Red Smoke Festival to nazwa powszechnie znana wśród miłośników grania psychodelicznego oraz stonerowego (i nie tylko!) w całym szerokim spektrum obydwu stylów muzycznych. Festiwal odbywa się w lipcu na terenie amfiteatru oraz parku miejskiego w Pleszewie, około 30 kilometrów od Kalisza. Na terenie imprezy są dwie sceny, na których nie nakładają się czasowo koncerty, pole namiotowe z kilkunastoma miejscami na campery, bazę foodtruckową oraz śniadaniową, ujęcie wody, toalety w stylu toi-toi, duży parking dla uczestników. Na terenie pola namiotowego nie ma pryszniców, jednakże dosłownie obok znajduje się park wodny, w którym można za niewielką opłatą wziąć prysznic. A propos opłat, to warto nadmienić, iż wszelkie zakupy na festiwalu są stricte gotówkowe: aby zapłacić za jedzenie i napoje na miejscu należy wymienić w kasie biletowej gotówkę na żetony (jeden żeton jest wart 5 zł), festiwalowy merch jest dostępny do kupienia wyłącznie przy użyciu gotówki, tak samo wiele zespołów korzysta z transakcji gotówkowych, zatem warto mieć ją przy sobie. Najbliższy bankomat znajduje się w niedalekim dyskoncie Biedronki, zatem nie trzeba brać banknotów z domu. Najbliższy dostęp do prądu znajduje się w Świątyni Doomania.
Sam festiwal gości około tysiąca osób dziennie, a na scenie głównej znajdują się zarówno trybuny z miejscami siedzącymi, jak i stojącymi blisko sceny w formie płyty. Samo pole namiotowe otwiera się w czwartek wieczorem, a zamyka w poniedziałek popołudniu. Koncerty trwają od piątku do niedzieli, w czwartek wieczorem odbywa się powitalny DJ set na małej scenie, a w poniedziałek nad ranem pożegnalny DJ set, który kończy się wspólnym zdjęciem o magicznej godzinie 04:20.
Poza muzyką na festiwalu można wziąć udział w warsztatach (m.in. z tworzenia linorytu), zakupić najróżniejsze rękodzieła: osobiście kupiłem dla siebie pomarańczową koszulę, której nadano „drugie życie”, a Żonie kupiłem wisiorek z kwiatem uwiecznionym w żywicy. Ponadto można było wziąć udział w yodze, umówić się na zrobienie tatuażu, czy skonsultować się z działaczami Społecznej Inicjatywy Narkopolityki. Sam park miejski jest też wyjątkowym miejscem, gdzie można odpocząć, pokontemplować, czy wypatrywać kaczek w jeziorku.
Największą zmianą w tegorocznej edycji było umiejscowienie samego pola namiotowego. Do tej pory znajdowało się na murawach obiektów sportowych, w tym roku zostało ono przeniesione w zalesiony obszar parku miejskiego, obok aquaparku. Nowa lokalizacja była świetna pod kątem noclegowo-ochronnym (niestraszne było ani słońce ani deszcz), jednakże nie było tam praktycznie żadnego oświetlenia, więc nocą trzeba było się posiłkować latarkami. Nie była to jednak realna przeszkoda, aby miło spędzić czas wśród znajomych w klimacie, a fakt że namiot nie budził od nagrzania słońcem w lipcowy poranek, przewyższył całkowicie jakiekolwiek wady nowego miejsca.
To, co niezwykle podoba mi się w festiwalu, to infrastruktura sprawiająca, że można spędzić to wydarzenie zarówno w formie imprezowej, jak i wypoczynkowej. Osobiście koniec czerwca i początek lipca był dla mnie bardzo wymagającym miesiącem: zmiana pracy, rozjazdy po różnych województwach i dużo wydarzeń rodzinnych sprawiły, iż pojechałem na RSF w niezwykle ważnym dla mnie celu: wypocząć fizycznie, emocjonalnie, umysłowo oraz duchowo przy ukochanej muzyce – i było to jak najbardziej możliwe. Powszechność miejsc siedzących, krótkie odległości na samym terenie festiwalu, dostępność do gorących dań, oraz wcześniej wypłacona gotówka i zapasy żywności sprawiły, iż nie musiałem opuszczać terenu festiwalu przez cały czas mojej obecności.
