IKS

Pohoda Festival 2026, Trenczyn, Słowacja [Relacja tekstowa]

Słowacka Pohoda świętowała w tym roku swoje 30-lecie. Głupio przyznać, ale osobiście dość późno odkryłem ten festiwal, mimo że odległość z Krakowa do Trenczyna to zaledwie 230 km – mam o wiele bliżej niż na Open’er. A porównanie z gdyńską imprezą jest tu nieprzypadkowe, bo Pohoda odbywa się zazwyczaj tydzień później, więc sporo artystów się pokrywa na obydwu festiwalach. Słowackie wydarzenie na szczęście jest bardziej kameralne, jeśli chodzi o liczbę uczestników – w tym roku pojawiło się na nim ok. 33 tys. osób. Teren festiwalu jest również położony na lotnisku, a liczba scen jest przynajmniej dwa razy większa niż na Open’erze, dzięki czemu przeciętny uczestnik może czuć się swobodnie – nawet podczas występów headlinerów jest w pewnych miejscach dość luźno. Pohoda została doceniona w ostatnich latach nie tylko przeze mnie – za edycję z 2023 roku otrzymali prestiżową nagrodę na gali European Festival Awards w kategorii Best Medium-Sized Festival. I powtórzyli ten sukces ubiegłoroczną edycją. Zresztą sam na nich głosowałem, bo w 2025 roku pierwszy raz wybrałem się do Trenczyna i spodobało mi się na tyle, by zrobić sobie powtórkę również w te wakacje.

Środa – 8 lipca

Nie ukrywam, że w decyzji ponownego odwiedzenia naszych południowych sąsiadów pomogło mi też dołożenie przez organizatorów jednego dodatkowego dnia, który poprzedzał właściwy termin imprezy. Wydarzenie stało się historyczne nie tylko z uwagi na jubileusz festiwalu, ale i ze względu na headlinera, który miał zagrać na Extra Day, czyli The Cure. Aż trudno w to uwierzyć, ale ten legendarny i uwielbiany przez wielu (tak, w tym przeze mnie) zespół wystąpił w ramach tegorocznej Pohody po raz pierwszy w historii na Słowacji. Lider grupy, Robert Smith, osobiście wybierał supporty na tegoroczną trasę, które zmieniały się w zależności od wydarzenia. Do Trenczyna przyjechały więc razem z The Cure zespoły Just Mustard i The Twilight Sad. Między nimi a główną gwiazdą wystąpił jeszcze lokalny artysta Denis Bango, który podczas solowego koncertu na pianino i wokal zaprezentował utwory swoich projektów muzycznych – Fvck_Kvlt i The Wilderness.

REKLAMA

Ja z supportów najbardziej cieszyłem się na Just Mustard. Nie tylko dlatego, że ich nigdy wcześniej nie widziałem, ale przede wszystkim z powodu jakości ich studyjnych nagrań, szczególnie świetnej płyty „We Were Just Here”, na której utworach oparli swoją koncertową setlistę (aż 4 z 7 piosenek). I nie zawiodłem się, choć martwiłem się czy odnajdą się na tak dużej scenie. Ich trzeszczący, hałaśliwy shoegaze pewnie lepiej sprawdza się w mniejszych klubach, gdy tworzona przez zespół ściana dźwięku ma się od czego odbić. Ale na Pohodzie dużo dała odpowiednio podkręcona głośność – na szczęście mniejsze zespoły nie były poszkodowane przez nagłośnieniowców – wszyscy brzmieli równie dobrze, co headlinerzy. Just Mustard lubię za kontrasty – rozmarzona melodyjność pomieszana jest u nich z wykręcającym uszy hałasem, a pozornie beznamiętny, choć słodki głos Katie Ball bardzo ciekawie uzupełnia jeden z gitarzystów – David Noonan, którego partie wokalne przechodzą czasem w pełne pasji krzyki. To jeden z tych młodszych shoegaze’owych zespołów, którym bliżej do dziedzictwa My Bloody Valentine niż Slowdive (którzy również byli jednym z supportów The Cure podczas tegorocznej trasy). Największy minus koncertu – tylko 30 minut, chciałoby się przynajmniej jeszcze drugie tyle.

 

Just Mustard
zdj. Pohoda Festival / Oleksandra Sherhina

 

Więcej czasu dostali The Twilight Sad, którzy są chyba wciąż ulubioną grupą Roberta Smitha, biorąc pod uwagę, jak często supportują The Cure od wielu, wielu lat. Dzięki temu nie była to moja pierwsza styczność z tym szkockim zespołem – widziałem ich już parę razy w polskich arenach. I wcale z tego powodu nie narzekałem. The Twilight Sad mieli zresztą okazję zaprezentować nowy materiał, podobnie jak ich poprzednicy. Najbardziej podobały mi się dwa starsze kawałki: „Last January” i „There’s a Girl in the Corner”, choć prawdopodobnie z powodu samego ich osłuchania – najzwyczajniej w świecie przegapiłem tegoroczną płytę Szkotów, z której zagrali 4 utwory (połowę setu) – stawiłem się na koncert nieprzygotowany. Pomimo tego dobrze go oceniam całościowo – The Twilight Sad ze swoją mroczną mieszanką post-punka i indie rocka dobrze się wpasowali w ten wieczór. Dynamika i dramatyzm umiejętnie rosły w czasie ich 45 minut, o co zadbał nie tylko swoją charakterystyczną ekspresją wokalną James Graham, ale też nowa sesyjna perkusistka, Cat Myers (znana z występów w Mogwai), która sprawiała często wrażenie, jakby miała za chwilę zniszczyć swój zestaw.

 

The Twilight Sad
zdj. Pohoda Festival / Ondrej Koščík

 

Tyle samo czasu dostał znany lokalnie muzyk, Denis Bango, który prezentował muzykę swoich zorientowanych bardziej na rap i punk projektów za pomocą pianina i mikrofonu. I choć pod względem jego surowego wokalu słychać było, z jakiej stylistyki się wywodzi, to od strony instrumentalnej już zupełnie nie. Słabo znam twórczość jego zespołów, ale śmiem twierdzić, że ich kompozycje nie są tak zaawansowane aranżacyjnie jak to, co Denis wyrabiał na klawiaturze, znalazło się nawet miejsce dla jednego utworu instrumentalnego – właściwie po prostu kilkuminutowej solówki, podczas której popisywał się sprawnością swoich palców. Przeszkodą była dla mnie jednak słaba znajomość nie tylko odgrywanych utworów, ale też języka słowackiego. Zrozumiałem tylko, że teksty są zaangażowane społecznie. Biorąc pod uwagę barierę językową i oszczędne instrumentarium, miałem poczucie, że znaczna część treści mnie omija, więc nie wytrzymałem do końca i zrobiłem sobie dłuższą przerwę przed headlinerem, który ma w zwyczaju grać dwuipółgodzinne koncerty.

