IKS

Sacriversum [Rozmowa]

Osobom śledzącym polską metalową scenę z końca lat dziewięćdziesiątych oraz początku obecnego stulecia nazwa Sacriversum zapewne nie jest obca. W tym okresie zespół uzyskał kontrakt z nieistniejącym już labelem Metal Mind Productions. W tamtym też czasie dzięki albumom „Beckettia” oraz „Mozartia” ta łódzka formacja zbudowała sobie rozpoznawalność wśród miłośników gotyckiego metalu w naszym kraju, zanim na kilkanaście lat zawiesiła swoją działalność. Korzenie Sacriversum są jednak zupełnie inne. Próżno szukać tam gotyku. To właśnie do początkowego deathmetalowego okresu zespół nawiązuje na swej najnowszej płycie „Before the Birth of Light”. Dlaczego? Na te pytania odpowiadają nam członkowie zespołu na czele z Remem, który jest strasznym gadułą. Jednak z tego gadulstwa, właściwie z każdego jednego słowa, przebija się ogromna pasja do muzyki. Przy okazji dowiemy się sporo ciekawostek z historii Sacriversum.

 

Bartek Kuczak: Witajcie. Nie wyobrażam sobie rozpoczęcia tego wywiadu od innego pytania. Skąd w ogóle pomysł na reaktywację zespołu po siedemnastu latach niebytu?

 

 

Remo: Wiesz, tutaj tak naprawdę trzeba by zapytać MacKozera, bo to on był głównym strażnikiem całego tego przedsięwzięcia… Cały czas miał on z tyłu głowy, że Sacriversum nie jest tematem definitywnie zamkniętym, i prędzej czy później wróci ono do świata żywych. Miał nawet takie powiedzenie, że dopóki Remo żyje, Sacriversum istnieje. Dla mnie to było cholernie budujące i traktowałem to jako ogromny komplement. Ale prawda jest taka, że pewnie nie mielibyśmy aż tyle energii, żeby to wszystko postawić na nowo, gdyby nie jedna rzecz – wznowienie naszej pierwszej płyty, „The Shadow of the Golden Fire”, przez Leszka Wojnicza-Sianożęckiego z Krakowa. Zadzwonił do mnie któregoś dnia z informacją, że chciałby to wydać jeszcze raz. Ja na to: „Lechu, nie wiem, czy to ma sens – to przecież wyszło w 1994 roku na kasecie, potem gdzieś tam kręciło się na CD, Niemcy też jakąś reedycję próbowali wydać, ktoś to w Polsce licencyjnie wypuścił…”. A on tylko: „Minęło tyle lat, ludzie zapomnieli – będzie zainteresowanie”. I powiem ci, że to było coś, co mnie odpaliło. Pomyślałem, że skoro wychodzi reedycja, to czemu nie zorganizować kilku koncertów? Kiedy zaczęliśmy ruszać ten temat z MacKozerem, szybko się okazało, że potrzebujemy ludzi do grania. Nasz pierwszy perkusista, Michał Ślebocki – niestety już nie żyje, więc ten rozdział był zamknięty. Drugi gitarzysta, Herszt, jest dziś kompletnie poza sceną i dołączenie do zespołu nie interesowało go. Pierwsze co zrobiliśmy, to telefon do Barana, klawiszowca z pierwszej płyty. Zapytaliśmy, czy nie chciałby wrócić – a on na to, żebyśmy otwierali drzwi, bo już jedzie. I wtedy wiedzieliśmy, że coś się zaczyna dziać. Największym wyzwaniem był perkusista na odpowiednim poziomie. I tu wchodzi historia Janka Tracińskiego.

 

 

BK: Jak go zwerbowałeś?

 

 

Remo: Rozpoczęliśmy poszukiwania bębniarza. Zadzwoniliśmy najpierw do Gerarda Klawe z Łodzi – znacie go z Farben Lehre, wcześniej Closterkeller i jeszcze paru innych kapel. Kumplujemy się od lat, więc pytamy: „Geruś, zagrasz z nami?”. A on: „Chłopaki, nie dam rady – mam za dużo roboty. Ale dam wam namiar na odpowiedniego człowieka”. No i tak trafiliśmy do Janka. Wyobraź sobie tę sytuację – dzwonimy do niego jak do urzędu: „Dzień dobry, panie Janie, czy byłby pan zainteresowany współpracą…” (śmiech). Dalszy ciąg niech już sam opowie.