Jako osoba ze zdiagnozowanym AuDHD mogę powiedzieć też, iż Red Smoke to idealny festiwal dla osób neuroróżnorodnych nie tylko ze względu na małą liczbę (jak na festiwal) uczestników, ale też fakt, iż osobiście ani razu nie odczułem przebodźcowania. Przynajmniej półgodzinne przerwy pomiędzy występami, brak nakładających się koncertów oraz tipi przerobione na Świątynię Doomania przeznaczone do posiedzenia, medytacji oraz wyciszenia sprawiły, iż można było zadbać też o swój dobry stan psychiczny, za co organizatorom serdecznie dziękuję.

Jeśli chodzi o najważniejszy dla mnie aspekt festiwalu, czyli koncerty, to udało mi się doświadczyć prawie wszystkich. Jako, iż występy na obydwu scenach nie nakładają się czasowo to byłbym w stanie zobaczyć je wszystkie, niestety konieczność powrotu w niedzielę po koncercie Margarita Witch Cult sprawiła, iż musiałem opuścić występy Travo, Slomosa oraz Power Plant. W czasie, gdy chłopaki z tego ostatniego zespołu grały, byłem w trakcie pakowania swoich manatek, jednakże słyszałem ich występ na polu namiotowym i niezwykle podobały mi się ich dźwiękowe pejzaże. Pragnę również nadmienić, iż nie byłem na żadnym DJ secie: imprezowicz ze mnie żaden, natomiast lubię się wyspać.
Dzień Pierwszy (10.07.2026):
Koncertowo tegoroczny RSF symbolicznie otworzyli autochtoni i jednocześnie organizatorzy imprezy, czyli Red Scalp. Muszę przyznać, iż jest to jeden z tych zespołów, których występy zawsze oglądam z wielką przyjemnością. Psychodeliczne stoner/doomowe show dopełnił gościnny występ dwóch tancerek. Kolejnym występem był Kombynat Robotron, czyli niemiecka formacja łącząca psychodelę, noise, stoner oraz nieco industrialu. Występ był z tych szaleńczych i niedających słuchaczom spokoju. Nie zabrakło nieco pastwienia się nad gitarą, a nietypowy imidż basisty, praktykującego cross-dressing na scenie, idealnie dopełnił nietypowe brzmienie formacji. Na następny koncert czekałem z wielką nadzieją, ponieważ był to występ (również niemieckiego) Samavayo. Trio dało wspaniały, energiczny i pełen ciężaru oraz gruzu koncert, z masą orientalnych smaczków: w końcu wokalisto-gitarzysta jest z pochodzenia Persem. Był to jeden z tych koncertów, który nie dawał mi spokoju na długo po jego zakończeniu, a w mojej głowie rozbrzmiewały utwory zasłyszane na żywo. Następnie na scenę amifteatru wkroczyła szwedzka Siena Root, grająca psychodelę mocno zainspirowaną latami siedemdziesiątymi. Idealna muzyka na letni festiwal, aby złapać nieco oddechu. Na koncert Elder czekałem w stresie: nie dlatego, iż obawiałem się złego koncertu (widziałem ich już trzy razy wcześniej), a dlatego, iż wyczekiwanie występu ulubionego artysty jest dla mnie strasznie męczącym przeżyciem. Suma sumarum, całkowicie subiektywnie, Elder zagrał najpewniej najlepszy koncert tego dnia. Jest w ich dźwiękach coś, co mnie koi, pobudza moją wyobraźnię, przenosi do innego świata. Nowe utwory wybrzmiały na żywo przepięknie również ze względu na udział klawiszowca. Scenę główną w piątkowy wieczór zamknął występ rodzimej Entropii, która zaprezentowała album „Vacuum” w całym swym psychodelicznym dostojeństwie, z poszerzonym składem. Co tu dużo mówić: usłyszenie tego albumu na żywo to przeżycie. Takie, które pozostaje w człowieku na długo, i wraca co i rusz. Pierwszym secret gigiem na małej scenie okazał się występ Minor God, czyli formacji grającej hardcore punk z doomowymi wpływami. Muszę przyznać, iż na żywo była to konkretna petarda, pobudzająca mimo późnej pory i wyciskająca masę energii z publiki.
Najlepsze występy: Elder, Entropia.
Olśnienie dnia: Samavayo.