REKLAMA

 

Denis Bango
zdj. Pohoda Festival / Filip Krajčo

 

Przyznam, że trudno jest mi pisać o The Cure. To dla mnie najważniejszy zespół lat… w sumie każdych. Bo w tym czasie, kiedy przestali być aktywni wydawniczo, ja słuchałem na potęgę całej ich dyskografii. Towarzyszą mi od dawna i nie raz pomagali przetrwać trudne chwile. Dlatego też wypatruję ich koncertów i staram się chodzić na każdy w pobliżu (bo kto nie chce zobaczyć na żywo ulubionego zespołu), ale gdy już przychodzi co do czego, orientuję się, że nie był to do końca dobry pomysł – szczególnie główna część ich koncertowych setlist jest dla mnie wyczerpująca emocjonalnie. Nie inaczej było tym razem. No ale cóż, skoro występ zaczął się od utworu o tytule „Alone”, w którym pierwszy wers zaczyna się od słów „This is the end (…)”, to chyba trudno mi się dziwić. Z drugiej strony, należałoby się ucieszyć, bo otwierający „Alone” i zamykający podstawowy zestaw utworów „Endsong” to jedyni reprezentanci z ostatniej świetnej płyty grupy. Chciałoby się usłyszeć jeszcze więcej kompozycji z „Songs of a Lost World”, ale na wspomnianym już Open’erze ten album został całkowicie pominięty, więc dobre i to. Trochę mniej utworów było za to z najobficiej ogrywanej na żywo płyty „Disintegration” (na szczęście nie zabrakło moich ulubionych „Pictures of You” i „Fascination Street”). Setlisty z występów The Cure łatwo sprawdzić i porównywać, więc może nie będę tu się rozwodził nad wszystkimi piosenkami, podkreślę tylko najmocniejsze punkty, jak rzadziej grane na żywo „The Last Day of Summer” i „A Strange Day” (w tym roku tylko 3 razy!), a przede wszystkim zestaw, którego nie może zabraknąć na żadnym koncercie Smitha i spółki (a przynajmniej ja sobie nie wyobrażam), czyli „Play for Today”, „A Forest” i „From the Edge of the Deep Green Sea”. Na bis zespół wykonuje najczęściej selekcję piosenek, którą traktowałem kiedyś pobłażliwie – najpopularniejsze i najbardziej przebojowe piosenki (to słowo pasuje tu najlepiej). Tym razem było podobnie, choć moje podejście się zmieniło. Zorientowałem się, że dobrze studzą emocje po głównym secie. Choć mój wewnętrzny masochista woli utwory z „Seventeen Seconds” czy „Pornography”, to jednak cieszę się, że można później odpocząć przy wesołych hitach, jak ograne do bólu „Friday I’m in Love” czy „Boys Don’t Cry”. Należy pochwalić też bardzo dobre brzmienie, szczególnie potężnie dudniący bas Simona Gallupa, i udane dołączenie do grupy jego syna Edena, który odnalazł się w składzie, zastępując zmarłego w grudniu Perry’ego Bamonte, gitarzystę i klawiszowca The Cure. Reszta członków na szczęście trzyma się dobrze – oby jak najdłużej.

 

The Cure
zdj. Pohoda Festival / Filip Krajčo

 

Po środowym headlinerze uruchomiły się trzy kolejne mniejsze sceny. W największym namiocie (Aréna Slovenskej sporitel’ne) konsolę obsługiwała przez kolejne dwie godziny Hiroko Yamamura. W tym samym czasie w Curious City 18+ grał słowacki dj  Jimmy Pé, a holenderska grupa ska Bazzookas uruchomiła scenę wokół swojego busa, który jest corocznym elementem festiwalu od niemal 10 lat. I po trochu udało mi się obskoczyć wszystkie te atrakcje. Yamamura zaproponowała bardzo interesujący wybór szeroko pojętego techno, a sufit namiotu przystrojono w repliki planet Układu Słonecznego, które cieszyły oko już przez cały festiwal, szczególnie w nocnych porach. Aż żałowałem, że już o tej godzinie brakowało sił po podróży i poprzednich koncertach. Na chwilę tylko poszedłem sprawdzić Curious City. „Miasto” okazało się kilkoma skleconymi domkami z przyczepionymi gdzie się da ekranami reklamującymi popularny podgrzewacz do tytoniu – stąd chyba to „18+” w nazwie – co sprawiło, że zniknęły potencjalne dylematy na resztę festiwalu, bo tę „scenę” sobie już odpuściłem na stałe. Zamierzałem jednak jeszcze wrócić choć na jeden występ Bazzookas. Mimo że nie bawię się jakoś dobrze przy ska, ta poniekąd sympatyczna grupa wytwarza wokół siebie i swojego busa całkiem przyjemną atmosferę, więc w jeden z kolejnych dni obejrzałem cały występ i niżej o tym trochę opowiem.

 

Hiroko Yamamura
zdj. Pohoda Festival / Jakub Dolezal

 

Czwartek – 9 lipca

W czwartek koncerty zaczynały się już wcześniej, choć jeszcze nie tak jak w piątek i w sobotę, które na Pohodzie zawsze są pełnymi festiwalowymi dobami, wypełnionymi muzyką niemal przez cały czas. O 15.00 na głównej scenie zaczęli swój koncert Ukraińcy z Kalush Orchestra, mieszając pop z rapem, wschodniosłowiańskim folklorem i telewizyjnymi układami tanecznymi. Dla mnie było to zbyt estradowe, więc po paru kawałkach zacząłem się powoli przenosić w kierunku namiotu ASs, bo tam otworzyć dzień miała chyba jedyna blackmetalowa grupa tegorocznej edycji Pohody, czyli słowacka Besna. I tu już podobało mi się bardziej, mimo że nie jestem jakimś wielkim fanem włączania w ekstremalny metal długich atmosferycznych post-rockowych elementów. Momentami psuło to dynamikę całego show, wydaje mi się też, że niepotrzebne były rotacje na stanowisku wokalisty – główny śpiewający członek zespołu ma wystarczająco urozmaicony repertuar, jeśli chodzi o technikę – niepotrzebnie zastępowali go momentami instrumentaliści, którzy takiego skilla już nie mają. Na plus były te szybsze, bardziej gatunkowe partie gitarowo-perkusyjne i okołoekologiczne wizualizacje oraz, jak zrozumiałem, związana z tym tematyka tekstów i ogólne przesłanie formacji. Może przy mocniejszej konkurencji na jakimś metalowym festiwalu pominąłbym ten koncert, ale w Trenczynie dobrze było obejrzeć Besnę.