 

Janek Traciński: Z mojej strony sytuacja była dość prosta. Remo początkowo przedstawił mi to jako projekt w klimatach metalu, więc automatycznie założyłem, że wchodzimy w typowe rejony – szybkie tempa, blast beaty, ciężki, mroczny klimat. Dostałem link do streamu pierwszej płyty Sacriversum wrzuconego na YouTube i po przesłuchaniu zacząłem łapać, o co w tym chodzi. Zawsze przyciągały mnie płyty, które niosą ze sobą coś więcej. Takie, które mają konkretny przekaz, jakąś myśl przewodnią, itp. Tutaj właśnie to poczułem. Przesłuchałem ten materiał i dotarło do mnie, że można z tego wyciągnąć coś naprawdę ciekawego. Od początku chciałem podejść do tego w taki sposób, żeby zachować ducha tamtych lat w partiach perkusji, ale jednocześnie dodać coś od siebie – bardziej współczesne elementy i własny styl.  Zaczęliśmy spotykać się regularnie, a energia, która pojawiła się przy tym powrocie do grania, została z nami do dziś.

 

 

BK: W pewnym momencie wasz skład się jednak jeszcze bardziej rozszerzył.

 

 

Remo: Po dłuższej przerwie – w naszym przypadku to było aż 17 lat – trzeba było trochę nadgonić formę. Ale z czasem wszystko zaczęło wracać na swoje miejsce. Spotykaliśmy się, graliśmy, rozmawialiśmy i nawet nie zauważyliśmy, kiedy minęły kolejne cztery lata. W międzyczasie skład zespołu się rozwinął. Dołączył do nas drugi gitarzysta – Olafsson, syn MacKozera. Początkowo graliśmy w jednogitarowym składzie i nie czuliśmy potrzeby zmian. Jednak z czasem Olaf osiągnął na tyle wysoki poziom, że naturalnym krokiem było zaproszenie go do wspólnego grania. Zaczęło się od pojedynczego występu – pojawił się gościnnie na scenie podczas jubileuszu MacKozera i zagrał z nami jeden utwór. Wypadło to na tyle dobrze, że kiedy po nagraniu ostatniej płyty zaczęliśmy rozmawiać o poszerzeniu składu i wzmocnieniu brzmienia na żywo, jego kandydatura była oczywista.

 

MacKozer: Jesteśmy w zespole w większości po pięćdziesiątce, więc siłą rzeczy pojawia się pewien kontrast pokoleniowy. Patrzymy na Janka i Olafa trochę jak na siebie sprzed trzydziestu lat i widzimy różnice – to naturalne. Dla mnie osobiście to też jest ciekawe doświadczenie, takie mentalne ćwiczenie, żeby nie zastygnąć, nie „zdziadzieć” i wciąż mieć w sobie świeżość. Z drugiej strony, jeśli spojrzeć na to obiektywnie, to właśnie młodsi muzycy w zespole prezentują dziś najwyższy poziom czysto warsztatowy. Gdybym miał wskazać najlepszych instrumentalistów, to powiedziałbym: Janek, Baran – oni naprawdę świetnie radzą sobie na swoich instrumentach.

 

Remo: My z MacKozerem wnieśliśmy do zespołu przede wszystkim historię, doświadczenie i ciągłość, ale ja sam nigdy nie postrzegałem się jako wirtuoza i nie miałem ambicji, żeby iść w tym kierunku. Moja rola jest zresztą dość specyficzna, bo łączę grę na basie ze śpiewem, co samo w sobie jest wyzwaniem. Natomiast jeśli chodzi o różnice wieku, to mam wrażenie, że dziś nie mają one większego znaczenia. W wielu dziedzinach młodzi ludzie osiągają bardzo wysoki poziom już na wczesnym etapie – w muzyce jest podobnie. Na scenie to w ogóle przestaje mieć znaczenie. Olaf zagrał już z nami kilka koncertów i absolutnie nie czuć żadnych podziałów. Zespół funkcjonuje jako spójna całość, a wiek przestaje być jakąkolwiek kategorią – po prostu nie jest istotny.

 

 

 

 

BK: Parafrazując wasze słowa, śmiało można stwierdzić, że obecne wcielenie Sacriversum tworzą dwie generacje muzyków. Przypuszczam, że to również dwie wizje nie tylko na muzykę, ale ogólnie na świat. Nie powoduje to żadnych konfliktów?

