IKS

Nicky Palermo (Nothing) [Rozmowa]

Założony w 2010 roku amerykański Nothing to w tym momencie jeden z ważniejszych zespołów reprezentujących szeroko pojęty shoegaze. Choć czerpią z rozwiązań klasyków tego gatunku, wypracowali własne brzmienie, pełne ciężkich gitar i potężnych bębnów. Na wydanym w tym roku piątym studyjnym albumie dodatkowo wzbogacają je rozwiązaniami rytmicznymi charakterystycznymi dla elektroniki lat 90. Między innymi o tym opowiadał mi Nicky Palermo, przesympatyczny lider tej grupy. Rozmawialiśmy też m.in. o nowych teledyskach Nothing, młodych zespołach shoegaze’owych, silnym związku z naszym krajem i – oczywiście – o koncertach. Jeden z nich Nothing zagra już za kilka dni w Warszawie (1 września 2026 roku w klubie Hydrozagadka, org. Winiary Bookings).

 

Adrian Pokrzywka: Śledzę twórczość Nothing już od ponad 10 lat i w tym czasie przeczytałem kilka wywiadów z tobą. Wiem więc, jak ważne w twojej twórczości są teksty utworów – miały do tej pory dla ciebie wręcz terapeutyczny charakter. Czy w przypadku tych z nowej płyty jest podobnie? Czy podzielenie się ze słuchaczami opowieściami z „A Short History of Decay” było dla ciebie ważne? Sprawiło, że poczułeś się lepiej?

REKLAMA

 

 

Nicky Palermo: Oczywiście. Teksty piosenek zawsze były dla mnie czymś w rodzaju paliwa dla muzyki Nothing. Jakieś 12, 13 lat temu, gdy zabierałem się za nagrywanie „Guilty of Everything”, dźwigałem na barkach ogromny ciężar i szukałem sposobu, by się go choć trochę pozbyć. Właśnie taki był zamiar pisania tamtych tekstów i to zadziałało. Zafascynowała mnie wtedy myśl, że mogę to wykorzystać jako narzędzie, by trochę odciążyć się od życia. I robiłem to przez 10 kolejnych lat. A po wydaniu „The Great Dismal” w 2020 roku zacząłem wracać do codzienności, do miejsc i relacji, od których się odizolowałem dzięki muzyce Nothing. Pozwoliłem, by wiele mnie ominęło przez te wszystkie lata, mam dziś wrażenie, że sporo przegapiłem. Z drugiej strony, gdy tworzyłem te trzy albumy w tym czasie – wiedziałem, że muszę to robić. Odżyłem trochę po nich, ale około 2023 roku znów zaczęły się we mnie ujawniać pewne rzeczy, które skłoniły mnie do pisania. A rok później zacząłem dodawać muzykę do tych tekstów – tak właśnie powoli tworzyłem ostatni album. Jego powstawanie przypomina najbardziej właśnie ten proces, który miał miejsce przy „Guilty of Everything”. Wciąż ciążyło na mnie wiele rzeczy, o których wcześniej nie mówiłem. Czułem się winny z powodu strachu, zakłopotania, wstydu i paru innych czynników. Chciałem wrócić do tego po upływie tych 15 lat i spojrzeć na to z innym umysłem. Tak więc nowa płyta nawiązuje do trwałych skutków tego, co wydarzyło się 15 lat temu, ale jest efektem tego, jak teraz na to patrzę – właśnie to zainspirowało mnie do ponownego pisania.

 

 

AP: Chciałbym teraz zapytać o warstwę muzyczną „A Short History of Decay”. Na tym albumie dodaliście do swojego brzmienia elektroniczne bity, a także przerobiliście takie sekwencje na organiczną perkusję. Skąd pomysł na takie rozwiązania? Wziął się od ciebie czy od innych członków zespołu?

 

 