 

Besna
zdj. Pohoda Festival / Naďa Koščík

 

Choć do samego końca nie zostałem, bo chciałem jeszcze zdążyć na konferencję prasową Marujy, a zaraz po niej zaczął się na głównej scenie koncert Słowaków z grupy Slobodná Európa. Co tu dużo pisać, ten zespół ma u naszych południowych sąsiadów kultowy status. A jeżeli ktoś zakłada klasyczny punkrockowy zespół w 1989 roku, to chyba nietrudno zgadnąć, że teksty dotykają znanych też u nas postkomunistycznych tematów społeczno-politycznych, nie rezygnując przy tym z wątków bardziej codziennych, czy po prostu imprezowych. Przynajmniej w pierwszej połowie koncertu słowaccy punkowcy skupili się na utworach z wydanego w 1991 roku debiutu, czyli „Pakáreň”, ale nie zapomnieli też o pozostałych trzech płytach ze swojej dyskografii – było całkiem przekrojowo. Dlaczego wspominam tylko o pierwszej połowie występu? Tu też zadziałała, po pierwsze, bariera językowa – wskazane byłoby wsłuchiwanie się w teksty przy tak prostym graniu, a po drugie – sama lokalność grupy – być może, gdybym wychował się przy tych piosenkach (jak zapewne duża część publiczności), może nie znudziłoby mi się tak szybko. Trzeba się było przygotować na kolejny koncert, chyba pierwszy tego dnia, którym byłem szczerze zaciekawiony.

 

Slobodná Európa
zdj. Pohoda Festival / Ondrej Koščík

 

Mowa o grupie Maruja, której wszystkich członków miałem okazję wysłuchać wcześniej poza sceną. I tak, jak podobała mi się rozmowa, jaką prowadzili z dziennikarzami – kolektywnie, gdzie każdy z muzyków wypowiadał się mniej więcej po równo, i gdzie wszyscy mieli coś ciekawego do powiedzenia, tak podczas samego występu miałem już mieszane uczucia związane z poszczególnymi artystami. Może na początek pochwalę Harry’ego Wilkinsona, który oprócz ciekawej mieszanki post- i noise rocka tworzonej na gitarze jest też głównym wokalistą, odpowiadającym nie tylko za typowe w post-punku krzyczane fragmenty, ale przede wszystkim za partie rapu. Zresztą przy otwierających set dwóch krótszych kawałkach z ostatniej płyty (najmocniej reprezentowanej – aż 5 utworów) Harry skupił się tylko na obsłudze mikrofonu, za gitarę łapiąc dopiero przed starszym „Zeitgeist”. Bardzo mocny występ zaliczył też obsługujący perkusję Jacob Hayes, sprawnie pilnując tempa i dynamiki utworów, nie gubiąc się podczas ich częstych zmian – kontrolował ten pozorny chaos. Właściwie mam tylko problem z Josephem Carrollem, saksofonistą Marujy. I to praktycznie na każdym polu. Jego partie wydają mi się często dość prostolinijne, jakby chciał grać po prostu głośno, bez potrzeby jakiegoś większego zniuansowania swojej muzyki. Do tego ma dziwaczną manierę sceniczną – jego wytrzeszczone oczy, jakby miał zaraz coś urodzić, mogą irytować niektórych widzów. Z saksofonowych fragmentów najlepiej wspominam jeden z nowych utworów, „Saoirse”, w którym prostota partii tego instrumentu pasuje do balladowego charakteru tej kompozycji. Pamiętam, jak widziałem Maruję na Off Festival parę lat temu, gdzie wszyscy narzekali na brak Josepha, który się wtedy rozchorował, a jego saksofon był puszczony z taśmy. Teraz sobie myślę, że chyba wcale to wtedy nie zaszkodziło temu gigowi. Ale może wystarczy tych złośliwości, bo gdybym miał oceniać występ Marujy na Pohodzie zerojedynkowo, to jednak jestem na „tak”, choć nie będę się za nimi jakoś rozglądał w przyszłości na kolejnych festiwalach.

 

Maruja
zdj. Pohoda Festival / Filip Krajčo

 

Chwilę później na głównej scenie mieli zaczynać kolejni Brytyjczycy – Idles, więc trzeba się było przenieść z namiotu na powietrze. Tu było bez zaskoczeń. Idles to solidna machina koncertowa. Trudno, żeby było inaczej, skoro większość utworów z już pięciu studyjnych płyt Bristolczyków to materiał na bangery. Może na postpandemicznych albumach jest ich minimalnie mniej, ale dalej wystarczająco, by stworzyć z nich godzinne show pełne punkowej przebojowości. Choć najwięcej kawałków (4) było z ulubionego przez fanów i krytyków „Joy as an Act of Resistance.”, to każda pozostała płyta była reprezentowana przynajmniej dwiema kompozycjami. Idles zagrali też jeden nowy utwór, „Levitation”, motoryczny numer, którym otwierają swoje występy podczas całej letniej trasy koncertowej. Najwięcej uwagi na scenie przykuwali jak zwykle dwaj założyciele grupy – gitarzysta Mark Bowen, mający rękę do pisania nośnych melodii fan zwiewnych sukienek, oraz wokalista Joe Talbot, celny i dowcipny w swoich tekstach komentator społeczny o aparycji podwórkowego urwisa. Gdy podczas poprzedzającej koncert konferencji prasowej jeden z ukraińskich dziennikarzy zapytał o swojego krajana, znanego z utworu o tym samym tytule (i oczywiście granego na Pohodzie) Danny’ego Nedelko, Joe wyciągnął telefon… i po prostu do niego zadzwonił. Cieszę się, że widziałem Idles po raz kolejny – przekonałem się, że nie stracili formy – i mogę śmiało polecać ich koncerty.

 

IDLES
zdj. Pohoda Festival / Dominika Scheibinger

 

Po dzikich tańcach na poprzednich gigach ucieszyłem się, że kolejny występ, który sobie zaplanowałem do obejrzenia, miał być bardziej stonowany. Aldous Harding zagrała na drugiej co do wielkości scenie na otwartym powietrzu, Orange Stage, która swoją drogą kojarzy mi się właśnie z takimi spokojniejszymi koncertami – może powodem jest sąsiedztwo Family Parku (terenu dla rodzin z dziećmi). Czekałem na Aldous, mimo że jej poprzedni koncert, jaki widziałem, podobał mi się średnio (Off Festival 2019 – po przecież świetnej płycie „Designer”). Tym razem było jednak przeciwnie – był to jeden z najlepszych występów na festiwalu. Harding ma dość specyficzny sposób bycia, bardzo introwertyczny, wydaje się wręcz, że tylko momentami zauważa publiczność i w ogóle, że gra przed kimś koncert w danym momencie. Rozumiem, że może to niektórych odrzucać, ale ja nie mam z tym żadnego problemu. Tym bardziej, jeśli jest to poparte bardzo dobrymi kompozycjami, wyśmienicie zaaranżowanymi i odegranymi przez cały towarzyszący Alding zespół. I przede wszystkim niesamowicie zaśpiewanymi! Sposób, w jaki Harding zmienia barwę swojego głosu na przestrzeni pojedynczych utworów, jest wręcz nieludzki. Jeśli doda się do tego inteligentne i zabawne teksty, to ta statyczna atmosfera koncertu potrafi naprawdę zaangażować, niemal zahipnotyzować widza. I to bez względu na prezentowany materiał. Tym razem znów dominowała najnowsza płyta – z „Train on the Island” poleciało aż 6 na 11 utworów. Gdy dodamy do tego 3 piosenki z poprzedniej „Warm Chris” nie zostało wiele miejsca na równie dobre poprzednie albumy, ale co z tego. Nie mam żadnych słów negatywnej krytyki, nawet wypełnione ciszą dłuższe przerwy na strojenie między niektórymi numerami nie psuły tej magicznej atmosfery. Po dwóch festiwalowych koncertach Aldous, jakie widziałem, pozostaje mi tylko wypatrywać jakiegoś klubowego gigu, z dłuższą setlistą, bo ta godzina na Pohodzie zleciała błyskawicznie.

