35 lat Pearl Jam. Od czego zacząć i dlaczego zostaje się z nimi na całe życie. Jedni zatrzymali się na „Jeremy”. Inni od ponad trzydziestu lat planują wakacje pod kolejne trasy koncertowe. Pearl Jam to zespół, którego nie da się słuchać „trochę”. Z okazji 35. rocznicy wydania ich pierwszej płyty postanowiłem ułożyć własny ranking ich albumów i opowiedzieć, dlaczego ta dyskografia wciąż pozostaje jedną z najważniejszych w historii rocka.
Dla jednych stali się zespołem, któremu można było poświęcić całe fanowskie życie. Dla innych artystów – wzorem tego, jak powinno funkcjonować rockowe przedsięwzięcie. Przez 35 lat Pearl Jam udowodnili, że można osiągnąć gigantyczny sukces, nie tracąc własnej tożsamości. I choć nigdy nie byli najmodniejszym zespołem swojego pokolenia, byli jednym z nielicznych, którzy po 35 latach nadal brzmią wiarygodnie. W centrum tej historii od początku stoi Eddie Vedder – jeden z najbardziej charyzmatycznych wokalistów swojego pokolenia. Siłą Pearl Jam zawsze było jednak to, że pozostali zespołem, a nie projektem jednego lidera. Patrząc z perspektywy czasu, pierwszych pięć albumów zespołu to passa niemal idealna. „Ten”, „Vs.”, „Vitalogy”, „No Code” i „Yield” różnią się od siebie niemal wszystkim – brzmieniem, klimatem i sposobem pisania utworów – ale każda z tych płyt należy dziś do klasyki rocka. Pearl Jam połączyli to, co najlepsze w rocku alternatywnym, hard rocku i klasycznym rocku, tworząc katalog pełen ponadczasowych kompozycji. Co równie ważne, obok wielkich przebojów powstały dziesiątki utworów, które nigdy nie zostały singlami, a mimo to dla fanów znaczą równie wiele. Liczba stron B, bonusowych nagrań i mniej oczywistych albumowych perełek – z angielska ‘deep cuts’ – mogłaby spokojnie wystarczyć na rozpoczęcie karier kilku innych zespołów.
Jednak Pearl Jam od początku byli czymś więcej niż tylko zespołem nagrywającym świetne albumy. Ich koncerty stały się osobnym zjawiskiem. Rotujące setlisty sprawiają, że każdy występ jest wyjątkowy, dlatego wielu fanów podróżuje za zespołem przez znaczną część trasy, wiedząc, że każdego wieczoru usłyszy zupełnie inny koncert.Pearl Jam wyznaczyli również standardy funkcjonowania rockowego zespołu. Indywidualne plakaty tworzone na każdy koncert, limitowane koszulki, oficjalne bootlegi dokumentujące niemal każdy występ, uwzględnianie lokalnej kultury podczas przygotowywania koncertów czy działalność charytatywna – wszystko to sprawiło, że dla wielu artystów stali się wzorem do naśladowania.
Poniższy ranking jest całkowicie subiektywny. Każdy fan ułożyłby go inaczej i z pewnością potrafiłby przekonująco uzasadnić swoją kolejność. W przypadku Pearl Jam nie ma jednej właściwej odpowiedzi. I właśnie to najlepiej świadczy o klasie tej dyskografii.

-
„Lightning Bolt” (2013)
Najniższe miejsce w tym rankingu nie oznacza, że uważam „Lightning Bolt” za słabą płytę. Wręcz przeciwnie. Jest jednak jeszcze jeden powód, dla którego ten album pozostanie dla mnie wyjątkowy. Ukazał się kilka miesięcy po narodzinach mojej córki. Do dziś kojarzy mi się ze spacerami zimą po lesie, kiedy zasypiała w wózku, a ja słuchałem tej płyty kilka razy od początku do końca. Muzyka bardzo często zapisuje wspomnienia lepiej niż zdjęcia. I chyba dlatego nigdy nie potrafię oceniać tej płyty całkowicie obiektywnie.
Jeśli miałbym puścić tylko trzy utwory… „Getaway”, „Mind Your Manners”, „Pendulum”

