IKS

Deep Purple – „SPLAT!” [Recenzja], dystr. Mystic Production

Muzyczni weterani z Deep Purple nadal zdają się nie zwalniać tempa. Dwa lata po całkiem udanym „=1” przyszedł czas na kolejną porcję premierowego materiału od zespołu, który swoje miejsce w historii hard rocka ma już dawno nienaruszalne. „Splat!” to dwudziesty czwarty album studyjny grupy i drugi nagrany z Simonem McBridem na gitarze. Tytuł może brzmieć trochę komiksowo, ale sama muzyka nie jest żadnym przypadkowym rozbryzgiem pomysłów. To płyta zwarta, miejscami ciężka i oparta na tym, co w obecnym Deep Purple działa najlepiej: riffie, hammondowym nerwie, instrumentalnych dialogach i charakterystycznym dystansie Iana Gillana.

Ostatnie pięć, sześć lat w historii Deep Purple było zaskakująco pracowite. „Whoosh!” z 2020 roku pokazał, że Ian Gillan i spółka wciąż potrafią przygotować premierowy materiał bez wrażenia, że robią to wyłącznie z przyzwyczajenia. Potem pojawiło się „Turning to Crime”, czyli album z cudzym repertuarem, bardziej poboczny, ale jednak potwierdzający, że muzykom nadal sprawia przyjemność samo wspólne granie. Najważniejszą zmianą tego okresu było oczywiście odejście z zespołu Steve’a Morse’a i pojawienie się w jego miejsce Simona McBride’a, którego w recenzji „=1” nazwałem trochę żartobliwie młodzieniaszkiem na tle pozostałych członków zespołu. Tamten materiał pokazał, że ta zmiana nie musi oznaczać osłabienia składu.

„=1” było płytą udaną przy pewnych założeniach i chyba najbardziej przebojową propozycją Deep Purple od czasu „Now What?!” albo nawet „Rapture of the Deep”. „Splat!” nie ma już efektu takiego świeżego otwarcia, ale brzmi jak naturalna kontynuacja tamtego rozdziału. McBride nie próbuje udawać Ritchiego Blackmore’a ani kopiować Steve’a Morse’a, tylko coraz pewniej wpisuje się we współczesne brzmienie zespołu. Dobrze współpracuje z Donem Airey’em, a ich dialogi są jednym z najmocniejszych elementów albumu. Jeśli na „=1” można było jeszcze mówić o nowym duchu w szeregach Deep Purple, to tutaj słychać, że ten duch zdążył się już całkiem wygodnie rozsiąść.

 

zdj. materiały promocyjne

 

Ogólnie „Splat!” jest płytą udaną, choć ponownie trzeba podejść do niej z rozsądnymi oczekiwaniami. Ian Gillan nie dysponuje już taką skalą jak dawniej i nie ma sensu udawać, że jest inaczej. Na „=1” najmocniej było to słychać w momentach, gdy próbował wejść wyżej albo gdy zbyt mocno forsował głos. Tutaj wypada najlepiej wtedy, gdy prowadzi utwory doświadczeniem, ironią i charakterem, zamiast ścigać własną legendę. W „The Only Horse in Town”, „Guilt Trippin’” czy „My New Movie” nie chodzi o wokalne fajerwerki, lecz o osobowość. A tej Gillanowi wciąż odmówić nie można.

Najmocniejsze strony „Splat!” leżą po stronie instrumentalnej chemii. „Arrogant Boy” dobrze otwiera całość i od razu ustawia energię albumu, „Diablo” ma typowo purpurowy dialog gitary z klawiszami, a „The Rider” i „The Lunatic” trzymają tempo bez niepotrzebnego kombinowania. Don Airey, podobnie jak na „=1”, pozostaje jednym z cichych bohaterów zespołu, choć jego partie wcale nie zawsze są ciche. „Sacred Land”, „The Beating of Wings”, „Third Call” czy finałowy „Splat!” pokazują, że Deep Purple nadal potrafią budować napięcie i pisać utwory, przy których noga sama zaczyna wybijać rytm. Nie ma tu może wielkiej rewolucji, ale jest sporo solidnego, dobrze zagranego hard rocka.

 

 

Słabsze strony wynikają głównie z produkcyjnej kontroli. Bob Ezrin trzyma całość w ryzach, ale momentami robi się przez to zbyt równo i zbyt sterylnie. Brakuje trochę brudu, mocniejszego wyeksponowania Iana Paice’a i dłuższych instrumentalnych rozwinięć, które kiedyś były jednym ze znaków firmowych Deep Purple. Gitara miejscami mogłaby dostać więcej pazura, a niektóre kompozycje aż proszą się o odrobinę więcej luzu. „Jessica’s Bra” ma swój absurdalny urok, ale może też uchodzić za numer bardziej osobliwy niż potrzebny. „Scriblin’ Gib’rish” wpisuje się w specyficzne poczucie humoru Gillana, choć nie będzie to utwór, do którego każdy będzie regularnie wracał.

 

Do „Splat!” warto podejść podobnie jak do „=1”: bez oczekiwania na drugie „Machine Head”, ale też bez protekcjonalnego taryfikatora ulgowego dla legendy. To nie jest płyta przełomowa, ale bardzo przyzwoita propozycja późnego Deep Purple. Zespół zna swoje ograniczenia, jednak nie zamienia ich w wymówkę. Cieszy, że muzycy raz jeszcze weszli do studia i nadal pchają ten rockowy wózek do przodu, zamiast wyłącznie objeżdżać świat z zestawem największych przebojów. Dla słuchaczy świadomych obecnych możliwości Gillana i charakteru współczesnego składu będzie to album satysfakcjonujący, momentami naprawdę dobry.

 

Szymon Pęczalski

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020