 

Aldous Harding
zdj. Pohoda Festival / Monika Ruman

 

A tu nie można było dobrze ochłonąć, bo na main stage’u rozstawił się już czwartkowy headliner – Gorillaz. Rok temu Damon Albarn uratował ten sam dzień tygodnia na festiwalu, bo po odwołanych w ostatniej chwili Massive Attack zgodził się wystąpić z projektem Africa Express. Tym razem pojawił się ze swoim dużo bardziej rozpoznawalnym zespołem. Co ciekawe, Gorillaz, podobnie jak dzień wcześniej The Cure, grali swój pierwszy w historii koncert na Słowacji. Choć nie jestem wielkim fanem twórczości Albarna, a w tamtym roku wręcz mi się bardzo nie podobało, postanowiłem dać szansę Gorillaz, bardziej z uwagi na stare albumy (i na to, że w tym czasie pozostałe sceny były nieaktywne). I nie żałuję, bo w setliście znalazło się miejsce na rzeczy stare i nowe (po 6 utworów z „Demon Days” i „The Mountain”), oraz na stale rotujących gości – kolejny raz wpadł na scenę łobuz Joe Talbot z Idles, a także Kara Jackson, Bootie Brown czy Kelvin Mercer z De La Soul. To był też chyba najmocniejszy frekwencyjnie fragment tegorocznej Pohody. Na tym festiwalu zawsze cenię sobie to, że nawet na najbardziej obłożonych koncertach jest pod scenami luźno i można się umiejscowić w dowolnym miejscu bez przepychania się. Pierwsze utwory Gorillaz spędziłem za to na powolnym spacerze w stronę zespołu, choć i tak nie wylądowałem zbyt blisko. Organizatorzy powinni jednak zadbać, by – szczególnie o takiej porze – była czynna więcej niż jedna scena.

 

Gorillaz
zdj. Pohoda Festival

 

Później przeniosłem się z powrotem na Orange Stage, by sprawdzić, co będzie puszczać Sofia Kourtesis. I nie zawiodłem się, bo remiksy znanych hitów Underworld czy Aphex Twin były pomieszane z jej autorskimi produkcjami, znalazły się nawet rzeczy z mojej ulubionej epki „Fresia Magdalena” z 2021 roku. Ta rezydująca w Berlinie Peruwianka swój set oparła na różnych odmianach house’u – jak wcześniej wspomniałem, scena Orange jest stonowana, najwyraźniej nawet w nocnych godzinach. Po drodze do swojego namiotu zajrzałem jeszcze do tego z muzyką (ASs), by jeszcze sobie popatrzeć na repliki planet podwieszone pod sufitem (nocą prezentowały się najlepiej) i posłuchać wyboru kawałków remiksowanych przez sim0ne, która proponowała tej nocy szybsze tempa niż Sofia. Niecierpliwcy czekający na sobotnie The Prodigy mogli usłyszeć wybrane kawałki już dziś, odpowiednio jeszcze przyspieszone. Co ciekawe, znów poleciał „Born Slippy .NUXX” Underworld, ale w sumie co tu się dziwić – pewnie za kolejne 30 lat didżeje i didżejki też będą puszczać ten wybitny utwór na imprezach.

 

Sofia Kourtesis
zdj. Pohoda Festival / Jakub Dolezal

 

Piątek – 10 lipca

Kolejny dzień zacząłem od Meowlau, młodej słowackiej artystki poruszającej się w mrocznych klimatach post-punkowych. Przekonała mnie do siebie wydaną w tym roku debiutancką płytą, którą zaprezentowała na Pohodzie w całości. Chłodny i pozornie beznamiętny wokal Laury Jaškovej (jak naprawdę się nazywa) może skojarzyć się polskiemu odbiorcy z Kachą z Coals. Muzycznie to jednak co innego, więcej tu szybszych temp i gitar, choć niepozbawione jest to wszystko melodyjności i po prostu fajnych refrenów, czuć tu umiejętność w komponowaniu – a to przecież Meowlau odpowiada w tym projekcie za cały jego proces. Do pomocy na scenie ściągnęła dwuosobowy zespół (bas i perkusja), a sama skupiła się na śpiewaniu. Mimo wczesnej pory w największym namiocie zebrało się sporo osób, a w niektórych partiach wokalnych artystkę wspierała publiczność. Zorientowałem się też, że pierwszy raz nie przeszkadzała mi bariera językowa – choć niewiele rozumiałem, dobrze się bawiłem – muzyka zrobiła swoje.

 

Meowlau
zdj. Pohoda Festival / Monika Ruman

 

Pierwszym ważniejszym koncertem na głównej scenie był dla mnie tego dnia Fat Dog. Przegapiłem ich zachwalany występ na OFF Festivalu w zeszłym roku, więc chciałem to nadrobić. Przyznam, że w Katowicach wybrałem innego artystę, bo Fat Dog nie przekonał mnie do siebie swoim debiutem z 2024 roku – trochę zbyt nachalne były na nim wpływy gypsy punka, którego raczej unikam. I teraz wiem, że niepotrzebnie dałem się zniechęcić. Na żywo te klezmerskie i bałkańskie elementy dalej są obecne, ale jakoś mniej rażą, o ile w ogóle. Na wierzch wychodzi za to zaraźliwa dance-punkowa energia, która porywa do tańca. Lider Joe Love tyle samo czasu spędzał z mikrofonem na scenie, co pod nią – w fosie lub wchodząc prosto w publikę, zupełnie jakby przyszedł się pobawić na jakiś inny koncert. I nawet gdyby nie zachęcał napotykanych osób do interakcji, to wszyscy wiedzieliby co robić – imprezowa twórczość Fat Dog zadziałałaby sama. Rozbrajający był też outfit grupy: Joe w żółtym sztormiaku z logiem festiwalu, skrzypek Jed w grzecznie wyprasowanej koszuli, paradujący w samych slipach gitarzysta Jacqui, saksofonistka Morgan w nadmuchiwanej zabawkowej koronie zdobytej z publiczności – prawdziwa menażeria. Na szczęście grali dużo lepiej, niż wyglądali. I w dodatku sporo nowości, bo aż 6 z 12 numerów pochodziła z niewydanej jeszcze drugiej płyty zespołu zaplanowanej na październik.