-
„Backspacer” (2009)
Najkrótszy album w historii Pearl Jam. I chyba najbardziej niedoceniany. Wielu fanów umieszcza go w dolnej części swoich rankingów. Rozumiem dlaczego. Jest prostszy, bardziej przebojowy i znacznie mniej wymagający niż wcześniejsze albumy. Ale jest też niezwykle… sympatyczny. To płyta, która nie próbuje być czymś więcej, niż jest. Czterdzieści minut świetnie napisanych piosenek. „The Fixer” od pierwszych sekund pędzi do przodu, „Just Breathe” bardzo szybko stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych spokojnych utworów Pearl Jam, a zamykające album „The End” po raz kolejny pokazuje, jak wielką sztuką dla tego zespołu jest kończenie płyt. Mam też ogromną słabość do „Supersonic”. To jeden z tych utworów, których wielu fanów nie stawia wysoko, a ja go uwielbiam za jego punkową energię i lekko ironiczny, zabawny tekst. Eddie Vedder niezwykle rzadko pisze z takim przymrużeniem oka. A sabbathowy mostek tylko dodaje tej piosence charakteru.
Jeśli miałbym puścić tylko trzy utwory… „The Fixer”, „Just Breathe”, „Unthought Known”

-
„Gigaton” (2020)
To album, który na zawsze będzie kojarzył mi się z pandemią. W tamtym dziwnym czasie „Dance of the Clairvoyants” było dla mnie czymś znacznie więcej niż tylko pierwszym singlem Pearl Jam od kilku lat. Pomagało przetrwać rzeczywistość, której nikt z nas wcześniej nie znał. Jednocześnie był to jeden z najbardziej odważnych utworów w całej późniejszej twórczości zespołu. Pearl Jam po raz kolejny udowodnili, że nawet po trzech dekadach działalności nie boją się eksperymentować i wychodzić poza własny, doskonale rozpoznawalny styl. Z kolei „Quick Escape” pokazuje drugie oblicze tej płyty. To najbardziej „zeppelinowski” utwór, jaki nagrali od bardzo dawna – z ciężkim riffem, świetną sekcją rytmiczną i energią przypominającą klasyczny rock w najlepszym wydaniu. Całość zamyka monumentalne „River Cross”. Organy, naturalny wokal Eddiego Veddera i atmosfera przywołująca twórczość Petera Gabriela sprawiają, że jest to jeden z moich ulubionych utworów Pearl Jam XXI wieku. To również kolejny przykład, że nawet jeśli nie każda późniejsza płyta osiąga poziom klasyków z lat dziewięćdziesiątych, Pearl Jam wciąż potrafią nagrywać kompozycje, które zostają z człowiekiem na bardzo długo.
Jeśli miałbym puścić tylko trzy utwory… „Dance of the Clairvoyants”, „Quick Escape”, „River Cross”

-
„Pearl Jam (Avocado)” (2006)
To chyba najbardziej nierówny album spośród wszystkich płyt Pearl Jam, do których regularnie wracam. Nie brakuje tu świetnych singli. „World Wide Suicide” i „Life Wasted” pokazują bardziej bezpośrednie oblicze zespołu, a „Gone” przypomina, jak piękne, nieszablonowe melodie potrafi pisać Eddie Vedder. Dla mnie jednak prawdziwa magia zaczyna się dopiero pod koniec. „Come Back” i „Inside Job” należą do grona pięknych finałów w dyskografii Pearl Jam. Zwłaszcza Inside Job, pierwszy utwór napisany przez Mike’a McCready’ego, sprawia, że końcówka tej płyty nabiera wyjątkowego znaczenia. To kompozycja o nadziei, wychodzeniu z własnych lęków i szukaniu światła po trudniejszych momentach. Nie wracam do „Avocado” tak często jak do pierwszych pięciu albumów. Ale zawsze, gdy dochodzę do ostatnich dwóch utworów, przypominam sobie, dlaczego ta płyta zasługuje na znacznie więcej uznania.
Jeśli miałbym puścić tylko trzy utwory… „World Wide Suicide”, „Come Back”, „Inside Job”