Dzień Drugi (11.07.2026):
Sobota rozpoczęła się na małej scenie festiwalu wraz z występem Extraterrestial Dream Sucker – i był to idealny rozruch na początek dnia. Muzyka na wskroś psychodeliczna, ale posiadająca w sobie sporo liryczności oraz pozytywnej energii. Następnym występem na małej scenie było stołeczne Highfly, czyli formacja łącząca progressive metal, post-black, grunge oraz stoner. Ta stylistyczna mieszanka była idealna na sobotnie południe, raz pobudzając, raz bujając, a przede wszystkim dodając energii. Nawet udało mi się zgarnąć setlistę! Scenę główną otworzył koncert zespołu Bazgrołki, prezentujący bardzo tripową mieszankę shoegaze’u i noise rocka, przy której było mi niezwykle łatwo odpłynąć. Kolejny występ był chyba najdziwniejszym na całym festiwalu: CV Vision oraz ich totalnie psychodeliczne podejście do muzyki, gdzie na przykład olbrzymia deska z efektami dźwiękowymi stanowiła osobny instrument. Myślę, że śmiało można tych muzyków uznać za kosmitów: tak abstrakcyjna i zmuszająca do myślenia była to muzyka. Następnie scenę zdominowali gruziarze z Aten, czyli Acid Mammoth. O ich występach na żywo słyszałem wiele dobrego, niestety nigdy nie było mi ich dane zobaczyć, ponieważ był to ich pierwszy występ w Polsce. W przypadku tego greckiego zespołu nazwa idealnie określa ich muzykę: z jednej strony kwaśna psychodela, z drugiej strony ciężki i kolosalny stoner/doom. Panowie grali tak, iż ziemia się trzęsła – rozbujali trybuny bez żadnej litości. Po występie nawet udało mi się z nimi porozmawiać i zrobić sobie zdjęcie. Niesamowicie fajni ludzie. Występ był tak dobry, iż ich mamucie riffy i plemienne rytmy wciąż wybrzmiewają w mojej głowie. Po tym jakże odżywczym występie nadszedł czas na występ punkowców z Poison Ruïn, którego byłem niezwykle ciekawy, ponieważ (nie będę kłamał) nie polubiłem się z ich studyjnymi osiągnięciami. Zauważyłem jednak, że ludzie wypowiadają się w superlatywach, u pewnego muzycznego dziennikarza widziałem nawet określenie, iż jest to taki punkowy Mastodon, i ciągle słyszałem opinie ludzi, jak psychodeliczne jest to granie, nawet słysząc określenie, iż jest to dungeon synth punk. Nie rozumiem co jest innego w muzyce formacji: jest to energiczny i pełen pasji punk rock, a jedyne co ten występ miał wspólnego z lochami, to puszczona na żywo transmisja z rozgrywki w Diablo 1. W końcu nastał czas na występ legendarnego Warning. To nie był zwykły koncert, to była najprawdziwsza spowiedź wokalisty w jakichś 40 bpm’ach. Wolne riffy pełne ciężaru przypominały walec, natomiast niezwykle emocjonalny wokal Patricka Walkera dodały temu dźwiękowemu misterium charakter obcowania z najprawdziwszą pustką. Warning to nie jest po prostu doom metal: to gorycz, depresja, wstyd, zagubienie i poczucie nieuchronnego końca przekute na dźwięk. Koncert był niesamowicie hipnotyzujący oraz chwytający za serce, a mimo wszystko katartyczny. Doznanie jedyne w swoim rodzaju. Ostatnim koncertem na scenie głównej było niemieckie Arcane Allies, prezentujące niesamowicie energiczne i pełne psychodeli spacerockowe granie. Pomimo rozbicia i niezwykłej melancholii, jakiej doznałem po występie Warning, poczułem, iż formacja swoją niezwykle radosną muzyką do wystrzeliwania w kosmos nieco rozładowuje trudne emocje, którymi emanował poprzedni koncert. Wspaniałe granie pełne przygód w klimacie sci-fi. Ostatnim koncertem soboty był secret gig formacji ARRM, który był idealnym zwieńczeniem dnia. Niezwykle rytualna, psychodeliczno-jazzowa wyprawa przez najróżniejsze wymiary.
Najlepsze występy: Warning, Acid Mammoth.
Olśnienie dnia: Arcane Allies.

