nieoczywisty set, momentami wręcz wyglądający jak ukłon w stronę najbardziej oddanych fanów.

Zanim jednak na scenie pojawiła się główna bohaterka wieczoru, publiczności zaprezentował się brytyjski artysta Isaac Levi. Ten sympatyczny młody człowiek przy pomocy gitary akustycznej i loopera, starał się rozgrzać zgromadzone audytorium. Jego dyskografia obejmuje dwie EP-ki i kilka singli, ale z samego występu zapamiętam głównie średnią interpretację przeboju zespołu Goo Goo Dolls „Iris” oraz próbę namówienia publiczności do chóralnych śpiewów podczas autorskiego „Not Friends, Not Enemies”. Sympatyczny występ, który jednak nie wniósł wiele do mojego życia i zapewne długo nie pozostanie w pamięci.

 

Około 20:30 na scenie zaczęli pojawiać się muzycy towarzyszący Tori Amos – basista Jon Evans, perkusista Earl Harvin oraz trzy chórzystki: Liv Gibson, Hadley Kennary i Denial Hlavlinka. Po chwili wyszła również ONA – cała ubrana na seledynowo, w wielkich okularach. Obecnie wygląda trochę jak dobra wróżka albo TA CIOCIA, którą wszystkie dzieci lubią najbardziej. Sam wystrój sceny poza instrumentami prezentował się raczej skromnie, jakieś skrzydła nawiązujące do tytułu nowej płyty i ogromne koło zawieszone ponad sceną, które miało chyba symbolizować zwierciadło… chociaż może był to po prostu ekran do wyświetlania grafik.

 

zdj. materiały promocyjne

 

Tori w Polsce występowała wielokrotnie, a jej koncerty zawsze cieszyły się dużym zainteresowaniem. Nie inaczej było i tym razem, choć na koronie Torwaru można było dostrzec pojedyncze wolne miejsca. Na płycie wszystkie miejsca były siedzące i tam pustych krzesełek praktycznie nie było. Nie będę jednak rozwodził się nad frekwencją – kogo nie było, ten niech żałuje, bo od pierwszych dźwięków zadziała się magia. Amos usiadła przy wielkim fortepianie, otoczona dodatkowymi instrumentami klawiszowymi, i zaczęło się…

Jako opener wybrzmiał energetyczny, rytmiczny „Fire to Your Plain” z albumu „Abnormally Attracted to Sin” –  kompozycja o emocjonalnym chaosie i potrzebie odzyskania kontroli nad własnym życiem. Myślę jednak, że chaos i potrzeba kontroli zostały przez Tori dawno okiełznane, za to sam utwór już od początku ustawił niepokojący i mistyczny ton wieczoru. Warto wspomnieć, że artystka przedstawiła cały zespół już chwilę po wykonaniu tej piosenki. To raczej rzadka praktyka – zwykle robi się to pod koniec koncertu. Zresztą Tori nieczęsto odzywała się do publiczności. Tego dnia na pierwszym planie miała być jej muzyka… i tak właśnie było. Pięknie i dostojnie wypadł „Shush” – jeden z dwóch przedstawicieli nowej płyty. Z kolei następny w secie „l i e e e” dodatkowo wprowadził elementy mantry i transu. Publiczność w ciszy i skupieniu słuchała kolejnych utworów: „Bliss”, „Sweet Sangria” oraz „Sister Janet”, którego skrócona, solowa wersja podkreśliła duchowy i medytacyjny charakter kompozycji.

 

Jednym z najbardziej przejmujących momentów koncertu było wykonanie „Putting the Damage On”. To jedna z najbardziej przejmujących ballad w dorobku Amos, a na żywo wybrzmiała wyjątkowo mocno, skupiając uwagę na samotności, stracie i emocjonalnym bólu. Oj, mogła się podczas niej pojawić niejedna łezka w oku. Mało wzruszeń? Tori wyprowadziła kolejny silny cios w postaci „Winter”, którego intro z motywem „Garlands” nadało mu jeszcze bardziej nostalgicznego i eterycznego charakteru.