 

 

MacKozer:  Kiedy gramy, to wchodzą emocje i one nas po prostu unoszą. A emocje nie mają wieku, nie liczy się tu metryka. I myślę, że to jest coś, co nas bardzo spaja. Ta wspólna miłość do muzyki, do tego, co robimy – to jest fundament. Jasne, można powiedzieć, że trzon zespołu wywodzi się z pierwszego składu, że są osoby, które są tu od początku, jak Remo czy Baran. Dla mnie – patrząc też przez pryzmat grania w różnych zespołach – ten skład jest w pełni wspólny. To jest tak samo mój zespół, jak Janka, Olafa czy Barana. Nie ma tu żadnych podziałów na starszych i młodszych, czy na „stażowych” i „nowych”. To w ogóle nie funkcjonuje w ten sposób. Jest po prostu atmosfera, którą najprościej nazwać rodzinną. Każdy ma tu swoje miejsce i każdy jest częścią tej całości.

 

Remo: Jest takie powiedzenie, że jak się gra muzykę, to muszą się zgadzać przynajmniej dwie z trzech rzeczy: kasa, muzyka i ludzie. U nas na pewno zgadzają się ludzie – i to bardzo. To jest chyba najmocniejszy punkt tego zespołu. Zgadza się też muzyka, bo naprawdę dobrze nam się razem gra i czujemy ten wspólny kierunek. Jeśli chodzi o pieniądze, to wiadomo – każdy by chciał móc żyć z grania, ale w naszym przypadku to nie jest realne. I szczerze mówiąc, nie traktujemy tego jako głównego celu. Dzisiaj nawet w metalu coraz częściej mówi się o tym, że scena stała się biznesem, jak każda inna dziedzina kultury. Wielu ludzi podchodzi do tego w sposób czysto zawodowy, z myślą o utrzymaniu. My tak nie działamy. Każdy z nas ma swoje źródło dochodu poza zespołem. Jasne, Janek jest zawodowym muzykiem i żyje z grania na perkusji, ale nawet on nie opiera się finansowo na tym konkretnym projekcie. I dobrze – bo gdybyśmy mieli traktować ten zespół jako główne źródło utrzymania, to szybko by się okazało, że to bardzo krucha podstawa. Dlatego u nas na pierwszym miejscu są ludzie i muzyka. Reszta jest dodatkiem, nie fundamentem.

 

 

BK: Zastanawia mnie jedna rzecz. W naszej rozmowie pojawiają się wątki waszego debiutanckiego krążka „The Shadow of the Golden Fire”, natomiast zupełnie pomijamy okres gotycki, który stanowił sporą część waszej historii.

 

 

MacKozer: To wynika w dużej mierze z samego momentu reaktywacji zespołu. Wróciliśmy do grania przy okazji wznowienia pierwszej płyty, więc naturalną rzeczą było, żeby zacząć właśnie od tych korzeni. Skoro mieliśmy grać koncerty oparte na tym materiale, to siłą rzeczy wróciliśmy do tego brzmienia i tej estetyki.

 

Remo: Trzeba jednak pamiętać, że już od drugiej płyty, „Soteria”, zespół zaczął mocno skręcać w inną stronę. Zmieniały się składy, pojawiali się nowi muzycy, doszły wokalistki, a całość zaczęła iść w kierunku bardziej gotycko-metalowym. Te kolejne albumy – aż do momentu zawieszenia działalności – były już mocno osadzone w tej stylistyce: więcej melodii, podwójne wokale, rozbudowane partie klawiszowe. W tamtym czasie taka koncepcja po prostu nam odpowiadała i w takim kierunku chcieliśmy iść. Natomiast przy reaktywacji od razu było dla nas jasne, że chcemy wrócić do korzeni. Nie tylko dlatego, że graliśmy materiał z pierwszej płyty, ale też dlatego, że czuliśmy potrzebę powrotu do bardziej surowego, dynamicznego grania. Świadomie zrezygnowaliśmy z wokalistki i postawiliśmy na skład, który miał stworzyć nową muzykę będącą bezpośrednią kontynuacją i rozwinięciem debiutu. To nie znaczy, że odcinamy się od tego środkowego okresu. Absolutnie nie – to była część naszej historii i wtedy to było dla nas naturalne. Ale dziś jesteśmy w innym miejscu. Chcemy być kojarzeni przede wszystkim z tym bardziej oldschoolowym podejściem – z death metalem, z growlem, z energią i dynamiką, które były fundamentem na początku. Oczywiście pewne elementy zostały – choćby melodyka czy obecność klawiszy, które nadal są ważne i wnoszą dużo do brzmienia. Tyle że dziś są one osadzone bardziej w klimacie retro niż w gotyckiej estetyce. Spotykamy się gdzieś pośrodku – każdy z nas czuje tę muzykę trochę inaczej, ale finalnie zgadzamy się co do kierunku. I to właśnie słychać na nowym materiale. Gra Barana na klawiszach absolutnie nie jest gotycka i to warto podkreślić. Ona w dużej mierze wyrasta z bluesa i progresywnego rocka lat 70., i to słychać. I właśnie w tym pojawia się ten ciekawy eklektyzm – łączymy elementy, które na papierze wydają się odległe, a w praktyce zaczynają ze sobą bardzo dobrze współgrać. Z jednej strony mamy oldschoolowy death metal, a z drugiej takie zagrywki, szczególnie na klawiszach – dużo Hammondów, dużo klimatów, które mogą się kojarzyć z latami 70. To nie jest tylko tło, tylko realny składnik brzmienia. Zdarzało się nawet, że ktoś porównywał to do połączenia Deep Purple z death metalem – i coś w tym faktycznie jest. Ten kontrast działa na naszą korzyść, bo zamiast zamykać się w jednej estetyce, budujemy coś bardziej własnego.

