IKS

Mac Kennedy (Poison Ruïn) [Rozmowa]

Chłopaki z Poison Ruïn mimo krótkiego stażu zdążyli już trochę na rynku muzycznym namieszać. Nie dziwota, gdyż ich eklektyczna mieszanka kilku stylów, które pozornie wydają się być niepasującymi do siebie puzzlami (mimo wszystko tworzącymi spójny obraz), działa na wyobraźnię i potrafi poruszyć naprawdę otwarte umysły i uszy. Chłopaki ewidentnie lubią nasz kraj, gdyż ledwie rok po poprzedniej wizycie, polska publiczność miała tego lata możliwość zobaczyć i posłuchać ich dwukrotnie. 11 lipca zagrali w Pleszewie na Red Smoke Festival, a dzień później w warszawskim VooDoo Club. Więcej o trasie oraz swoich wspomnieniach z Polski opowiedział nam Mac Kennedy, lider tej formacji.

 

Bartek Kuczak: Cześć! Wyglądasz na lekko zmęczonego.

 

 

Mac Kennedy: Szczerze mówiąc, trochę średnio się czuję… Dzisiaj w zasadzie tylko siedzę w domu i spędzam czas z moimi psami. Totalnie domowy dzień.

 

 

BK: Taki dzień jest potrzebny, bo zbliża się pracowite lato. W tym roku wracacie do Polski. Ostatnie koncerty zagraliście rok temu – wygląda na to, że lubicie nasz kraj, prawda?

 

 

MK: Tak, zdecydowanie. Lubimy Polskę i bardzo się cieszymy, że wracamy.

 

 

BK: Pamiętasz jakieś szczególne momenty z ostatniej wizyty?

 

 

MK: Graliśmy dwa klubowe koncerty – w Warszawie i w Poznaniu. Pamiętam, że zrobiłem sobie fajny spacer po Warszawie, to było naprawdę spoko. Nie mieliśmy za bardzo czasu przed ani po koncertach, żeby coś zwiedzić jako zespół, ale sam koncert w Warszawie był świetny. Zatrzymaliśmy się bardzo blisko klubu i obok była jakaś świątynia. To było dość surrealistyczne – noc, przed koncertem kręcą się punki i metalowcy, a obok ludzie praktykujący swoje rytuały. Bardzo dziwne, ale też zabawne połączenie. Graliśmy też na Izero Hardcore Fest, na południu Polski. To typowo punkowy festiwal i mieliśmy przyjemność zagrać na jego zakończenie. Świetny czas, naprawdę. Wielkie dzięki dla wszystkich – to był bardzo dobry festiwal.

 

 

BK: W paru wywiadach wspominałeś, że gracie dla zarówno dla punków jak i metalowców. Jak to wygląda na waszych koncertach? Kogo widzisz częściej pod sceną — więcej punków, metalowców, a może miłośników szeroko pojętej alternatywy, albo zupełnych „normalsów”?

 

 

MK: Zdecydowanie najwięcej jest punków – i bardzo mnie to cieszy. Dla mnie punk to przede wszystkim próba ignorowania tych wszystkich sztywnych podziałów na subgatunki. To podejście, które daje wolność – pozwala podejmować decyzje muzyczne i artystyczne bez oglądania się na etykietki. Właśnie to mnie najbardziej interesowało przy tworzeniu tego projektu – żeby zebrać wpływy z różnych rzeczy, które lubię, i spróbować je połączyć w spójny sposób, zamiast po prostu podążać za jednym gatunkiem. Dlatego na nasze koncerty przychodzą bardzo różni ludzie. Oczywiście jest sporo metalowców, ale najwięcej nadal jest punków – choć to też zależy od miejsca i kontekstu, w którym gramy. Pojawiają się też ludzie z kręgu indie, alternatywy, są goci, są muzyczni nerdzi… właściwie cały przekrój. I to właśnie jest super. Mamy naprawdę zróżnicowaną publiczność i bardzo nas to cieszy. Nie mamy żadnych oczekiwań co do tego, kto „powinien” przychodzić na nasze koncerty. Czasami, przez to mieszanie się subkultur, ktoś jest trochę zaskoczony, że to nie wygląda tak, jak sobie wyobrażał – ale to już bardziej jego problem niż nasz. My po prostu robimy swoje. Nie próbujemy dopasować się do jednego typu odbiorcy. I chyba właśnie dlatego przyciągamy tak różnych ludzi.

 

 

BK: W tym roku wypuściliście nowy album, „Hymns from the Hills”. Czy planujecie oprzeć na nim swoją setlistę?