-
„Dark Matter” (2024)
Dla jednych wielki powrót. Dla innych po prostu dobry album. Ja należę zdecydowanie do tej pierwszej grupy. Po latach nierównych ocen krytycy znów zaczęli pisać o Pearl Jam z autentycznym entuzjazmem. A co najważniejsze – zaczęto rozmawiać o nowych utworach, a nie wyłącznie wspominać lata dziewięćdziesiąte. Na jedenaście kompozycji aż dziewięć uważam za naprawdę świetne. Do tego stopnia, że w mojej kolekcji znajduje się 14 z 15 dostępnych kolorystycznych wydań tego albumu. Już otwierające „Scared of Fear” pokazuje, że Pearl Jam nadal potrafią rozpocząć album z ogromną energią. „Wreckage” udowadnia, że mimo upływu lat wciąż piszą świetne single, a „Waiting for Stevie” z każdą minutą rośnie do rozmiarów koncertowego hymnu. Na końcu otrzymujemy jeszcze przepiękne „Setting Sun”. Po raz kolejny zespół przypomina, że zamykanie albumów jest jedną z ich największych sztuk. Słychać tu inspiracje innymi artystami. Momentami pobrzmiewają echa U2 czy nawet Coldplay. Ale ostatecznie całość i tak brzmi wyłącznie jak Pearl Jam. I właśnie to jest największy komplement.
Jeśli miałbym puścić tylko trzy utwory… „Scared of Fear”, „Wreckage”, „Waiting for Stevie”

-
„Binaural” (2000)
To chyba jedyny album Pearl Jam, którego nie zrozumiałem od razu. Kiedy ukazał się w 2000 roku, chłodniejsze brzmienie i bardziej eksperymentalna produkcja nie do końca do mnie trafiały. Po „Yield” spodziewałem się czegoś zupełnie innego. Dopiero z biegiem lat doceniłem atmosferę tej płyty i to, że niczego nie próbuje przyspieszać. „Binaural” nagradza cierpliwego słuchacza. Jednym z najpiękniejszych momentów albumu pozostaje „Light Years” – utwór niezwykle melancholijny, a jednocześnie pełen nadziei. Chwilę później pojawia się „Nothing As It Seems”, chyba najbardziej hipnotyzująca kompozycja w całej dyskografii Pearl Jam. Mike McCready gra tu jedną ze swoich najpiękniejszych solówek. Momentami brzmi, jakby na chwilę stał się młodszą wersją Neila Younga. Właśnie przy tej trasie koncertowej zespół rozpoczął wydawanie oficjalnych bootlegów niemal każdego koncertu. Dla fanów było to prawdziwą rewolucją. Nagle można było wracać do ulubionych występów i kolekcjonować kolejne koncerty niczym rozdziały jednej wielkiej muzycznej opowieści. Na szczęście ukazywały się głównie na płytach CD. Gdyby od początku wydawano je na winylach, prawdopodobnie niejeden fan już dawno by zbankrutował. Dla polskich fanów ta trasa ma jeszcze jeden wyjątkowy wymiar. Pearl Jam zagrali dwa koncerty w katowickim Spodku. Ten drugi do dziś przez wielu uważany jest za jeden z najlepszych występów zespołu w Europie.
Jeśli miałbym puścić tylko trzy utwory… „Light Years”, „Nothing As It Seems”, „Sleight of Hand”