NP: Chciałem spróbować czegoś nowego. Muzyka Nothing zawsze była mieszanką rzeczy, które inspirowały mnie muzycznie. A ja zawsze byłem fanem brzmienia jungle z lat 90., więc wprowadzenie takich elementów było dla mnie naturalne. Zresztą nie byliśmy pierwsi, robili to w przeszłości choćby My Bloody Valentine. Wiedziałem, że nie jesteśmy od tego zbyt daleko, więc chciałem spróbować swoich sił w tym zakresie. Sam szkic utworu tytułowego zrobiliśmy razem z Nickiem Bassettem [basista Nothing – przyp. AP] i od razu stworzyliśmy w nim taką prowizoryczną wersję breakbeatu. Później przekazaliśmy to naszemu perkusiście, Zachowi, który swoją drogą ma ze swoim bratem projekt muzyczny o nazwie MSC. To połączenie techno i jungle, więc dawaliśmy nasz pierwotny pomysł specjaliście. Na szczęście powiedział nam, że to, co zrobiliśmy, wcale nie jest takie złe (śmiech). I gdy od kogoś, kto jest związany z tą sceną, dostaliśmy potwierdzenie, że wcale nie robimy czegoś tandetnego – poszliśmy już na całość. W studiu mieliśmy dużo zabawy, bo musieliśmy odtworzyć własne sample. Wycinaliśmy więc i samplowaliśmy prawdziwą perkusję, żeby stworzyć nasz własny breakbeat, co było naprawdę fajne. To było coś, czego nie mieliśmy wcześniej okazji robić. To był też rodzaj pewnego testu dla nas, trochę jak utwór „Say Less” z płyty „The Great Dismal”. Wtedy też wykorzystywaliśmy trochę inne techniki, dodaliśmy sample itd. W Nothing nie nakładamy na siebie żadnych ograniczeń, robimy to, czego chcemy aktualnie spróbować. I przemycamy do muzyki to, co nas aktualnie inspiruje.

REKLAMA

 

 

AP: Jasne, dla mnie Nothing nigdy nie był zwykłym generycznym zespołem shoegaze’owym. Słyszałem u was już wcześniej różne wpływy noise rocka czy grunge’u. Nie czułem też, by jakieś dodatkowe elementy były wprowadzane na siłę – brzmiało to wszystko zawsze naturalnie.

 

 

NP: Tak, wszystko z czego czerpiemy, zawsze staraliśmy się wpasować w „programowe” brzmienie Nothing. Zamysł był zawsze taki, by zastanowić się najpierw, jak brzmiałby Nothing po wprowadzeniu jakiegoś innego elementu. Albo odjęciu czegoś – na przykład usunięciu pogłosu z wokali, sprawieniu, by gitara brzmiała naprawdę czysto, albo by bębny z potężnych i dudniących zmieniły się na małe i przestrzenne. Tak to zawsze wygląda. Czasami coś dodajemy, czasami odejmujemy. Ale pomimo tego – dzięki temu, w jaki sposób to robimy – dla mnie to wciąż brzmi jak Nothing.

 

 

AP: Zgadzam się. Porozmawiajmy o teledyskach do nowego albumu. Wypuściliście do tej pory aż cztery, ale wszystkie są inne. Gdyby nie muzyka, która je łączy, można by pomyśleć, że to wideoklipy czterech różnych zespołów. Czy któryś z nich jest ci szczególnie bliski? Chyba ten do „Purple Strings” stanowił dla ciebie pewne wyzwanie…

 

 

NP: Masz rację, dość mocno zaangażowałem się w ten teledysk, więc jest jednym z moich ulubionych. Już wcześniej miałem okazję działać z Kevinem Hausem, nakręcił dla Nothing choćby „Eaten by Worms” i „Zero Day”. Dobrze mi się z nim pracuje, bo wie już, że ja mocno się angażuję w każdy proces twórczy. Gdy miałem już zarys projektu, zastanawiałem się, jak mogę to zrobić z dość ograniczonymi finansami. Poprosiłem kilku znajomych o pomoc, a jednym z nich był Ben Bornstein. To doświadczony charakteryzator, pracował m.in. przy serialu „Rozdzielenie” oraz kilku innych dużych produkcjach. Na szczęście zgodził się dostosować do naszego budżetu i uzyskaliśmy naprawdę fajne efekty. Spędziłem też trochę czasu w jego studiu, co było naprawdę super. Ben jest prawdziwym profesjonalistą, a ja jestem kinomanem, więc to wszystko było dla mnie bardzo ekscytujące. Z drugiej strony, gdy za każdym razem angażuję się w jakiś teledysk, czuję, że to wewnętrzna kara, którą na siebie nakładam. Tym razem musiałem w środku zimy siedzieć na fotelu do makijażu po dwie, trzy godziny dziennie. Ogoliłem też głowę, zrobiłem sobie irokeza, przyciąłem brwi – po zakończeniu zdjęć miałem głupkowatą fryzurę przez jakiś czas. W tym studiu było strasznie zimno, więc kiedy akurat nie nakładałem makijażu, sterczałem przy grzejniku. To był koszmar, ale ten teledysk wyszedł naprawdę świetnie, jestem z niego bardzo zadowolony.

