The Rolling Stones od dawna funkcjonują poza zwyczajną logiką muzycznej kariery. W ich przypadku pytanie nie brzmi już, czy mają jeszcze coś do udowodnienia, lecz czy wciąż potrafią nagrywać płyty, które istnieją z innego powodu niż konieczność podtrzymywania legendy. „Foreign Tongues”, dwudziesty piąty studyjny album zespołu, przynosi pod tym względem odpowiedź zaskakująco jednoznaczną. Nie jest to nostalgiczna pocztówka przygotowana przez muzyków przeglądających własne archiwum ani próba sztucznego odmłodzenia brzmienia. To ponadgodzinny materiał grupy, która doskonale zna wszystkie swoje gesty, ale nadal wykonuje je z energią, jakiej mogłoby jej pozazdrościć wiele zespołów młodszych o kilka pokoleń.
Ostatnie sześć lat przyniosło jednak wydarzenia, które mogłyby zakończyć działalność niemal każdej innej formacji. Wiosną 2020 roku, w samym środku pandemicznego zamknięcia, Stonesi opublikowali „Living in a Ghost Town” – utwór nagrany wcześniej, lecz zaskakująco dobrze oddający atmosferę pustych miast i nagle zatrzymanego świata. Znacznie poważniejszym ciosem była śmierć Charliego Wattsa w sierpniu 2021 roku. Perkusista przez dekady pozostawał nie tylko częścią sekcji rytmicznej, lecz fundamentem specyficznego pulsu zespołu. Jego miejsce podczas kolejnych tras i sesji zajął Steve Jordan, który nie próbuje naśladować Wattsa nuta w nutę, ale rozumie, że w muzyce The Rolling Stones najważniejsze są przestrzeń, niedopowiedzenie i właściwie postawiony akcent. „Foreign Tongues” zawiera jeszcze jedno pożegnanie z dawnym składem – „Hit Me in the Head”, nagrany z Wattsem przed jego śmiercią.
Zespół nie zamknął się jednak w żałobie ani w bezpiecznym objeżdżaniu największych przebojów. W 2022 roku świętował sześćdziesięciolecie działalności europejską trasą „Sixty”, a rok później wydał „Hackney Diamonds” – pierwszy album z premierowym materiałem od osiemnastu lat. Płyta okazała się czymś więcej niż przyzwoitym powrotem i rozpoczęła wyraźne późne odrodzenie twórcze grupy. Następnie przyszła północnoamerykańska trasa w 2024 roku, podczas której nowe kompozycje całkiem naturalnie znalazły miejsce obok klasycznego repertuaru. „Foreign Tongues” powstało więc nie jako pojedynczy wyskok starej legendy, ale jako kolejny etap odzyskanej regularności. Andrew Watt ponownie zamknął muzyków w studiu i zmusił ich do intensywnej pracy, dzięki czemu materiał nie sprawia wrażenia zbioru resztek z poprzedniej sesji, nawet jeśli niektóre jego fragmenty rzeczywiście sięgają wcześniejszych nagrań.

Ogólnie „Foreign Tongues” jest albumem bardzo dobrym, momentami wręcz znakomitym, choć wyraźnie nierównym. Stonesi poruszają się między bluesem, rock and rollem, soulem, country, dyskotekowym pulsem i prostym, niemal punkowym uderzeniem, nie próbując na siłę tworzyć nowego języka. Ich siłą pozostaje raczej naturalność, z jaką potrafią przeskakiwać między tymi konwencjami, zachowując własną tożsamość. Nie jest to poziom najważniejszych płyt z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ani późniejszego „Some Girls”, ale takie porównania po ponad sześciu dekadach działalności tracą już większy sens. Ważniejsze, że „Foreign Tongues” nie brzmi jak album nagrany z obowiązku. Słychać na nim radość wspólnego grania, gitarowe porozumienie Keitha Richardsa i Ronniego Wooda oraz Micka Jaggera, który wokalnie nadal pozostaje jednym z najbardziej wyrazistych frontmanów w historii rocka.