-
„Riot Act” (2002)
Nie sposób mówić o „Riot Act”, nie wspominając o tragedii podczas koncertu na festiwalu Roskilde w 2000 roku, gdzie w tłumie zginęło dziewięciu fanów. To wydarzenie głęboko wpłynęło na zespół. Przez długi czas muzycy zastanawiali się, czy w ogóle powinni dalej koncertować. Ślady tamtych emocji słychać również na „Riot Act”, który jest jedną z najbardziej refleksyjnych płyt Pearl Jam. To jeden z tych albumów, które nie próbują zdobyć słuchacza od pierwszego przesłuchania. Z każdym kolejnym odsłuchem odkrywają jednak nowe szczegóły i pokazują, jak świetnie zostały napisane. Już sam początek robi ogromne wrażenie. „Can’t Keep” jest dla mnie jedynym utworem w całej dyskografii, który może stanąć obok „Sometimes”. Oba opierają się na prostocie, niezwykłej melodii i znakomitym wykonaniu Eddiego Veddera. To piosenki, które za każdym razem wywołują u mnie ciarki. Jednym z najważniejszych momentów albumu pozostaje jednak „I Am Mine”. Dla wielu fanów to jeden z najpiękniejszych tekstów, jakie napisał Vedder. Nie tylko osobiste wyznanie, ale wręcz credo – przypomnienie, że jedyną rzeczą, którą naprawdę posiadamy, jesteśmy my sami. Ale „Riot Act” to przede wszystkim album dla ludzi, którzy lubią odkrywać mniej oczywiste utwory. „Ghost”, „You Are”, „Help Help”, „Green Disease” – to właśnie tam kryją się prawdziwe skarby tej płyty. Uwielbiam również sposób, w jaki brzmi tutaj sekcja rytmiczna. Bas Jeffa Amenta jest wyjątkowo wyeksponowany. W „Green Disease” czy „Get Right” nie tylko prowadzi rytm, ale wręcz buduje charakter utworów.
Jeśli miałbym puścić tylko trzy utwory… „Can’t Keep”, „I Am Mine”, „Ghost”

-
„No Code” (1996)
Dla wielu fanów był to najbardziej zaskakujący album Pearl Jam. Po pełnym energii „Vitalogy” mało kto spodziewał się płyty tak wyciszonej, momentami wręcz kontemplacyjnej. Zespół postawił na klimat, przestrzeń oraz emocje. To pierwszy pełny album nagrany z Jackiem Ironsem za perkusją. I trudno przecenić jego wpływ na brzmienie zespołu. Nie chodzi tylko o samą grę. Jack Irons na chwilę zmienił sposób, w jaki Pearl Jam myśleli o rytmie. Wystarczy posłuchać „Who You Are” czy „In My Tree”, żeby zrozumieć, jak bardzo odmienił charakter tej płyty. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy usłyszałem „Who You Are”, zakochałem się w Pearl Jam po raz drugi. To był moment, w którym zrozumiałem, że nie jest to wyłącznie świetny zespół rockowy. To grupa, która potrafi budować nastrój równie dobrze, jak pisać koncertowe hymny. „Off He Goes” udowadnia, że Pearl Jam potrafią grać ciszej, ale wcale nie mniej intensywnie. Liczą się tu emocje, atmosfera i cierpliwość. Nie bez powodu wielu porównywało wtedy zespół do R.E.M. Choć moim zdaniem to porównanie było zbyt daleko idące, rzeczywiście po raz pierwszy tak wyraźnie pokazali swoje bardziej subtelne oblicze. Na tej płycie jest jeszcze jeden utwór, który dla fanów ma wyjątkowe znaczenie – „Smile”. Kiedy podczas koncertu Jeff Ament i Stone Gossard zamieniają się instrumentami, niemal każdy wie, co za chwilę nastąpi. A wtedy często naprawdę pojawia się na twarzach publiczności… uśmiech. Album otwiera „Sometimes” – jeden z moich ulubionych openerów w całej dyskografii Pearl Jam. Jedynym utworem, który może z nim konkurować, jest dla mnie „Can’t Keep” z „Riot Act”. To dwa muzyczne rodzeństwa. Za każdym razem wywołują u mnie dokładnie te same dreszcze.
Jeśli miałbym puścić tylko trzy utwory… „Sometimes”, „Who You Are”, „Present Tense”