 

 

MK: Tak, zdecydowanie. Spora część setlisty będzie oparta na nowym materiale, ale oczywiście nie zapominamy o starszych rzeczach. Przy układaniu setlisty nie chodzi tylko o to, żeby wrzucić „największe numery” i odhaczyć temat. Staramy się budować pewien flow – żeby koncert miał odpowiednią dynamikę i energię. Są utwory, które po prostu działają w konkretny sposób i wiemy, że muszą się pojawić. Jednocześnie próbujemy to mieszać i zmieniać, żeby set nie był przewidywalny – zwłaszcza że byliśmy tu już rok temu. Chcemy wrócić z czymś świeżym i zagrać dla was jak najwięcej nowej muzyki.

 

 

fot. materiały promocyjne

 

 

BK: Poison Ruin zaczynał jako twój solowy projekt. Jak to wygląda teraz? Czy nadal wszystko tworzysz sam?

 

 

MK: W dużej mierze tak, większość wciąż wychodzi ode mnie. Nie mówię, że tak będzie zawsze, ale na ten moment to ja odpowiadam za pisanie i nagrania. Natomiast przy samych nagraniach i koncertach pojawiają się też inni ludzie. Mieliśmy gości – na przykład ktoś dograł harmonijkę, czego sam bym nie zrobił. Są też dodatkowe wokale, różne elementy, które wnoszą inni. Dużą rolę odegrał też Jonah Falco – pomógł poskładać to wszystko w całość i wprowadził sporo swojej kreatywności. To nie była tylko techniczna pomoc, raczej coś więcej – realny wkład w brzmienie. Jeśli chodzi o zespół jako taki, to działa to trochę inaczej. Każdy ma swoje własne projekty i przestrzeń, w której tworzy. Ja po prostu robię swoje w ramach tego projektu, a to pozwala nam razem grać i rozwijać się jako zespół. I jak na razie – to po prostu działa.

 

 

BK: W którym momencie Poison Ruïn przekształcił się w pełnoprawny zespół? Jak wyglądał ten proces?

 

 

MK: Od samego początku gdzieś z tyłu głowy miałem, że to docelowo może stać się zespołem, ale nie spieszyłem się z realizacją tej wizji. Na starcie to był w pełni mój projekt – wszystko napisałem i nagrałem sam, więc nie byłem do końca przekonany, czy chcę od razu wciągać w to innych ludzi. Bardziej zależało mi na tym, żeby jeśli już ktoś dołączy, to dlatego, że naprawdę czuje tę muzykę, a nie dlatego, że go o to poprosiłem. Nie chciałem sytuacji, w której ktoś się zgadza, a potem się z tego wycofuje, bo jednak to nie jego klimat. Przez jakiś czas funkcjonowało to więc wyłącznie jako projekt nagraniowy. Dopiero w 2020 roku Will, który teraz gra na basie i gitarze, odezwał się do mnie, powiedział, że podobają mu się te kawałki i że chciałby je grać. To był w sumie moment przełomowy, bo pomyślałem: okej, skoro ktoś sam z siebie chce w to wejść, to ma sens. Od tego zaczęło się budowanie składu – krok po kroku. Nie stało się to z dnia na dzień, raczej naturalnie się rozwinęło i dopiero po jakimś czasie Poison Ruïn stał się faktycznym zespołem, a nie tylko moim solowym projektem.

 

 

BK: Czyli ten proces nie był zaplanowany, tylko raczej był to naturalny i spontaniczny ruch?

 

 

MK: Tak, dokładnie. Wiesz, mam wrażenie, że kiedy zaczynasz coś na siłę forsować, to tracisz z oczu to, czym to mogłoby się stać samo z siebie. Za bardzo skupiasz się na efekcie końcowym, na tym, co chcesz osiągnąć, zamiast pozwolić rzeczom się wydarzyć. A ja wolę dać temu przestrzeń, żeby rozwijało się naturalnie – wtedy łatwiej w to uwierzyć i naprawdę poczuć, o co w tym chodzi.

 

 

BK: Słuchając waszego ostatniego albumu, zwróciłem uwagę na kilka bardziej nietypowych momentów – na przykład „Howls from the Citadel”. To właściwie ballada. Skąd wziął się pomysł na ten numer?