 

 

 

 

BK: Nie da się ukryć, że to trafne porównanie.

 

 

Remo: Nasi niemieccy znajomi, którzy teraz wydają tę płytę, też zwrócili na to uwagę. To ludzie, z którymi nasze drogi już wcześniej się przecinały. Dostali od nas materiał, posłuchali i bardzo się tym zajarali. I w zasadzie wszyscy są zgodni co do jednego porównania – że to brzmi jak połączenie Chucka Schuldinera z Deep Purple, gdzie na klawiszach gra Jon Lord albo Don Airey. Czyli lata 70. spotykają się z death metalem. I coś w tym jest. Każdy zespół tak naprawdę działa na zasadzie mieszania indywidualnych wpływów – to są takie strumienie, które zlewają się w jedną rzekę. Każdy wnosi swoje. U nas na przykład Kozer ma mocne wpływy klasycznego heavy metalu, w stylu Iron Maiden czy bardziej progresywnych rzeczy pokroju Marillion. Janek z kolei reprezentuje zupełnie inne pokolenie – dla niego naturalne są rzeczy, które dla nas pojawiły się dopiero później, już po zawieszeniu zespołu. I to jest bardzo ciekawe, bo on filtruje to wszystko przez swoją wrażliwość i umiejętności. Słyszałem jego własne kompozycje i mam wrażenie, że z tego może się rodzić coś w rodzaju „Sacriversum 2.0” – czyli zachowujemy tożsamość zespołu, ale pojawia się nowoczesne spojrzenie. Dla mnie to jest jednocześnie ekscytujące i trochę wymagające, bo momentami trzeba się zmierzyć z czymś nowym, wyjść poza swoje schematy. Ale właśnie na tym polega granie w zespole – uczymy się od siebie nawzajem. Może już nie wymyślimy prochu na nowo, ale możemy się rozwijać, podsuwać sobie kierunki, wyciągać się z momentów, kiedy coś się blokuje. Zresztą my jesteśmy zespołem bardzo eklektycznym, ale jednocześnie nie ma u nas żadnych tarć o kierunek. To się dzieje naturalnie. Każdy przynosi jakiś pomysł i zamiast go odrzucać, próbujemy go rozwinąć. Ktoś daje szkielet, ktoś inny dokłada kolejne warstwy – aż powstaje coś wspólnego. I moim zdaniem to jest jedyny sensowny sposób, żeby zespół mógł się rozwijać. W zasadzie cały materiał na nową płytę powstał właśnie w taki sposób – bardzo organicznie. Ktoś przynosił jakiś luźny motyw, czasem wręcz od niechcenia coś tam przygrywał, a Janek już od razu słyszał, że może z tego wyjść konkretny numer i podsuwał kierunek. Tak powstał chociażby pierwszy utwór na płytę, a zaraz po nim kolejny – z takich zupełnie spontanicznych rzeczy. I to jest właśnie w tym najfajniejsze, że przychodzisz na próbę z jakimś pomysłem, a reszta zespołu to podchwytuje i zaczyna się z tego robić coś większego. To jest bardzo twórczy proces. W gruncie rzeczy można powiedzieć, że cała ta płyta jest efektem takiego podejścia – współdziałania i tej energii, która się pojawia, kiedy kilka osób idzie w jednym kierunku. Bo kiedy masz ekipę, wspólny cel i zaczynacie nad czymś pracować razem, to nagle okazuje się, że jesteście w stanie zrobić dużo więcej, niż każdy z osobna. I trochę do tego też nawiązuje warstwa liryczna płyty. Poszliśmy w konwencję wikingowską – są najazdy, podróże, zdobywanie nowych terenów – ale to jest oczywiście metafora. Nie chodzi o samych wikingów, tylko o ideę drużyny. O to, że kiedy „zbierasz ekipę” i razem ruszacie po swoje, to pojawia się zupełnie inna siła i satysfakcja. Taki trochę tolkienowski motyw – wspólna wyprawa, wspólny cel. I szczerze mówiąc, bardzo się cieszę, że po reaktywacji zespołu udało nam się w to wejść właśnie w taki sposób.