-
„Vitalogy” (1994)
Już pierwsze sekundy „Last Exit” pokazują, z jaką płytą mamy do czynienia. To jeden z najlepszych otwieraczy w historii Pearl Jam – nabuzowany energią, pełen punkrockowej zadziorności, a jednocześnie niezwykle melodyjny. To album pełen kontrastów. Obok jednych z największych przebojów zespołu – „Corduroy”, „Better Man” czy „Nothingman” – znajdują się utwory bardziej niepokojące i eksperymentalne. Jest „Not for You”, który na koncertach zyskuje jeszcze większą siłę, jest „Immortality”, jedna z najbardziej przejmujących kompozycji Veddera, ale są też momenty, które do dziś brzmią równie odważnie, co ekscentrycznie. I właśnie dlatego „Vitalogy” tak dobrze się zestarzał. To płyta, na której Pearl Jam nie bali się być sobą. Ale nie bali się również być dziwni. W czasach, gdy większość zespołów po sukcesie nagrywała bezpieczne kontynuacje, oni wydali album, który chwilami bardziej przypomina artystyczny manifest niż próbę zdobywania kolejnych list przebojów. Paradoksalnie właśnie ta odwaga sprawiła, że „Vitalogy” do dziś pozostaje jedną z najbardziej fascynujących płyt w ich katalogu.
Jeśli miałbym puścić tylko trzy utwory… „Last Exit”, „Corduroy”, „Better Man”

-
„Yield” (1998)
Gdyby ktoś poprosił mnie, bym wskazał najlepiej brzmiący album Pearl Jam, bez chwili wahania wybrałbym właśnie „Yield”. To moment, w którym wszystko zaczęło idealnie współgrać. Zespół osiągnął pełną dojrzałość, a Brendan O’Brien stworzył produkcję, która do dziś zachwyca przestrzenią, ciepłem i naturalnością. To jedna z tych płyt, które równie dobrze brzmią w samochodzie, na słuchawkach czy z winylu. Znajdziemy tu wszystko, za co kochamy Pearl Jam. Są wielkie koncertowe hymny, jest piękne „Wishlist”, jest przebojowe „Given to Fly”, jest wreszcie kapitalne „Do the Evolution”, które do dziś pozostaje jednym z najbardziej energetycznych momentów koncertów. Ale „Yield” to także album niespodzianek. „Push Me, Pull Me” pokazuje Pearl Jam eksperymentujących z loopami i elektroniką, którzy nie tracą przy tym własnej tożsamości. Z kolei zamykająca płytę suita „All Those Yesterdays” to jeden z najbardziej nieoczywistych finałów rockowego albumu końca lat 90. To płyta, która niczego już nie musi udowadniać. To album zespołu, który doskonale wie, kim jest. I być może właśnie dlatego wracam do niego częściej niż do jakiejkolwiek innej płyty Pearl Jam.
Jeśli miałbym puścić tylko trzy utwory… „Given to Fly”, „Wishlist”, „Do the Evolution”

-
„Vs.” (1993)
Po sukcesie „Ten” Pearl Jam mogli nagrać jego kopię. Zrobili dokładnie odwrotnie. „Vs.” jest bardziej surowy, cięższy i znacznie bardziej nerwowy. To album zespołu, który nie chciał zostać plakatową gwiazdą MTV. Chciał pozostać sobą. Obok świetnych singli znalazły się utwory, które z biegiem lat stały się koncertowymi świętościami. „Elderly Woman Behind the Counter in a Small Town” to jeden z filarów koncertów Pearl Jam. Natomiast „Leash” czy „Rats” należą do tych kompozycji, na które fani potrafią wyczekiwać przez lata, podróżując za zespołem od koncertu do koncertu. A gdy w setliście pojawia się „Indifference”, wiadomo, że za chwilę wydarzy się coś wyjątkowego. Paradoks? Im bardziej Pearl Jam uciekali od sławy, tym większy sukces odnosili. Album sprzedał się w Stanach Zjednoczonych w niemal milionie egzemplarzy już w pierwszym tygodniu. Zespół robił wszystko, by nie zostać największą rockową gwiazdą swoich czasów, a mimo to właśnie nią się stawał. W tym samym okresie rozpoczął również głośną walkę z Ticketmasterem, sprzeciwiając się monopolowi firmy i wysokim opłatom doliczanym do biletów. Konflikt odbił się szerokim echem w całej branży koncertowej i zmusił Pearl Jam do szukania alternatywnych miejsc występów. Jednym z nich był koncert zorganizowany w 1993 roku na terenie pustynnego Empire Polo Club w Kalifornii. Kilka lat później właśnie tam odbyła się pierwsza edycja festiwalu Coachella, który z czasem wyrósł na jedno z najważniejszych wydarzeń muzycznych na świecie. Dzisiaj „Vs.” pozostaje jednym z najlepszych przykładów tego, że sukces nie musi oznaczać artystycznego kompromisu.
Jeśli miałbym puścić tylko trzy utwory… „Go”, „Animal”, „Rearviewmirror”