Dzień Trzeci (12.07.2026):
Niestety nie dane mi było być na wszystkich występach tego dnia, dlatego na przykład musiałem odpuścić bezpośrednią obecność na otwierającym małą scenę Power Plant ze względu na pakowanie manatków, jednakże muszę przyznać, iż to, co słyszałem z dystansu, niezwykle mi się podobało: bardzo psychodeliczne i pełne przestrzeni stonerowe pejzaże. Engraver, na którego występ udało mi się załapać, to intrygujący przypadek: z jednej strony grają doom bliski klimatom szwedzkiej klasyki gatunku, jednakże w ich brzmieniu idzie zasłyszeć konkretne zamiłowanie do gruzu, na dodatek potrafią wywołać konkretny trip na żywo. Skoro o Szwecji mowa, to pierwszy występ na głównej scenie, czyli Hollow Ship, wprowadził mnie w niezwykły trans od samego początku do końca. Piękny misz-masz klasycznie brzmiącego psychodelicznego rocka z klimatami funky, elektroniką i natchnionymi wokalami. Występ był tak dobry, że po występie zakupiłem płytę zespołu, poprosiłem o autografy i porozmawiałem sobie z panami po szwedzku. Wspaniali ludzie. Kolejny zespół również mieści się w kategorii najważniejszych odkryć festiwalu: portugalski Madmess. Pełna niezwykłych psychodelicznych pasaży mieszanka prog rocka, stoneru, bluesa i proto metalu zachwycała na żywo brzmieniem, ciężarem oraz niezwykle natchnionym graniem. Znowu poczułem się przeniesiony do innego wymiaru. Następny występ był niezwykły na wiele sposobów: Doom Gong z Kentucky zdobył scenę swoim nietuzinkowo szerokim instrumentarium, niecodziennie widzi się siedmioro muzyków grających w sumie na trzech zestawach perkusyjnych, gongu, trąbkach, melotronach, syntezatorach, gitarze elektrycznej i basowej. Muzyka, którą gra formacja, oscyluje pomiędzy acid jazzem, staroszkolnym rockiem psychodelicznym, country, stoner metalem i progresywnymi klimatami. I to wszystko naprawdę słychać na żywo. Widać i słychać było też niezwykły kunszt muzyków: euforyczny występ, w który co chwila wrzucano jakieś smaczki (a to melodyjka z „Gęsiej Skórki”, a to wrzucone gdzieś pomiędzy wiersze „Paranoid”, a to motyw country opowiadający o podróży do Polski). Występ przypominał mi nieco jazdę rollercoasterem, gdzie muzycy niezwykle umiejętnie podkręcali i luzowali atmosferę. Muzyczny maksymalizm wykorzystany na 1000%, nie mam ku temu jakichkolwiek wątpliwości. Ostatnim koncertem, jaki widziałem w niedzielę, było długo wyczekiwane przeze mnie Margarita Witch Cult z Anglii, w których to zakochałem się bez pamięci, gdy wydali swój drugi album „Strung Out in Hell” w zeszłym roku. Szczerze mówiąc, po niezwykłym występie Doom Gong, obawiałem się, iż koncert Margarita Witch Cult może zostać przyćmiony, jednakże nic takiego się nie stało. Tak jak muzycy z Kentucky wykorzystali niezwykle umiejętnie maksymalizm, tak Anglicy wykorzystali na maksa prostotę, ciężar, groove i energię sceniczną, aby dowieźć niezwykle angażujące show. Trio niezwykle dobrze umiało wyczuć publikę, dostarczyć najcięższy koncert dnia (spośród tych na których byłem) i poruszyć wszystkich zgromadzonych. Na pożegnanie zagrali najwspanialszy medley Black Sabbath, jaki słyszałem na żywo, no ale bycie zespołem z Birmingham zobowiązuje. Tak, jak kochałem ten zespół przed koncertem, tak pokochałem go jeszcze bardziej po tym występie. Jak na zespół grający wolno i ciężko w mrocznych klimatach okultyzmu, potrafią niesamowicie wybujać i zachęcić do dobrej zabawy. Na pewno była tu grana jakaś czarna magia oraz uroki. Występy portugalskiego Travo oraz norweskiej Slomosy musiałem niestety odpuścić, aby wrócić do domu. Próba dźwięku Travo zapowiadała niezwykłą podróż w psychodelę oraz progresywne klimaty, a na Slomosie byłem już raz i show było niesamowite, zatem mam nadzieję, iż pozostali festiwalowicze doznali niezwykłej zabawy.
Najlepsze występy: Margarita Witch Cult, Doom Gong.
Olśnienia dnia: Hollow Ship, Madmess.

W chwili gdy piszę tę relację znana jest już data i miejsce kolejnego Red Smoke Festival: 09.07.2027-11.07.2027 w Pleszewie. Można nawet bezpośrednio na stronie już kupić karnety blind bird na wszystkie dni.