 

Fat Dog
zdj. Pohoda Festival / Erik Zeman

 

Dobrze, że można było kilkadziesiąt minut ochłonąć po tym koncercie, bo w namiocie obok miał grać Ventolin. To akurat artysta, którego widziałem już kilka razy – i który chyba nigdy mi się nie znudzi. Ten sympatyczny profesor z Uniwersytetu Karola w Pradze ma swoje drugie oblicze, które realizuje na scenach, jak widać, nie tylko w Czechach. Ma talent do pisania przebojowych kawałków acidhouse’owych okraszonych dowcipnymi tekstami, ale – co jeszcze cenniejsze – uwielbia wykonywać je na żywo. Cała jego twórczość oparta jest na analogowych syntezatorach, a na scenie montuje jeszcze podstawowe elementy perkusyjne i odpowiada za wszystkie wokale. No, prawie wszystkie, bo jego wierna publiczność chętnie go wspiera w tym ostatnim. Trudno się przecież oprzeć, gdy podejmowane są takie tematy, jak karate w śniegu, powroty z grzybobrań, czy opracowywanie „disco science”. Choć na koncertach w małych polskich klubach ma zawsze bardzo dobre przyjęcie, to jest ono nieporównywalne do tego, jak odbierany jest na festiwalach na Słowacji i w Czechach (widziałem go też kiedyś na Colours of Ostrava). Widać i słychać jeszcze większą znajomość tekstów, a namioty, w których występuje, są wypełnione. Tym razem miał nawet scenografię składającą się z nadmuchiwanych elementów – myślę, że sceny główne są coraz bardziej w jego zasięgu.

 

Ventolin
zdj. Pohoda Festival / Jakub Dolezal

 

Poprzednie dwa koncerty tak mnie zmęczyły, że połowę kolejnego postanowiłem obejrzeć z trybuny siedzącej ulokowanej na lewo od main stage (to duża zaleta tej sceny). A warto było mieć siłę na całość, bo Baxter Dury podobał mi się dużo bardziej niż dwa lata temu na OFFIE. Duża w tym zasługa udanej ostatniej płyty, która wybrzmiała w Trenczynie prawie w całości. Podczas tego występu uświadomiłem sobie też, jak wiele Baxter zawdzięcza swoim muzykom koncertowym, którzy odpowiadają za transową taneczną ścieżkę dźwiękową do jego sarkastycznych tekstów. Dury nie jest przecież jakimś dobrym wokalistą, do formuły spoken word wystarcza mu w zupełności solidna dykcja. Poza tym biega przez cały występ w poprzek sceny i szarpie się za ubranie. Większe wyrazy uznania należą się jego sekcji rytmicznej odpowiadającej za pulsujące rytmy, a największe wokalistce obsługującej instrumenty klawiszowe, bo z obydwu zadań wywiązuje się wzorowo. I wnosi tym wiele elegancji do całego występu, tworząc kontrapunkt dla nieokrzesania Baxtera. Podoba mi się kierunek, w jakim zmierza jego twórczość – większe zwrócenie się ku elektronice na pewno uatrakcyjnia jej prezentację na żywo.

 

Baxter Dury
zdj. Pohoda Festival / Barbara Koll

 

Podczas kolejnego koncertu mogłem wreszcie w pełnej krasie zobaczyć chyba jedyną na festiwalu scenę o charakterze 360°. Café Kušnierik działa na Pohodzie już od wielu lat, ale po raz pierwszy przyjęła formę koła umieszczonego pośrodku częściowo zadaszonej kopuły. Dzięki temu występujące na niej zespoły mogą zwracać się w dowolną stronę, a publiczność może dosłownie otaczać artystów. Ma to swoje ograniczenia przy koncertach okołorockowych, bo jednak perkusista nie może być tak mobilny jak pozostali muzycy, ale pozostali w zasadzie nie mają ograniczeń. I – co ważne przy okazji występu Tramhaus – publika też nie. Energetyczny post-punk grany przez tych sympatycznych Holendrów sprzyjał nie tylko klasycznemu pogo, ale i circle pitom, które właśnie z uwagi na specyfikę tego miejsca tworzyły się wokół sceny. Widok jakiejś połowy osób wewnątrz kopuły biegających dziko dookoła członków zespołu był imponujący. Sami muzycy chyba też to docenili, bo uśmiechy nie schodziły z ich twarzy. Tramhaus to zresztą szalenie sympatyczni ludzie – czasem jeden rzut oka na kogoś wystarczy, żeby go polubić – a w tej grupie taką aparycję mają dosłownie wszyscy. Jeżeli chodzi o ich repertuar, sytuacja wyglądała tu podobnie do Fat Dog, bo sporo miejsca było poświęcone na materiał z niewydanej jeszcze płyty, ale nie zapomnieli też o debiucie, z którego poleciało aż 8 numerów.

 

Tramhaus
zdj. Pohoda Festival / Jaroslav Reich

 

Kolejny slot był chyba jedynym poważnym dla mnie clashem festiwalowym. Bardzo lubię muzykę Hildur Guðnadóttir, szczególnie te bardziej drone’owe soundtracki do drugiej części „Sicario” czy „Chernobyl”, ale stwierdziłem, że chyba nie mam nastroju słuchać w środku letniego festiwalu refleksyjnej muzyki filmowej. I dlatego wróciłem na main stage na Lykke Li, której w przeciwieństwie do Hildur – nigdy jeszcze nie widziałem. Zadziałała chłodna kalkulacja i wybrałem artystkę, której nigdy za bardzo nie słuchałem. To był moment na lekki odpoczynek po serii poprzednich żywiołowych koncertów. Choć alternatywny pop proponowany przez Szwedkę ma taneczny potencjał, to w porównaniu do tego, co działo się wokół mnie przez ostatnie godziny, tempo wyraźnie zwolniło. Jeżeli wcześniej miałem do czynienia z bliskością i kontaktem z artystami, tu pojawił się dystans i wyobcowanie. Na scenie znajdowały się przykryte foliami rusztowania i wszechobecny plastik, bo z tego materiału wykonane były zarówno płaszcz Li, jak i płachty zasłaniające podest, główny telebim i inne elementy. Między innymi to sprawiło, że towarzyszący wokalistce dwaj muzycy wyglądali bardziej jak kolejne rekwizyty. Ich statyczność podkreślała jeszcze sama Lykke, która była o wiele bardziej mobilna, w miarę postępu koncertu odsłaniając coraz częściej płaszcz i włączając do swoich układów więcej ruchów pełnych seksapilu. Jeżeli chodzi o repertuar, to było dość przekrojowo, bo swojej reprezentacji doczekał się każdy z 6 albumów artystki – z drobną przewagą tegorocznego, bo z „The Afterparty” poleciały 3 numery. Ale oczywiście największy aplauz zebrały hity z samej końcówki show: „sex money feeling die”, „Get Some” i „I Follow Rivers” z refrenem odśpiewanym chóralnie przez publikę. Domyślam się, że specyficzna barwa głosu Lykke Li nie wszystkim może się podobać, ale ponieważ lubię ten typowo skandynawski styl wokalny, tylko kilka razy podczas tego koncertu zastanawiałem się, co w tym czasie na EUrópa Stage gra Hildur.