1. „Ten” (1991)
Album, od którego wszystko się zaczęło. Po 35 latach nadal brzmi świeżo, a liczba klasyków jest wręcz absurdalna. Jeszcze bardziej imponujące jest jednak to, jak niezwykle płodna była ta sesja nagraniowa. Obok utworów, które trafiły na album, powstały również takie perełki jak „State of Love and Trust”, „Breath”, „Brother”, „Wash” czy „Yellow Ledbetter”. Dla większości zespołów byłby to materiał na znakomity drugi album. To również debiut, na którym obok radiowych przebojów znalazły się utwory definiujące koncertową tożsamość Pearl Jam. „Black”, „Release” czy „Porch” nigdy nie potrzebowały statusu singla, by stać się jednymi z najbardziej wyczekiwanych momentów każdego koncertu. A gdy w setliście pojawiają się „Deep”, „Garden” czy „Oceans”, koncertowi podróżnicy wiedzą, że trafili na wyjątkowy wieczór. Paradoksalnie, mimo ogromnego sukcesu, sam zespół nie był do końca zadowolony z brzmienia albumu. Dlatego po latach Brendan O’Brien przygotował „Ten Redux”, prezentując materiał w nowym miksie. Przy okazji przypomniano również, jak niezwykła była ta pierwsza sesja nagraniowa, publikując kolejne utwory, które z powodzeniem mogłyby znaleźć się na podstawowej wersji albumu. Nie znam drugiej płyty, która już na starcie kariery zawierałaby tyle utworów, bez których dziś trudno wyobrazić sobie koncert Pearl Jam.
Jeśli miałbym puścić tylko trzy utwory… „Alive”, „Black”, „Jeremy”
W lipcu minęło też 35 lat od wydania „Alive”, pierwszego singla Pearl Jam. Przez ten czas zmieniali się perkusiści, zmieniało się brzmienie zespołu, zmieniał się również świat wokół nich. Jedno pozostało jednak niezmienne. Autentyczność. Dziś czekamy na ogłoszenie nowego perkusisty i kolejny rozdział historii zespołu. Za chwilę znów zaczniemy analizować setlisty, dyskutować o nowych utworach i zastanawiać się, dokąd tym razem zaprowadzi ich muzyczna podróż. I właśnie to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Po 35 latach Pearl Jam nie są zespołem, o którym wyłącznie się wspomina. To zespół, którego historia nadal pisze się na naszych oczach. Każdy fan ułoży własny ranking ich albumów. I bardzo dobrze. Bo w przypadku Pearl Jam nie chodzi o to, która płyta jest najlepsza. Chodzi o to, która była najważniejsza dla nas w danym momencie życia. Pearl Jam pozostają ważni nie tylko dla swoich fanów. Ich utwory wciąż pojawiają się w serialach, grach wideo czy sportowych transmisjach, dzięki czemu kolejne pokolenia w naturalny sposób odkrywają ich muzykę. Niewiele zespołów potrafi zachować taką kulturową obecność.Jedno nie ulega jednak wątpliwości. Pearl Jam to jeden z najważniejszych zespołów ostatnich 35 lat. I dopóki wciąż nagrywają nowe płyty oraz dają koncerty, pozostaje nam po prostu cieszyć się, że możemy być częścią tej historii.
Cieszmy się, że ich mamy.
Post Scriptum