Największą siłą płyty są kompozycje, które korzystają z przeszłości zespołu, ale nie zamieniają się w jej mechaniczną rekonstrukcję. Otwierający „Rough and Twisted” natychmiast uruchamia bluesowy, ciężki puls, natomiast „In the Stars” opiera się na riffie i sposobie budowania refrenu, które mogą kojarzyć się z kolejną odsłoną „Start Me Up”. Jest w tym sporo autoplagiatu, ale także tyle naturalnej energii, że trudno potraktować go jako poważny zarzut. „Jealous Lover” przywołuje dyskotekowo-soulowe oblicze znane z „Emotional Rescue”, „Divine Intervention” imponuje gitarowym splotem Richardsa i Wooda, a „Ringing Hollow” należy do najbardziej dojrzałych i emocjonalnie przekonujących momentów albumu. Ważnym punktem jest również „Some of Us”, w którym Richards rezygnuje z wizerunku niezniszczalnego rockandrollowca na rzecz kruchego, niemal pogodzonego z własnymi słabościami wokalu. Z kolei „Back in Your Life” prowadzi do jednego z najlepszych gitarowych momentów Wooda. Lista gości jest imponująca – Paul McCartney gra na basie w „Covered in You”, Steve Winwood dodaje klawiszom soulowego ciepła, Robert Smith pojawia się między innymi w „Divine Intervention” i „Never Wanna Lose You”, a duch Charliego Wattsa nadaje „Hit Me in the Head” wyjątkową dynamikę.
Problem polega na tym, że „Foreign Tongues” trwa ponad godzinę i nie wszystkie pomysły zasługiwały na równie szerokie rozwinięcie. W drugiej części materiału pojawia się kilka kompozycji, które są sprawnie zagrane, ale nie mają własnego, wyraźnego charakteru. „Never Wanna Lose You” czy „Side Effects” korzystają ze sprawdzonych rozwiązań, lecz nie zostawiają po sobie tak mocnego śladu jak najlepsze fragmenty płyty. Również część zaproszonych nazwisk funkcjonuje raczej jako ciekawostka w książeczce niż rzeczywisty element zmieniający charakter nagrań. Najwięcej zastrzeżeń budzi jednak produkcja Andrew Watta. Zapewnia ona albumowi nowoczesną dynamikę i potężne brzmienie, ale chwilami jest zbyt sterylna, głośna oraz szczelnie wypełniona. The Rolling Stones najlepiej działają wtedy, gdy między instrumentami pozostaje trochę powietrza, brudu i kontrolowanego chaosu. Watt niekiedy wygładza właśnie te nierówności, które przez dekady stanowiły o uroku zespołu. Nawet udane interpretacje „You Know I’m No Good” Amy Winehouse i finałowego „Beautiful Delilah” Chucka Berry’ego przypominają, że Stonesi najpełniej brzmią wtedy, gdy produkcja przestaje nad nimi dominować.
„Foreign Tongues” nie jest kolejnym „Exile on Main St.” i nie próbuje nim być. To płyta zespołu świadomego własnej historii, wieku i ograniczeń, ale wciąż zdolnego do napisania kilku znakomitych piosenek oraz zagrania ich z autentycznym głodem. Nierówność materiału i przesadnie wypolerowana produkcja nie pozwalają mówić o późnym arcydziele, jednak w połączeniu z „Hackney Diamonds” album tworzy najmocniejszy studyjny okres The Rolling Stones od wielu dekad. Najważniejsze jest przy tym to, że grupa nie brzmi jak pomnik wystawiony samej sobie. Nadal potrafi być bezczelna, zabawna, czuła i nieco niechlujna – nawet jeśli Andrew Watt chwilami próbuje ten ostatni element zbyt mocno uporządkować. Po sześćdziesięciu czterech latach Stonesi nie muszą już nikomu niczego udowadniać, ale najwyraźniej wciąż mają ochotę robić to dla własnej przyjemności. I właśnie dlatego „Foreign Tongues” pozostaje płytą znacznie więcej niż tylko godną szacunku.
Szymon Pęczalski
Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.