 

Lykke Li
zdj. Pohoda Festival / Barbara Koll

 

Rozochocony występem Tramhaus na Café Kušnierik, wróciłem na tę scenę, by zobaczyć, co pokaże na niej serbska grupa KOIKOI. Choć podobnie jak Holendrów też można podpiąć ich gatunkowo pod post-punk, grają muzykę bardziej wielowymiarową i różnorodną stylistycznie niż Tramhaus. I chyba nawet nie będę tu wymieniał wszystkich wpływów, bo każdy kawałek musiałbym opisywać osobno. Z jednej strony ten miszmasz gatunkowy potrafił przykuć uwagę do samego wsłuchiwania się w poszczególne kompozycje, a z drugiej działało to scenicznie i potrafiło zaangażować do zabawy. W tym czteroosobowym składzie mikrofonu nie obsługuje tylko perkusista. I choć głównym wokalistą wydaje się gitarzysta Marko, to udział w partiach śpiewanych basistki Emiliji i obsługującej też syntezator gitarzystki Iki jest na tyle duży, że nie ograniczałbym ich roli do funkcji chórzystek. Szczególnie słychać to było w utworach z debiutanckiego „Pozivi u stranu”, w których pojawiają się kolektywne partie śpiewu o ludowym charakterze. I choć gros numerów poleciało z zeszłorocznego „O sreći u snovima”, to najwięcej emocji wzbudziła rozszerzona do 20 minut wersja „Misisipi” z debiutu. Napisać, że była improwizowana, to mało – na scenie pojawił się na kilka minut wyciągnięty z tłumu przypadkowy fan, który przejął gitarę Marka, by zagrać rozciągniętą solówkę. Ten występ to był kolejny tego dnia bardzo euforyczny moment Pohody.

 

KOIKOI
zdj. Pohoda Festival / Monika Ruman

 

To była dobra rozgrzewka przed najważniejszym dla mnie punktem piątkowego programu. Po wielu latach wreszcie miałem okazję zobaczyć występ jednego z moich ulubionych amerykańskich raperów. Denzel Curry nie przeciągał oczekiwania fanów żadnym minisetem didżejskim, tylko praktycznie od razu pojawił się na scenie, jak w zegarku wypełniając przyznany mu godzinny slot. Bardzo szczelnie napakował te 60 minut swoimi hitami pochodzącymi w dużej mierze ze świetnego mixtape’u „King of the Mischievous South Vol. 2” (aż 7 numerów – m.in. moje ulubione „G’z Up” i „Black Flag Freestyle”). Sięgnął też po kilka starszych rzeczy, jak „Threatz” czy „Ultimate”, oraz 3 utwory z płyt „TA13OO” i „Zuu”. Żałuję za to, że był tylko jeden kawałek z ostatniego regularnego albumu, jednej z najlepszych płyt 2022 roku – „Melt My Eyez See Your Future”, choć z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że ten spokojny jak na Denzela materiał mógłby niekoniecznie pasować do energetycznych, typowo imprezowych propozycji, jakie dominowały w jego secie tego wieczoru. Choć koncert nie miał praktycznie żadnej scenografii, główny telebim wyświetlał tylko wizualizacje i fragmenty teledysków, a na scenie byli wyłącznie rapujący Denzel i obsługujący konsolę dj, to dla mnie był to jeden z najlepszych występów festiwalu. Czasem nic więcej nie trzeba – porządnie napisane i wykonane kawałki bronią się same.

 

Denzel Curry
zdj. Pohoda Festival / Jaroslav Reich

 

Po ostatnim slocie na największej scenie przyszła pora sprawdzenia tej najmniejszej. Mowa tu o Garážu, czyli – jak sama nazwa wskazuje – betonowym budynku, który jest w stanie pomieścić co najwyżej jeden samochód osobowy. Oczywiście ten garaż jest miejscem, w którym muszą ulokować się występujący w nim artyści razem z cały sprzętem nagłaśniającym i oświetleniowym. Zaraz przy wyjściu z niego znajduje się barierka, gdzie mogą zgromadzić się szczęśliwcy, którym dane będzie cokolwiek zobaczyć. Taka wymyślność aranżacyjna może się podobać, jeśli chodzi o pomysł – niestety większy problem pojawia się, jeżeli chcemy już obejrzeć sobie taki występ. Nie miałem akurat jakiegoś kłopotu z wysłuchaniem większej części setu Low Kunst Crew, bo jakoś szczęśliwie pojawiłem się przy samej bramie zaraz przed startem. Ale szczerze mówiąc, obejrzałem ten koncert bardziej z ciekawości przeżycia gigu przy tej scenie, sama muzyka Słowaków jakoś mnie nie porwała. Ich mieszanka squatowego rapu i punka była dla mnie zbyt niedbała w jakości tak brzmieniowej, jak i podawczej, dlatego pisząc te słowa około miesiąc po samej imprezie – niewiele z niej pamiętam.

 

zdj. Pohoda Festival / Ondrej Koščík

 

Po jakichś dwudziestu minutach poszedłem więc sprawdzić, co w tym czasie kombinował za konsolą Iglooghost w namiocie ESET Science Aréna. A działo się tam naprawdę sporo, zresztą eksperymentalne podejście tego sympatycznego Brytyjczyka do dekonstrukcji jego lokalnej muzyki basowej podoba mi się również w wersji studyjnej. I choć brzmienie, jakie osiągnął w tej najlepiej urządzonej wizualnie scenie namiotowej, mogło naprawdę imponować, to tu pojawił się dla mnie problem odwrotny niż w przypadku poprzedniego występu – wszystkiego było za dużo. Bogactwo dźwięków już zaczęło mnie o tej drugiej w nocy przytłaczać. Pół godziny musiało mi wystarczyć, ale po drodze do spania postanowiłem jeszcze obejrzeć kawałek kolejnego występu w Garážu. Tym razem mi się nie udało, bo gig Marhule przyciągnął do tej małej klitki tak liczną publikę, że nie było nawet opcji podejścia na tyle blisko, by posłuchać tego koncertu, a co dopiero cokolwiek zobaczyć. Widziałem nawet śmiałków, którzy zdesperowani wdrapywali się na budynek i próbowali zajrzeć do środka od góry. Przyznam, że trochę zirytowała mnie cała ta sytuacja. Scena Garáž to inicjatywa wywodząca się ze środowisk lewicowych i anarchistycznych, gdzie chodzi przecież o równość i egalitaryzm. Natomiast część koncertów była dostępna tylko dla maksymalnie kilkunastu osób, które przyszły odpowiednio wcześniej, poświęcając tym samym inne wydarzenia na terenie festiwalu. Skoro tylko nieliczni mogli oglądać te występy, można by powiedzieć: elita – gdzie tu cały sens wspólnej zabawy? Ja go nie widziałem, w przeciwieństwie do kilkunastu pozostałych scen na Pohodzie.