 

 

 

 

AP: Też mi się podoba, więc chyba było warto.

 

 

NP: Dziękuję. Dobrze się też bawiłem przy innych klipach, jak na przykład „Never Come Never Morning”. W sumie Walter [John Pierce, reżyser teledysku – przyp. AP] zrobił go praktycznie sam. Po prostu utrzymywał ze mną kontakt przez jakieś cztery miesiące, filmując moje życie. To wideo wyszło idealnie. Z kolei w „Cannibal World” jest mnóstwo efektów pracy AI, zupełnie, jakbym chciał trochę sprowokować ludzi, zresztą zawsze staram się to robić. Mimo że te wszystkie teledyski są tak różne od siebie, ma to sens, jeżeli znasz nasz zespół i rozumiesz, na jakim etapie jesteśmy. Możesz sobie pomyśleć: „OK, widzę, że to Nothing”.

 

 

AP: Chciałbym teraz zapytać o współprace muzyczne. Parę lat temu nagraliście wspólny album z Full of Hell. Może nie był on zaskoczeniem dla ich fanów, bo mają takich kolaboracji mnóstwo, ale mógł nim być dla waszych słuchaczy. Jak sądzę, była to dla was nowość. Chciałbyś w przyszłości nagrywać podobne płyty? Może macie już coś zaplanowane?

 

 

NP: Aktualnie nie mamy żadnych takich planów. Trochę trudno jest mi współpracować z innymi artystami. To wynika z tego, że często czuję się gorszy od innych artystów. Mam taki syndrom oszusta w studiu, a to dla mnie przytłaczające uczucie. Zawsze się denerwuje, gdy pracuję w studiu nagraniowym, bo wszystkiego nauczyłem się samodzielnie, nie mam wykształcenia muzycznego. Wszystko staram się robić po swojemu i denerwuję się gdy otaczają mnie profesjonaliści. Na szczęście z Full of Hell poszło gładko, od razu się zgraliśmy. I to, że tak łatwo się nam współpracowało, było dla mnie trochę odkrywcze i daje mi nadzieję na przyszłość. Natomiast jedną z rzeczy, jakie zaplanowaliśmy przy tworzeniu naszego ostatniego albumu, była możliwość ich remiksów. Zach i ja mamy trochę znajomości wśród twórców muzyki elektronicznej i tu upatrujemy na razie możliwości do współpracy. Chcielibyśmy, aby producenci i didżeje wzięli te kawałki do obróbki i zrobili jakieś remiksy, a kto wie, może na ich bazie jakieś całkiem nowe numery, ale właśnie w stylistyce zbliżonej bardziej do elektroniki niż do naszej.

 

 

AP: Chętnie sprawdzę efekty. A co myślisz o młodych grupach z waszego rejonu muzycznego? Widziałem ostatnio na żywo Just Mustard, nie wiem, czy ich znasz…

 

 

NP: Jasne, to świetny zespół!

 

 

AP: No właśnie, to stosunkowo młoda grupa, która swoją twórczość opiera na podstawowych założeniach shoegaze’u, ale nie brzmią generycznie i przemycają do swojej muzyki różne ciekawe, mniej oczywiste pomysły. Są jakieś inne młodsze zespoły z tego nurtu, które robią na tobie wrażenie?

 

 

NP: Oczywiście. Zakończyłem właśnie przygotowywanie trzeciej edycji festiwalu Slide Away, gdzie jestem kuratorem i zajmuję się bookowaniem artystów. Ideą tej imprezy było swego rodzaju zjednoczenie sceny shoegaze’owej różnych pokoleń – od początków i późnych lat 80. aż po teraźniejszość i wszystko pomiędzy. Udało nam się ściągnąć Whirr, Swervedriver, Chapterhouse, a nawet Hum, którzy pojawili się po ośmioletniej przerwie w działalności. Grali też u nas Swirlies, lovesliescrushing oraz The Pains of Being Pure at Heart. Ale mamy też okazję współpracować z młodszymi zespołami, które bardzo mi się podobają. Jest ich teraz mnóstwo, a wiele z nich podchodzi w nowy sposób do tworzenia muzyki shoegaze’owej. Wspomniany przez ciebie Just Mustard jest tu doskonałym przykładem – choć mają wiele cech charakterystycznych dla wczesnego shoegaze’u, słychać u nich też elementy „Disintegration” czy Sonic Youth. Jest więc sporo młodych grup, które mnie pozytywnie zaskakują. Uwielbiam na przykład Douga i to, co robi w They Are Gutting a Body of Water. Świetna jest też twórczość Warmachine z Bostonu. Nie wiem, skąd oni to biorą, skoro są tacy młodzi. Słuchałem ostatnio ich demówek z niewydanego jeszcze materiału i byłem oszołomiony. Pomyślałem sobie, że nawet nie wiedziałem, że istnieją takie dźwięki, że ktoś może grać w taki sposób muzykę. Dzieciaki uczą się teraz o wiele szybciej, to robi się naprawdę ekscytujące. Oprócz Warmachine i TAGABOW mogę polecić jeszcze Mint Field z Meksyku – też są super.

