IKS

Jack White – „Frozen Charlotte” [Recenzja], dystr. Mystic Production

Jack White od lat funkcjonuje trochę obok głównego nurtu muzycznego świata. Z jednej strony pozostaje jedną z najważniejszych postaci współczesnego rocka, z drugiej – nadal sprawia wrażenie artysty, który najchętniej zamknąłby się w studiu pełnym starych wzmacniaczy, analogowych urządzeń i gitar podłączonych niekoniecznie zgodnie z instrukcją. „Frozen Charlotte”, siódmy solowy album muzyka, ukazuje się zaledwie dwa lata po bardzo udanym „No Name”. Trzynaście kompozycji zamkniętych w niespełna czterdziestu trzech minutach nie przynosi jednak spokojnej kontynuacji. White ponownie podkręca przestery, zwiększa poziom kontrolowanego chaosu i nagrywa płytę, która chwilami brzmi tak, jakby cały zespół grał na granicy utraty kontroli. To oczywiście tylko wrażenie, bo za tym pozornym bałaganem kryje się bardzo świadomy muzyk.

Ostatnie lata były dla White’a wyjątkowo intensywne. W 2022 roku niemal jednocześnie zaprezentował dwa skrajnie różne albumy. „Fear of the Dawn” był elektryczny, ciężki, przeładowany efektami i studyjnymi eksperymentami, natomiast „Entering Heaven Alive” pokazywał jego spokojniejsze, akustyczne i bardziej tradycyjne oblicze. Najważniejszym punktem tego okresu okazał się jednak wydany dwa lata później „No Name”. Album najpierw pojawił się bez zapowiedzi na białych winylach rozdawanych klientom sklepów Third Man Records, a dopiero później trafił do regularnej dystrybucji. W swojej recenzji pisałem wtedy, że Jack White w końcu znalazł receptę na balans pomiędzy tradycyjnymi inspiracjami a potrzebą eksperymentowania. Nie kopiował Led Zeppelin, The Kinks czy własnych dokonań z czasów The White Stripes, lecz przepuszczał te wpływy przez swój charakterystyczny styl. „Frozen Charlotte” wyraźnie rozwija tamten pomysł.

 

Duże znaczenie miała również trasa koncertowa, podczas której White coraz mocniej opierał muzykę na współpracy z perkusistą Patrickiem Keelerem, basistą Dominikiem Davisem oraz klawiszowcem Bobbym Emmettem. Polski etap tej trasy obejmował dwa wyprzedane koncerty: 1 czerwca 2026 roku w warszawskiej Stodole i dzień później w krakowskim Klubie Studio. White po raz kolejny pokazał, że jego utwory na żywo nie są zamkniętymi konstrukcjami. Mogą zostać wydłużone, przyspieszone albo połączone z innymi kompozycjami, jeśli w danym momencie wymaga tego energia zespołu. Mam wrażenie, że właśnie koncertowe zgranie tej czwórki stało się jednym z fundamentów „Frozen Charlotte”. To nie jest płyta gitarzysty, któremu pozostali muzycy jedynie zapewniają tło. Słychać tu zespół, który dobrze zna swoje reakcje i potrafi błyskawicznie podążyć za każdą zmianą kierunku.

 

fot. David James Swanson

 

„Frozen Charlotte” nie wywołuje tak dużego zaskoczenia jak poprzednik. „No Name” pojawił się praktycznie znikąd i przypomniał, że pod warstwą wszystkich ekscentrycznych pomysłów Jack White nadal pozostaje przede wszystkim znakomitym autorem riffów. Tym razem muzyk korzysta z odnalezionej wcześniej recepty, ale zwiększa dawkę ciężaru, brudu i gitarowego hałasu. Bluesowe fundamenty spotykają się tu z hard rockiem lat 70., garażową surowością, punkową nerwowością i charakterystycznym dla White’a poczuciem humoru. Nie jest to album tak różnorodny jak „No Name”, ale w najlepszych momentach uderza nawet mocniej. Produkcja brzmi pozornie surowo i spontanicznie, choć pod warstwą przesterów kryje się mnóstwo drobnych zabiegów, nagłych cięć, pogłosów i rytmicznych przesunięć. To bardzo dobra płyta, choć nie zawsze równie dobrze rozkładająca swoje siły.