 

 

MK: To w dużej mierze wyszło z myślenia o płycie jako całości. Chciałem mieć na niej fragment mniej intensywny, bardziej ambientowy, coś, co pozwoli na chwilę zmienić energię, żeby potem cięższe rzeczy mogły uderzyć jeszcze mocniej. Wcześniej robiliśmy to raczej krótkimi interludiami w klimacie dungeon synth – takie półtorej minuty, które rozładowują napięcie i dodają trochę tej mistycznej atmosfery. Tym razem pomyślałem, że spróbuję rozwinąć ten pomysł bardziej – zrobić z tego pełnoprawny utwór. Miałem już od jakiegoś czasu partię na gitarze akustycznej, taką trochę folkową, ale opartą na skalach modalnych, więc brzmiącą dość „fantastycznie”, trochę jak muzyka z jakiegoś świata fantasy. To było coś, co grałem sobie długo bez konkretnego celu, aż w końcu zaczęło się układać w strukturę. Na początku to miała być po prostu kolejna instrumentalna rzecz, coś w stylu tego, co robiliśmy na EP-ce „Confrere”, gdzie też pojawiały się akustyczne elementy i dungeon synth jako tło. Ale kiedy zacząłem to rozwijać, poczułem, że to brzmi już bardziej jak pełnoprawna piosenka – i że aż prosi się o wokal. Jeśli chodzi o tekst i samą inspirację, to dużo wyszło z obrazów, które pojawiały się razem z muzyką. To było trochę jak patrzenie na krajobraz z góry, jakby z jakiejś cytadeli. Od tego wzięła się też ta nazwa – „Howls from the Citadel”. Zacząłem myśleć o tych tytułach jak o miejscach: „lament z gór”, „hałas z cytadeli”, „hymn z gór” – to zaczynało układać się w coś w rodzaju mapy. Trochę jak na początku książki fantasy, gdzie masz mapę świata, do której wracasz w trakcie czytania. Te obrazy zaczęły działać w podobny sposób – jakby muzyka i tytuły razem tworzyły przestrzeń, po której można się poruszać.

 

 

 

 

BK: W utworze „Sleeping Giant (Interlude)” słychać wyraźne wpływy doom metalu – momentami przywodzące na myśl zespoły z kręgu funeral doom. To klimat, który jest ci szczególnie bliski?

 

 

MK: Zdecydowanie tak – uwielbiam ten rodzaj grania. Na co dzień nie mam jednak czasu ani przestrzeni, żeby realizować się w takim projekcie w pełni, dlatego staram się przemycać te inspiracje przy okazji pracy nad albumami. Lubię myśleć o płycie jako o całości, w której poszczególne utwory pełnią różne funkcje – zmieniają tempo, resetują energię i utrzymują uwagę słuchacza. Takie momenty są dla mnie też okazją, żeby sięgnąć po stylistyki, do których nie wracam zbyt często. Jeśli chodzi o doom, szczególnie bliski jest mi jego najwolniejszy, najbardziej surowy wariant – funeral doom, zwłaszcza ten z lat 90., zanim jeszcze został wyraźnie skodyfikowany jako gatunek. Wtedy zespoły po prostu eksperymentowały z ekstremalnym spowolnieniem muzyki i sprawdzały granice tego podejścia. Nagrywając perkusję do „Sleeping Giant”, myślałem właśnie w ten sposób – o maksymalnym „rozciąganiu” rytmu. Nawet jeśli tempo jest już bardzo wolne, próbujesz jeszcze bardziej pogłębić to wrażenie, sprawić, żeby każdy fill był cięższy, bardziej zapadający się w czasie. To była główna idea stojąca za tym utworem.

 

 

BK: Patrząc z perspektywy miejsca, w którym jesteś teraz – masz już jakiś konkretny kierunek na przyszłość, czy raczej pozwalasz, żeby wszystko rozwijało się naturalnie?

 

 

MK: Chyba trochę jedno i drugie. Po zakończeniu pracy nad płytą taką jak ta to zawsze jest duży wysiłek – nie tylko sam proces nagrywania, ale wszystko, co dzieje się wokół. Dlatego przez chwilę staram się po prostu odetchnąć i nie myśleć zbyt intensywnie o tym, co dalej. Z drugiej strony – pomysły pojawiają się szybciej, niż jestem w stanie je realizować. Mam sporo materiału – różnych muzycznych koncepcji, które nie do końca pasują do Poison Ruïn albo są zbyt rozbudowane, by zmieścić je w ramach tego zespołu. Zawsze lubię zaskakiwać tym, co robimy jako zespół, ale równocześnie przez ten czas nagromadziło się wiele rzeczy, które być może znajdą swoje miejsce gdzie indziej w przyszłości. Mam więc sporo ciekawych pomysłów – takich, które chętnie kiedyś rozwinę – ale staram się nie przywiązywać do nich zbyt sztywno. Wolę dać im czas, pozwolić, żeby ewoluowały i same przybrały odpowiednią formę. Na pewno jednak nie planuję zwalniać – w najbliższej przyszłości wciąż będzie się działo sporo rzeczy związanych z zespołem.

 

 

Rozmawiał Bartek Kuczak

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020