 

 

zdj. materiały promocyjne

 

 

AP: Dziękuję ci za te rekomendacje. Muszę posprawdzać te zespoły, bo nie znam wszystkich, jakie wymieniłeś. A jeśli chodzi o koncerty – byłem ostatnio w Krakowie na waszym. Dzieliliście u nas scenę z Haywire. Zarówno ja, jak i paru moich znajomych byliśmy zainteresowani obydwoma zespołami, ale odniosłem wrażenie, że część publiczności była podzielona, a wielu fanów hardcore’u opuściło klub przed waszym występem. Ja osobiście lubię trasy, gdzie grają grupy reprezentujące różne style muzyczne, ale jak widać – nie wszyscy. Co o tym sądzisz?

 

 

NP: No tak, to właściwie cała nasza historia – spędziliśmy naszą karierę w ten sposób, ale dla nas była to bardziej forma przetrwania. Zawsze byliśmy sobą, ale dla odbiorców nie mieliśmy jednolitej tożsamości: trochę za ciężcy na koncerty indie i zbyt łagodni na hardcore’owe. Mam wrażenie, że w tych środowiskach wręcz zapoczątkowaliśmy takie mieszane składy koncertowe. A w obecnych czasach jest to już standardem. Dla mnie to nigdy nie było krępujące, ale publika czasem miała z tym problem i – jak widać – dalej ma. A Haywire są w zasadzie na drugim biegunie tego, co my gramy. Ale ja lubię takie sytuacje, to trochę dla mnie małe wyzwanie, w rezultacie dobre dla nas wszystkich. Swoją drogą uwielbiam chłopaków z Haywire, to moi dobrzy przyjaciele. Rozmawialiśmy już od jakiegoś czasu o wspólnej trasie, a gdzie byłaby ku temu lepsza okazja niż wschodnia Europa, gdzie ludzie mogą mieć z tym problem (śmiech). Gdybyśmy zrobili taką trasę w Stanach, nie byłoby to aż tak szokujące.

 

 

AP: Na tym koncercie jeden z fanów zaproponował między kawałkami, że zagra na perkusji utwór „Famine Asylum”, pamiętasz to? Byłeś chyba zaskoczony, ale szczerze mówiąc, my też. Widziałem już sytuacje na koncertach, gdzie fani wykonywali jakieś partie na gitarze albo śpiewali refren, ale z perkusją się jeszcze nie spotkałem. Nie przeszło ci przez myśl, by zaprosić go na scenę? Zdarzały ci się takie sytuacje w przeszłości?

 

 

NP: Podchodzę do takich kwestii raczej na luzie. Dostawałem czasem w przeszłości wiadomości od ludzi, którzy pisali coś w stylu: „Wiesz, to naprawdę ważna dla mnie piosenka. Myślisz, że mógłbym ją zagrać na gitarze?”. W zależności od koncertu i tego, jak poważna była sprawa, czasem pozwalałem ludziom wejść na scenę i coś zagrać. Ale nigdy nie zrobiłem tego z perkusją. Wiesz, mogę oddać komuś moją gitarę na chwilę, ale dziwnie bym się czuł, gdybym musiał usunąć któregoś członka mojego zespołu, by ktoś inny mógł wejść na scenę. To oni musieliby sami podjąć taką decyzję. Ale raczej nie w trakcie trwania koncertu. Gdyby ktoś napisał do mnie wcześniej – to co innego. No ale raczej nie będziemy tego robić (śmiech). Właściwie to jestem przyzwyczajony do tego, że ludzie tak do mnie zagadują na scenie. W Stanach też, ale w Europie szczególnie. Niektórym czasem wydaje się, że mają ze mną na tyle zbudowaną więź, żeby tak sobie pogadać w trakcie koncertu, gdy stoję na scenie. Zazwyczaj nie przejmuję się tym zbytnio, ale było kilka przypadków, kiedy ludzie posunęli się zbyt daleko. Na szczęście większość sytuacji jest całkiem nieszkodliwa.