 

Sobota – 11 lipca

Choć poprzedni dzień zakończył się dla mnie niezbyt przyjemnie, wynagrodził mi to pierwszy w ASs koncert tego dnia, będąc największym dla mnie odkryciem festiwalowym. Praski duet P/\ST dał zaskakująco udany show w tym największym na Pohodzie namiocie. Aż trudno było uwierzyć, że za całe masywne brzmienie tego projektu odpowiadała jedna osoba, czyli Ivo Sedláček, który oprócz stworzenia całej produkcji muzycznej grał na żywo na gitarze basowej. Cała ta ścieżka stanowiła podkład dla rapowych opowieści Jana Kranicha. Choć czeskiego języka też nie znam, o dziwo zupełnie mi to nie przeszkadzało – energia tego sympatycznego projektu i tak mi się udzielała, często też pomocne w podstawowej interpretacji kawałków były rozbudowane wizualizacje, które podpowiadały tematykę utworów. Mimo że pojawiało się w tej warstwie sporo humoru, muzyka P/\ST to ciężki kaliber – trochę leniwym, ale wskazującym jakiś trop porównaniem byłby występujący na tych deskach rok temu JPEGMAFIA. Obydwa te projekty stawiają studyjnie na eksperymentalne brzmienie, a na żywo na intensywność i wzmacnianie ciężaru utworów gitarami. W setliście dominował wydany parę miesięcy temu album „Fotr”, a sam koncert zleciał bardzo szybko, pokazując, że warto sprawdzać też lokalne propozycje na festiwalu, a nie tylko uznane zagraniczne gwiazdy.

 

P/\ST
zdj. Pohoda Festival / Monika Ruman

 

Kolejny akapit chciałbym poświęcić największym stałym bywalcom spośród artystów Pohody. Holenderzy z Bazzookas świętowali w tym roku swoje dziesięciolecie. Ale nie założenia zespołu – ten istnieje już niemal 20 lat – a historii występów na słowackim festiwalu. Ta wesoła gromada przyjeżdża do Trenczyna już od 2016 roku specjalnym busem, który zamienia się w jedną ze scen, uwzględnioną zresztą w oficjalnych rozpiskach i harmonogramach festiwalowych. I są oczywiście wyłączną atrakcją takiej sceny, na której potrafią grać nawet trzy razy dziennie każdego dnia. Można by pomyśleć, że może się to nudzić głodnym coraz to nowych wrażeń festiwalowiczom, ale okolice wesołego pojazdu Bazzookas były podczas ich występów gęsto oblegane. Przynajmniej wtedy, kiedy choćby z daleka rejestrowałem fragment takiego koncertu. Raz udało mi się nawet spędzić z nimi cały ich półgodzinny set, właśnie po opisywanym wyżej duecie P/\ST. Trafiłem akurat na występ specjalny, podczas którego członkowie grupy ze swoimi instrumentami rozproszyli się wśród publiczności i na improwizowanych podwyższeniach wykonywali swoje partie. Choć grana przez nich muzyka w stylu ska w ogóle do mnie nie trafia, nie sposób odmówić im uroku i zdolności do wprowadzania jednoznacznie pozytywnej atmosfery wśród odbiorców. Dorobili się nawet swoich wiernych fanów na festiwalu – widziałem wśród publiki jednego pana, który przetańczył cały koncert, wymachując nad głową ręcznie przez siebie wykonaną repliką busa Bazzookas (wyglądała na efekt wielogodzinnej pracy). Odwiedzając Pohodę, warto ich zobaczyć chociaż raz – to już chyba nierozerwalna część tamtejszego folkloru muzycznego.

 

Bazzookas
zdj. Anna Łuszczak

 

Choć słońce w festiwalową sobotę prażyło niemiłosiernie i warto byłoby znów schować się pod jakimś namiotem, trzeba było się poświęcić, bo na Orange Stage dość wcześnie tego dnia grał Kae Tempest. Ale mimo że warunki były bardzo niesprzyjające, to szybko o tym zapomniałem – cała moja uwaga skupiła się na jego przejmującym występie. Temu brytyjskiemu poecie towarzyszyła na scenie Private Joy, która odpowiadała nie tylko za samą obsługę podkładów, ale też za dogrywanie partii na syntezatorach i wspierający Kae’a wokal. Jakie czynniki złożyły się na jeden z najlepszych koncertów podczas tegorocznej Pohody? Właściwie to wszystkie, ale najważniejszym z nich było umiejętne prowadzenie całej narracji tego występu. Jeżeli spojrzymy teraz na koncertową setlistę, moglibyśmy przypuścić, że artysta wybrał 7 najmocniejszych numerów ze swojego ostatniego albumu, 9 najlepszych ze swoich czterech wcześniejszych płyt – i losowo to wszystko pomieszał. Z tym że w trakcie całego setu w ogóle nie czuło się przypadkowości. Miałem wrażenie, że każdy utwór przechodzi płynnie w kolejny, a wszystko jest tu naturalną częścią jednej historii. Nie przesadzam też, jeżeli chodzi o jakość wszystkich kompozycji. Świetnie wybrzmiały zarówno nowsze, typowo hip-hopowe produkcje Frasera T Smitha z zeszłorocznego „Self Titled”, jak i starsze, bardziej abstrakcyjne podkłady Dana Carey’a. Choć jest między nimi różnica, zupełnie się ze sobą nie gryzły, a przecież przeplatały się przez całą godzinę. Kae słynie z zaangażowanych społecznie tekstów, ale jest to wszystko podane bez nachalnego umoralniania. I to mimo naprawdę wysokiego stężenia emocji w warstwie wokalnej, zarówno w pełnych groove’u rapowanych partiach, jak i tych bardziej stonowanych w formule spoken word. I choć tematy, które podejmuje poeta, nie są łatwe i rozrywkowe, miałem przez te 60 minut wrażenie, jakby całe zło tego świata zniknęło – triumfowało dobro płynące ze sceny. To był zaraz obok The Cure najbardziej dla mnie wzruszający moment tegorocznej Pohody.

 

Kae Tempest
zdj. Pohoda Festival / Mária Karľaková

 

Tak, jak spodziewałem się udanego występu po tym opisywanym wyżej, tak miałem pewne obawy co do następnego na scenie głównej. Po wielu latach miała powrócić do Trenczyna dziś już trochę zapomniana Emilíana Torrini. Ta raczej mało aktywna artystka wydała w latach 00. dwa całkiem niezłe albumy, ale jej późniejszą twórczość uważam już za średnio udaną. Wprawdzie większość utworów zagranych tego wieczoru pochodziła z tego ciekawszego dla mnie okresu, ale niestety już nie były tak dobrze wykonane wokalnie. Może same piosenki się nie zestarzały, ale miałem wrażenie, że Emilíana już nie czuje ich tak, jak te 20 lat temu. Miałem wrażenie, że trochę ożywiała się przy nowszym materiale, który zresztą dość często (i za długo) zapowiadała. Problem tylko w tym, że wyraźnie odstawał jakością od utworów z „Fisherman’s Woman” czy „Me and Armini”. Trochę dziwny był też zespół Torrini, którego członkowie z jakichś powodów często zamieniali się instrumentami do wykonywania tych niezbyt skomplikowanych piosenek. Muzycy wydawali się też trochę niepewni w swoich poczynaniach, ale trudno im się dziwić, skoro sama liderka sprawiała wrażenie onieśmielonej. Była zresztą zdziwiona wielkością sceny, na jakiej przyszło jej wystąpić, a w pewnym momencie przestraszyła się… samej siebie, gdy na chwilę odwróciła się i spojrzała na centralny telebim. Tak, jak występ Kae Tempesta był highlightem tegorocznej edycji Pohody, tak koncert Emilíany Torrini był jednym z jej większych rozczarowań.