 

 

I tak sobie płynął ten występ. Bardzo nieoczywistymi punktami setlisty były mroczny „Black-Dove (January)”, który na żywo nabrał jeszcze większej emocjonalnej głębi niż w wersji studyjnej, oraz „Mary” – kompozycja traktowana przez Amos na poprzednich trasach raczej po macoszemu. To utwór uwielbiany przez fanów za subtelność i melancholijny klimat, więc tego wieczoru idealnie wpasował się w atmosferę całego koncertu. „Girl” przypomniał natomiast bardziej przebojowy okres twórczości artystki z końca lat 90.

Jeśli do tego momentu koncert był po prostu bardzo dobry, to jego dalsza część stała się chyba spełnieniem marzeń większości osób zgromadzonych na Torwarze. Wielominutowa wersja „Crucify” wprowadziła publiczność w stan euforii, a przy „Precious Things” spora część widzów poderwała się z krzesełek i już do końca występu stała pod samą sceną. Sam utwór był zdecydowanie jednym z najbardziej intensywnych momentów koncertu i zakończył jego główną część. Wszyscy pięknie się ukłonili i zeszli ze sceny. Wiadomo było jednak, że nie może zabraknąć bisów.

 

Warszawska publiczność nie musiała długo czekać na powrót muzyków. Skoro ludzie już stali pod sceną, zespół zaserwował „Big Wheel” – jeden z najbardziej rockowych numerów w dorobku artystki. Jego energia natychmiast pobudziła publiczność do zabawy. Jako drugi bis wybrzmiał „Stronger Together” – pierwszy singiel z najnowszej płyty i, moim zdaniem, jej najmocniejszy reprezentant. Bardzo się ucieszyłem, gdy usłyszałem jego intro, ale jednocześnie pojawił się lekki niepokój. Do tej pory Amos na poprzednich koncertach tej trasy wykonywała zwykle tylko dwa bisy, a czasem pomijała utwór, na który większość czekała najbardziej. I wtedy na Torwarze ponownie zadziała się magia… Jako trzeci bis usłyszeliśmy „Cornflake Girl”. Nie wiem jak inni, ale ja w tym momencie miałem ciarki na całym ciele. Kamień spadł mi z serca, a samo wykonanie było naprawdę znakomite. Przepiękne zakończenie wieczoru.

 

zdj. materiały promocyjne

 

Muszę wspomnieć jeszcze o kilku bardzo ważnych kwestiach. Po pierwsze – głos wokalistki prezentował się naprawdę świetnie, co wcale nie jest normą wśród artystów z jej pokolenia. Tego wieczoru aranżacje były raczej stonowane, ale bardzo dużo dobrego wnosiły chórki. Muzyka przepięknie współgrała również z oszczędnym, ale niezwykle klimatycznym oświetleniem serwowanym przez realizatora świateł. Całościowo był to bardziej mistyczny i intymny spektakl niż energetyczny, rockowy koncert – choć i takich momentów oczywiście nie zabrakło.

 

Tori Amos ma dziś status legendy. Jej poprzedni koncert w Polsce odbył się wiele lat temu i trudno powiedzieć, kiedy ponownie zagości w naszym kraju. Tym bardziej dziwiły mnie wolne miejsca na Torwarze. Wielcy artyści niestety nie młodnieją i naprawdę warto korzystać z okazji, póki jeszcze koncertują. Na koniec dodam jeszcze, że w mojej ocenie cichym bohaterem tego koncertu był perkusista Earl Harvin, którego partie momentami nadawały utworom wręcz trip-hopowego charakteru. No zacny to był występ – a kto nie był, ten trąba.

 

 

Mariusz Jagiełło

 

 

Setlista:

  1. Fire to Your Plain
  2. Shush
  3. i i e e e
  4. Bliss
  5. Sweet Sangria
  6. Sister Janet
  7. Putting the Damage On
  8. Winter
  9. Black-Dove (January)
  10. Mary
  11. Girl
  12. Crucify
  13. Precious Things
  14. Big Wheel
  15. Stronger Together
  16. Cornflake Girl
IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Ten post ma jeden komentarz

  1. agalovesmoro@hotmail.com

    Było wlasnie tak jak tu zostalo to opisane. Cudownie.

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020