 

 

AP: W ogóle przeglądałem historię waszych występów i zauważyłem, że wiele z nich zagraliście w różnych krajach azjatyckich. Przed pandemią odbyliście tam dużą trasę koncertową, a w tym roku znów tam wróciliście. Naprawdę macie tam aż tylu fanów? Jakie masz wspomnienia z tych podróży?

 

 

NP: Tam zawsze jest świetnie. W tej chwili chyba lepiej idzie nam w Azji niż w Europie, co jest zresztą trochę szalone. Uwielbiam tam grać, niektóre z moich ulubionych krajów znajdują się właśnie w Azji. Młodzież jest tam pełna pasji i zawsze cieszą się, że do nich przyjeżdżamy. Są też bardzo gościnni, a to ważne dla nas w momencie, gdy znajdujemy się tak daleko od domu. Robią wszystko, byśmy czuli się tam komfortowo. Choć muszę przyznać, że lubię podróżować i grać trasy właściwie wszędzie, również w Polsce. Lubię wasze jedzenie i to, że otaczają mnie u was zawsze fajni ludzie. Zresztą nie wiem, czy wiesz, ale moja mama jest w połowie Polką, a w naszym życiu było wielu polskich krewnych. Dorastałem w biednej imigranckiej dzielnicy, gdzie mieszkali praktycznie sami Włosi, Irlandczycy i Polacy. Więc jak jestem u was, to w zasadzie nie jestem tak daleko od domu.

 

 

 

 

AP: To ciekawe, nie wiedziałem o tym. Cóż, nasz czas się już kończy, mam więc do ciebie jeszcze jedno pytanie, dotyczące – a jakże – koncertów (śmiech). W tym roku zagraliście ich już prawie 70…

 

 

NP: Niemożliwe! Aż tyle?

 

 

AP: Tak, tak. Sprawdziłem to na setlist.fm. I jeszcze mnóstwo przed wami! To chyba pierwsza tak długa trasa Nothing od 2022 roku. Nie czujesz się tym już zmęczony? Jak sobie dajesz radę z życiem w trasie?

 

 

NP: Uff, w tym roku było naprawdę ciężko, bo gdzie się nie pojawialiśmy, zawsze trafialiśmy na falę upałów. Musieliśmy ostatnio odwołać trasę w Australii z powodu problemów wizowych – gdyby nie to, mielibyśmy w takim razie już prawie 80 koncertów. Ale miło było wrócić na chwilę do domu przed wyprawą do Azji. Wracając do upałów, nie muszę ci mówić, jak było w Krakowie. Ale słyszałem, że jak tylko od was wyjechaliśmy, od razu się ochłodziło (śmiech). Szkoda tylko, że później w Azji znów zrobiło się gorąco – mieliśmy rekordowe temperatury w Chinach, Singapurze czy Indonezji. Kiedy byliśmy w Europie, oczywiście rekordy też padały, choćby we Francji. W Bourlon temperatura osiągnęła chyba 45 stopni. Wyobraź sobie, że gdy byłem poza Nowym Jorkiem, było tam cały czas 30 stopni – naprawdę chłodno i przyjemnie jak na lato. Ale jak tylko wysiadłem tam z samolotu, już panował upał (śmiech). Narzekam na pogodę, ale w połączeniu z napiętym harmonogramem potrafi dać w kość. Ale próbuję  tu zachować trzeźwy umysł i przeżywać to dzień po dniu, aż się skończy. W takich chwilach czasem żałuję, że nie zajmuję się czymś innym, zaczynam to kwestionować. Ale gdy mijają chwile kryzysu, przypominam sobie, że przecież robię to, co kocham. Muszę tak myśleć, bo przede mną jeszcze ponad 40 koncertów w tym roku (śmiech).

 

 

AP: Nie przejmuj się, później sobie odpoczniesz. Trzeba zacisnąć zęby i grać dalej.

 

 

NP: Taki jest plan.

 

 

AP: Nicky, wielkie dzięki za rozmowę. Mam nadzieję, że niedługo znów zobaczę was gdzieś na scenie.

 

 

NP: Na pewno. I zrób coś dla mnie – jak będziemy w pobliżu, przyjdź i się przywitaj.

 

 

AP: Tak zrobię! Trzymaj się i do zobaczenia.

 

 

NP: Miło było cię poznać. Cześć!

 

 

Rozmawiał Adrian Pokrzywka

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020