Otwierający „G.O.D. and the Broken Ribs” od razu wyznacza kierunek albumu. Jest tu ciężki bluesowy pochód, nerwowa melorecytacja i gitara próbująca wyrwać się poza ramy kompozycji. „Derecho demonico” przynosi jeden z najmocniejszych riffów na całej płycie, natomiast „There’s Nobody There” posiada ciężar, który mimowolnie przywołuje skojarzenia z muzyką Jimmy’ego Page’a. Bardzo dobrze wypada rozchwiane „Raising the Grain”, w którym gitarowe efekty sprawiają wrażenie, jakby cały utwór miał za chwilę przewrócić się na bok. Posłuchajcie też bezpośredniego „You’ll Never Fix Me”, hardrockowego „Nobody Knows” oraz krótkiego „I Can’t Believe What I’m Hearing”, gdzie chwytliwość spotyka się z rytmicznym uderzeniem w stylu wczesnego The Who. Punkowo-glamowe „She’s in a Frenzy” ma w sobie sporo młodzieńczej zadziorności, ale najlepsze wrażenie pozostawia zamykający album „Neighbors Blues”. White zwalnia tam tempo, nie odkrywa od razu wszystkich kart i pozwala napięciu stopniowo narastać.

 

 

Na drugim biegunie znajduje się problem wynikający paradoksalnie z największej zalety tego materiału. Jack White dysponuje tak dużą liczbą riffów, efektów i gitarowych pomysłów, że niemal każdy utwór próbuje rozpocząć od najmocniejszego uderzenia. Początkowo działa to znakomicie, ale z czasem zaczyna brakować wyraźniejszych kontrastów. „Dollar Bill”, „Thick as Thieves” czy „All Alone Again” słuchane osobno są bardzo dobrymi kompozycjami, jednak w ramach całego albumu zaczynają zlewać się w jeden ciąg przesterowanych gitar, zbliżonych temp i podobnie prowadzonego wokalu. „Making Contact” sprawia natomiast wrażenie utworu zakończonego chwilę za wcześnie. Teksty również nie zawsze są tak celne i wieloznaczne jak na „No Name”. Częściej stają się dodatkowym elementem rytmicznym niż najważniejszą częścią kompozycji. „Frozen Charlotte” ani przez moment nie jest płytą nudną, ale w kilku miejscach udowadnia, że ciągła intensywność może osłabić działanie nawet bardzo dobrych riffów.

 

W recenzji „No Name” pisałem, że Jack White znalazł sposób na połączenie własnych inspiracji z rozpoznawalnym stylem wypracowanym przez lata. „Frozen Charlotte” potwierdza, że nie był to jednorazowy przebłysk. Nowy album nie jest aż tak świeży, równy i zaskakujący jak poprzednik, ale posiada więcej koncertowej swobody oraz pierwotnej, fizycznej energii. Najlepiej działa słuchany głośno, kiedy kolejne riffy nie tylko docierają do uszu, ale zaczynają odczuwalnie poruszać powietrze w pomieszczeniu. White kolejny raz pokazuje, że można korzystać z języka rocka mającego kilkadziesiąt lat i nadal mówić nim z własnym akcentem. „Frozen Charlotte” jest płytą momentami nierówną, lecz jej niedoskonałości wynikają głównie z nadmiaru energii i pomysłów, a nie z ich braku. To bardzo udana kontynuacja artystycznego odrodzenia rozpoczętego na „No Name”.

 

Szymon Pęczalski

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020