 

 

BK: To ewidentnie słychać na nowej płycie „Before the Birth of Light”. Moją uwagę zwrócił numer „Golden Lights of Valhalla”. Szczególnie ten jazzowy motyw, który z jednej strony wychodzi nieco poza jego klimat, z drugiej zaś paradoksalnie dodaje mu specyficznego smaku.

 

 

MacKozer: „Golden Lights of Valhalla” to w ogóle bardzo ciekawy przypadek, bo ten numer powstał totalnie organicznie na próbie. Wszystko zaczęło się od jednego riffu, który przyniosłem – na jego bazie zaczęliśmy grać, chłopaki dorzucali swoje rzeczy i z tego wyłonił się pierwszy kawałek, czyli „Storming”. Kiedy skończyliśmy go grać, zacząłem na czystej gitarze improwizować wstęp do „Gods and Lights of Valhalla”. I znowu – Janek od razu podchwycił temat, zaczął podpowiadać kierunek, żeby to rozwijać dalej, i tak ten utwór zaczął się składać właściwie na naszych oczach. To jest numer bardzo złożony. Już na poziomie rytmiki sporo się tam dzieje – pojawiają się polirytmie, przejścia między różnymi metrami, więc od samego początku słuchacz dostaje coś trochę „pokręconego”. Jednocześnie mieliśmy założenie, żeby w tym wszystkim pojawił się też ten charakterystyczny dla nas moment zwolnienia – bardziej melodyjny, przestrzenny. I to jest właśnie ta część, o którą pewnie pytasz. Ona jest ciekawa harmonicznie, bo wychodzi poza oczywiste rozwiązania – pojawiają się przejścia, które mogą się kojarzyć nawet z jazzem, nagłe zmiany charakteru akordów, momenty, gdzie coś z minorowego klimatu przechodzi w bardziej „jasne” brzmienie. No i kluczową rolę odgrywają tutaj klawisze Barana. On potrafi jednym dźwiękiem – jedną tercją – totalnie zmienić odbiór całego fragmentu. To robi ogromną robotę. W efekcie wyszedł numer, w którym jest wszystko – od bardziej jazzujących momentów, przez melodyjne zwolnienia, aż po konkretne, agresywne fragmenty z blastami. I właśnie dzięki temu on żyje. Mam nadzieję, że to będzie jeden z tych kawałków, które na żywo naprawdę siadają i wywołują reakcję pod sceną. Wracając do tematu tej „jazzowości” – my po prostu nie stawiamy sobie żadnych barier. Janek i Baran są muzykami, którzy potrafią to wszystko ogarnąć i nadać temu formę, zrobić z tego porządek. A my wrzucamy swoje pomysły bardziej intuicyjnie – to, co gdzieś nam gra w środku, co wynika z doświadczenia i z tego, w jakiej stylistyce się poruszamy. I z tego powstają takie utwory, które są połączeniem wielu rzeczy. Wydaje mi się, że to jest dziś jakiś wyróżnik naszego grania – że trzymamy głowy otwarte i nie ograniczamy się tylko dlatego, że ktoś ma takie czy inne wpływy. Baran może iść w bluesa, Janek spokojnie odnajduje się w jazzie, gra też inne rzeczy poza zespołem – i to wszystko naturalnie się przenika. Każdy wnosi coś swojego i z tego buduje się całość.

 

Rozmawiał Bartek Kuczak

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Ten post ma jeden komentarz

  1. Marek Jurek

    Świetny zespół, świetny wywiad 🔥💪

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020