IKS

Gilla Band – „Pugnello” [Recenzja], dystr. SONIC Records

Irlandczycy z Gilla Band wracają po czterech latach z nowym albumem studyjnym, drugim pod obecnym szyldem, a czwartym od momentu rozpoczęcia działalności jako Girl Band. Choć ta grupa kojarzyła się do tej pory głównie z gitarowym graniem, to z noise rocka zostało na „Pugnello” niewiele – noise owszem, ale rocka już praktycznie nie uświadczymy. Duży wpływ miało na to pewne rozwarstwienie się zespołu między poprzednim a tegorocznym albumem. Odpowiedzialny za wokal Dara Kiely poświęcał ostatnio dużo czasu na malowanie, czego zresztą efektem jest okładka płyty – nieudane zdjęcie potraktowane farbą olejną. Gitarzysta Alan Duggan założył The Null Club – elektroniczny projekt zorientowany na gościnne udziały wokalne, basista Daniel Fox skupił się na produkcji (choćby Sprints czy Mandy, Indiana), a perkusista Adam Faulkner ruszył w trasę z Lankum. To rozbicie niejako wymusiło pracę zdalną nad nowymi utworami, przez co muzycy coraz śmielej zaczęli korzystać przy komponowaniu z automatów perkusyjnych. I pochylili się tym samym nad muzyką techno, której strukturami od zawsze byli zafascynowani. Efekt już od samego początku płyty jest oszałamiający.

Szalony uliczny kaznodzieja wykrzykuje mieszankę prawdziwych i zmyślonych powiedzeń, gdy w tle na organicznej perkusji mieszany jest przyspieszony rytm drum’n’bassu z jakąś wariacją na jego temat. Otwierającym album „The Angelus” Irlandczycy chyba próbują zrobić pewną selekcję słuchaczy, bo nie każdy będzie na tyle odważny po tym utworze, by iść dalej w to 42-minutowe szaleństwo. Ale ci, którzy zostaną, mogą się trochę rozluźnić i potańczyć do dziwacznej rytmiki „Placeholder”, podczas gdy Dara dalej będzie wykrzykiwał pozornie nonsensowne teksty. Choć tu już jest dla nich wspólny mianownik – wszystkie związane są z jego dzieciństwem. Chropowate industrialno-noisow’e dźwięki studzone są pojedynczym suchym talerzem perkusyjnym, gdy Kiely opowiada o słuchaniu Coldplay i marzeniu, by należeć w przyszłości do Power Rangers. W „Alogia” jąkanie i inne ograniczenia mowy wywołane schizofrenią łączą się z minimal techno i organiczną sekcją rytmiczną, a efekt jest fascynujący – jednocześnie przyjemny i przerażający.

REKLAMA

 

 

Tempo niby zwalnia w krótkim „Three Hands Clapping”, gdzie na tle drone’owych pomruków słychać sprzężenia i wyładowania. Tykający jakby zbyt szybko zegar sprawia, że utwór przelatuje błyskawicznie, stając się próbą komunikacji zakończoną niepowodzeniem. Z jeszcze gorszym skutkiem powtarza się to w „Jacobsons”, gdy Dara przy konsekwentnie prowadzonym biciu automatu perkusyjnego przez cały utwór próbuje opowiedzieć o żałobie po stracie ojca. Im dalej w las, tym więcej syczących, próbujących wybuchnąć dźwięków – ale tak dzieje się „tylko” z wokalistą, który już nie wytrzymuje emocjonalnie w finale – erupcja jego wrzasków i hałaśliwych elektronicznych sprzężeń jest tu na tyle niesamowita, że zamiast ulgi po zakończeniu tego szaleństwa, czuć niedosyt.

 

Zwolnienie tempa w „Megazord” wcale nie pozwala ochłonąć. Utwór przechodzi od dekonstrukcji dubu w pierwszej połowie do autorskiej wizji zwolnionego techno, a wszystko to spinają syczące syntezatory. Skojarzenie z kaznodzieją pojawia się znów w „Computer Sadness”. Tym razem nie z ulicznym, a takim z kościoła. Mocno przerobiona efektami barwa głosu Dary przypomina śpiewanie modlitwy podczas nabożeństwa. Podobno autor próbował tu opowiadać o miłości, ale bez powodzenia – w jego wokalu czuć skargę, żal i znudzenie – skojarzeń ciąg dalszy. Pierwsza połowa „Giraffe” jest dla odmiany najbardziej rockowa, gitara przypomina tu instrument stosowany w szeroko pojętym post-punku czy noise rocku, od którego Gilla Band zaczynali. Tak jest również z wokalem, który pozwala zarówno na usłyszenie więcej, jak i zrozumienie tekstu. To moment, gdzie wszystkie główne tematy się łączą: żałoba po ojcu oraz związana z tym samotność i zagubienie mieszają się ze wspomnieniami trudnego dzieciństwa.

 

zdj. materiały promocyjne

 

Choć pierwsza połowa „Giraffe” brzmi bardziej klasycznie, to w drugiej części wraca pulsujący rytm elektroniczny. I kontynuowany jest w absurdalnym „Crisp Pop”, który swoją głupkowatością studzi emocjonalny ciężar dotychczasowych utworów. W warstwie muzycznej pojawia się wiele swawolnych ornamentów, a Dara porównuje zespoły britpopowe do smaków chipsów. Tylko dlaczego Oasis trafił się serowo-cebulowy? Nagromadzenie na tej płycie surowej elektroniki sprawia, że kończący ją „At the Gallop” może w pierwszej kolejności kojarzyć się z Kraftwerk, ale zamysł był zupełnie inny. Użycie vocodera zostało zainspirowane albumem „Trans” Neila Younga, który stosował go w celu próby komunikacji z ciężko chorym synem. Dara próbuje tu przekazać coś samemu sobie, bo wciela się w postać swojego ojca, który śle mu z zaświatów ostrzeżenia na tle zrywającej się co rusz i gwałtownie gasnącej rytmiki. Świadomość tego zabiegu sprawia, że utwór staje się jeszcze bardziej przejmujący.

REKLAMA

 

Gilla Band nagrali tym razem płytę, w której niewiele zostało po charakterystycznej dla nich mieszance noise rocka i post-punku. Z drugiej strony, wokal Dary pozwala na szybkie rozpoznanie tego cenionego irlandzkiego zespołu. I trzeba też przyznać, że rozwiązania stosowane na „Pugnello” to nie jest jakiś tymczasowy kaprys, a naturalny rozwój grupy, która już na wydanym w 2019 roku „The Talkies” (jeszcze pod nazwą Girl Band) miała pewne industrialne elementy. Jeszcze mocniej poszli w tę stronę na „Most Normal” sprzed czterech lat, gdzie o elektronice można było mówić nie tylko pod kątem wpływów, a już integralnych części składowych albumu. Wydaje się jednak, że w pełni swobodnie wyrazili się dopiero teraz, na „Pugnello”, gdzie klasyczne gitarowe aranżacje poszły całkiem w odstawkę. Paradoksalnie nie wydaje mi się, by mieli stracić przez to część dotychczasowych odbiorców – neurotyczny, szaleńczy styl grupy nie zniknął wśród tego zdekonstruowanego techno. Być może skutek będzie odwrotny i zyskają fanów wśród miłośników bardziej eksperymentalnych dźwięków. Nazwałbym ten ruch odważnym, ale nie czuć tu intencji – wydaje się, że Gilla Band nagrali dokładnie taką płytę, jakiej potrzebowali dla siebie, bez przejmowania się jej recepcją.

 

Adrian Pokrzywka

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020