Villagers of Ioannina City kazali nam czekać na „Venceremos” siedem lat. I po takim czasie łatwo byłoby spodziewać się kolejnego „Age of Aquarius”. Tymczasem VIC wracają z płytą, która wyraźnie przesuwa akcenty. Jest mniej folkowo, a zdecydowanie bardziej rockowo, ciężej i momentami mroczniej. Dudy nadal są ważnym elementem brzmienia, ale tym razem zostały wciśnięte w znacznie szerszą paletę gitar, klawiszy i elektroniki.
Już pierwsze odsłuchy pokazują, że nie jest to próba powtórzenia poprzedniego sukcesu. Gitary mają więcej miejsca, sekcja rytmiczna gra bardziej zdecydowanie, a bas często prowadzi utwory do przodu. Alex Karametis jak zawsze robi świetną robotę wokalnie, ale tym razem jego głos musi odnaleźć się w bardziej rockowym i momentami gęstym otoczeniu. Sam Alex miał zresztą przy tej płycie większy udział w produkcji i nagrywaniu, co dobrze pasuje do tego, jak mocno VIC rozbudowali swoje brzmienie.
„Ghosts in the Sky” był pierwszym singlem zapowiadającym płytę i już on pokazał, że coś się zmieniło. Jest więcej rockowego napędu, elektronika tworzy tło dla gitar, a całość jest niezwykle chwytliwa. W pewnym momencie zostają bas, elektronika, perkusja i wokal, po czym wracają gitary, a ich frazy mają nawet lekko pinkfloydowy sznyt.
„Home” pokazuje z kolei, że VIC nie porzucili swojej charakterystycznej umiejętności budowania atmosfery. Kiedy usłyszałem ten numer na warszawskim koncercie jeszcze przed premierą płyty, charakterystyczny rytm od razu skojarzył mi się z Tool. Nie chodzi nawet o ciężar, ale o sposób prowadzenia rytmu. Utwór stopniowo narasta, pojawiają się dudy, mocniejszy riff i świetny wokal Alexa, a później całość wycisza się, zostawiając przestrzeń na recytację Giorgosa Seferisa. To grecki poeta i laureat Literackiej Nagrody Nobla z 1963 roku. Jego głos świetnie pasuje do tego fragmentu i brzmi jak naturalna część kompozycji, a nie doklejony eksperyment.
Właśnie takie momenty najlepiej pokazują, czym jest „Venceremos”. VIC nadal potrafią przejść od rockowego riffu do psychodelicznej przestrzeni, dorzucić folkowy instrument, klawisze czy bardziej eksperymentalne brzmienia, ale robią to bez wrażenia chaosu. „The Ruiner” przynosi jeden z najmocniejszych riffowych momentów na płycie, a „Here and Now”, choć dla mnie odrobinę za długie, pokazuje, że zespół nadal potrafi powoli budować napięcie i utrzymać przy tym rockowy charakter.

Ta zmiana brzmienia dobrze współgra z tym, o czym opowiada płyta. „Venceremos” zabiera nas do dystopijnego świata przyszłości, w którym pojawiają się strach, kontrola i próba odebrania człowiekowi wolności. Sam tytuł oznacza „zwyciężymy”, ale nie chodzi tutaj o proste pokonanie przeciwnika. Bardziej o niepoddawanie się, zachowanie osobistych wartości i przezwyciężenie własnego strachu.Całość jest przez to wyraźnie ciemniejsza niż „Age of Aquarius”, ale nie traci tego, co w VIC najważniejsze. Dudy, folkowe wpływy, psychodelia i charakterystyczny wokal Alexa nadal są na miejscu. Po prostu tym razem zostały otoczone większą ilością gitar i rockowej energii.
Na koniec mamy „Epitaph” i „Requiem”, które płynnie łączą się ze sobą i zamykają całą historię w bardziej ponurym tonie. To dobre podsumowanie albumu, który zamiast dawać nam kolejną wersję „Age of Aquarius”, pokazuje Villagers of Ioannina City rozwijających własny język. „Venceremos” nie jest więc powtórką. To kolejny krok VIC – bardziej rockowy, cięższy i mroczniejszy, ale nadal bez problemu rozpoznawalny jako ich własny.
Marek Pruszczyński (Dezarbuzator)