„Lost Dogs” (2003)
To nie jest klasyczny album studyjny. Ale trudno byłoby zakończyć ten tekst, nie wspominając o dwupłytowym „Lost Dogs” – zbiorze stron B, rzadkich nagrań i utworów, które z różnych powodów nie trafiły na regularne albumy. „Yellow Ledbetter”, „Wash”, „Down”, „Undone”, „Hard to Imagine” czy „Sad” pokazują, jak niewiarygodnie bogaty materiał Pearl Jam pozostawiali poza podstawową dyskografią. Dla większości zespołów byłaby to płyta życia. Dla Pearl Jam były to jedynie utwory, które nie znalazły miejsca na regularnych albumach. To chyba najlepiej pokazuje skalę talentu tej grupy. „Lost Dogs” zbiera również utwory, które wcześniej ukazywały się na singlach lub trafiały wyłącznie do członków Ten Club. A przecież to wciąż tylko część historii. Osobny rozdział stanowią covery, które przez lata stały się nieodłącznym elementem koncertów Pearl Jam. O ile „Last Kiss” dla wielu mniej wtajemniczonych słuchaczy brzmi dziś jak ich własna kompozycja, o tyle „Gremmie Out of Control” to już rarytas znany głównie najbardziej oddanym fanom. Sam utwór nie jest może koncertowym klasykiem, ale jego jedyne publiczne wykonanie – podczas Ohana Festival w 2024 roku – było wydarzeniem, którego nikt się nie spodziewał. Miałem szczęście być wtedy pod sceną. I właśnie dlatego za Pearl Jam jeździ się po świecie. Nigdy nie wiadomo, kiedy wydarzy się coś, czego zespół już nigdy więcej nie powtórzy.
Jeśli miałbym puścić tylko trzy utwory… „Yellow Ledbetter”, „Fatal”, „Footsteps”
A na deser…
5 historii ukrytych na okładkach najważniejszych albumów Pearl Jam
„Ten”
Zdjęcie przedstawiające muzyków z uniesionymi i splecionymi dłońmi nie było przypadkowe. Jeff Ament zbudował drewniany napis „Pearl Jam”, a wspólny gest miał symbolizować jedność nowego zespołu i zasadę „wszyscy za jednego”. Trudno o lepszą metaforę początku kariery grupy, która przez kolejne dekady udowodniła, że koleżeństwo i lojalność są dla niej równie ważne jak muzyka.
„Vs.”
Okładkę sfotografował Jeff Ament na rodzinnej farmie w Montanie. Zwierzę przeciskające pysk przez ogrodzenie miało odzwierciedlać poczucie osaczenia, z którym zespół zmagał się po sukcesie „Ten”. Co ciekawe, album do ostatniej chwili nosił roboczy tytuł „Five Against One”.
„Vitalogy”
Eddie Vedder przypadkowo kupił na pchlim targu XIX-wieczny podręcznik medyczny zatytułowany „Vitalogy”. To właśnie jego ilustracje, ryciny i cytaty stały się podstawą książkowego wydania albumu. Trudno wyobrazić sobie lepszą wizualną ilustrację tej płyty.
„No Code”
Rozkładana okładka składa się z dziesiątek zdjęć przypominających fotografie Polaroid. Oglądane z odpowiedniej odległości tworzą charakterystyczny symbol „No Code”. Do pierwszych wydań dołączano również losowe zestawy kart ze zdjęciami, dzięki czemu niemal każdy egzemplarz był odrobinę inny.
„Yield”
Na okładce widzimy pustą drogę i znak „Yield” („Ustąp pierwszeństwa”). To nie tylko tytuł albumu, ale również symboliczny komentarz do sytuacji zespołu. Po latach walki z mediami, Ticketmasterem i własną popularnością Pearl Jam wydawali się mówić: czas odpuścić i pozwolić rzeczom płynąć własnym rytmem.
Adam Stankiewicz