 

Emilíana Torrini
zdj. Pohoda Festival / Tomáš Kuša

 

W ogóle ostatni dzień był chyba najmniej gęsty, jeśli chodzi o ilość wykonawców, których znałem przed startem imprezy. Poza kilkoma nazwami, zdawałem się w swoich wyborach na opisy organizatora i pobieżne przesłuchiwanie najpopularniejszych singli, co pozwoliło mi na zrobienie sobie dłuższej przerwy przed jednym z takich artystów, który fajnie brzmiał „na papierze”. Native James to brytyjski raper, który występuje z trzyosobowym zespołem odpowiedzialnym za tworzone na żywo podkłady, dając w rezultacie rapmetalową mieszankę. Mnie jego propozycja za bardzo nie porwała, ale tłum zgromadzony w namiocie ESET miał chyba inne zdanie, sądząc po ilości osób biorących udział w pogo, co chwilę tworzących na zmianę ściany śmierci i circle pity. Choć James nie ma jeszcze pełnego albumu studyjnego, zagrał niemal wszystko, co wypuścił do tej pory na epkach i singlach (a także cover System of a Down), przeciągając swój set aż do 70 minut. Chyba sam był pozytywnie zaskoczony odbiorem, jaki zgotowała mu słowacka publiczność. Tak się rozochocił, że mimo protestów obsługi technicznej wyciągnął swój zespół z backstage’u, by jeszcze raz wykonać na bis najnowszy singiel – „Never Been Scared”. Może pod względem muzycznym niewiele zapamiętałem z tego koncertu, ale dobrze wspominam samo show, jakie urządził Brytyjczyk.

 

Native James
zdj. Pohoda Festival / Dominika Scheibinger

 

Kolejni artyści, jakich przyszło mi oglądać, byli jeszcze większą niewiadomą. Namiot ASs jest dla mnie miejscem na Pohodzie, gdzie widziałem już wiele bardzo dobrych koncertów rapowych, więc dałem szansę mającemu następny slot Japończykowi. Yuki Chiba zaprezentował w pierwszej połowie swojego show materiał z dwóch całkiem odmiennych od siebie płyt w jego dyskografii. Zaczął występ od najpopularniejszego utworu ze swoim udziałem, czyli piosenki Megan Thee Stallion, „Mamushi”, by przejść później do płyty „STAR”, która jeszcze zawiera bardziej przebojowe i energetyczne trapowe numery, z jakimi Chiba jest kojarzony. Zaskoczony byłem tym, co stało się później, bo nagle klimat koncertu zmienił się o 180 stopni. Artysta zaczął śpiewać delikatnym falsetem do bardzo łagodnych ambientowych podkładów. Początkowo myślałem, że mamy do czynienia z jedną balladą do ochłonięcia po poprzednich kawałkach, ale Yuki wykonywał kolejne utwory utrzymane w tej stylistyce. Później, gdy sprawdzałem pobieżnie jego twórczość, okazało się, że wydał całą taką płytę („Eien”) i właściwie to tak się aktualnie wyraża artystycznie. Choć byłem trochę ciekaw, jak ten koncert się dalej potoczy, chciałem też sprawdzić grających w tym samym przedziale godzinowym na Café Kušnierik starszych panów z grupy Chór vážskych muzikantov. To ważny lokalny zespół, i to dosłownie – są z Trenczyna, a powstali w 1980 roku. I tak też zostali odebrani przez zgromadzoną wokół sceny publiczność, widać było, że mają tu odbiorców, którzy znają wydawane przez zespół w ciągu tych wszystkich lat albumy. No cóż, ja nie należałem do tego grona i przyznam, że trochę mi się nudziło. Nie mam jakichś konkretnych zastrzeżeń do tego występu – po prostu mi przeleciał, gdy czekałem już na headlinera tego dnia.

 

The Prodigy
zdj. Pohoda Festival / Jakub Dolezal

 

The Prodigy byli dla mnie nie lada gratką. Widziałem ich tylko raz, z beznadziejnym nagłośnieniem w trakcie Orange Warsaw Festival w 2012 roku. Na całe szczęście, już na wstępie mogę napisać, że koncert na Pohodzie 2026 stał o kilka klas wyżej. I to pomimo braku najbardziej charakterystycznego członka grupy, czyli zmarłego w 2019 roku Keitha Flinta. Nie chcę tu w żaden sposób umniejszać nieobecnemu już pośród nas artyście, ale chociaż przez swój charakterystyczny image stanowił znak rozpoznawalny The Prodigy, nie miał realnego wpływu na brzmienie zespołu. Był jednym z wokalistów oraz tancerzem, ale to Liam Howlett jest mózgiem formacji i twórcą całej muzyki. Drugi z wokalistów, Maxim, został sam na stanowisku, ale na Pohodzie pokazał, że wywiązuje się ze swojej roli wzorowo. Poza śpiewaniem pełnił funkcję MC całej imprezy, zachęcał publikę do interakcji, a na scenie był wszędobylski. I nie tylko na niej – fajnym gestem z jego strony był spacer pod fosą do platformy dla osób z niepełnosprawnościami, gdzie z każdym zbił piątkę. The Prodigy nie próbują gonić trendów i wymyślać się na nowo – zdecydowaną większość ich setlisty stanowiły stare sprawdzone numery, z dominacją tych z „Music for the Jilted Generation” i mojej ukochanej „Invaders Must Die”. I choć mieli bogatą oprawę wizualną – dwa wielkie pistolety strzelające snopami świateł, wiązki laserowe, rozbudowane wizualizacje (wielki plus za rozedrganą konturową postać Flinta podczas „Firestarter”) – to ich muzyka spokojnie obroniłaby się sama, tym bardziej, że była jeszcze umiejętnie wzmacniana żywymi instrumentami – gitarą i perkusją. Wprawdzie napięcie trochę siadało przy kawałkach z dwóch nowszych albumów (w sumie 4), ale gdy słyszałem choćby te kwaśne główne motywy klawiszowe w „Omen” czy „Invaders Must Die”, już nie mogłem ustać w jednym miejscu. To było bardzo intensywne 75 minut i naprawdę solidne zakończenie regularnego programu głównej sceny tegorocznego festiwalu.

 

Krtko Bain
zdj. Pohoda Festival / Jakub Dolezal

 

Przyszła pora na żegnanie się z kolejnymi scenami. Przy Café Kušnierik spędziłem tylko 20 minut, bo Edúv Syn zmęczył mnie o tej porze swoją propozycją. Mimo że zazwyczaj lubię taki płaczliwy rap, tutaj odbiłem się od artysty przez barierę językową i ogólną coraz słabszą własną kondycję (przypominam, że piszę tu o końcu czwartego dnia Pohody). Odwrotnie, ale z podobnym rezultatem było w namiocie ESET. Set SHERELLE był tam naprawdę porządny, ale jej energetyczna mieszanka footworku i drum and bassu to było aż za dużo na moją głowę – też wytrzymałem tylko 20 minut. Ale na sam koniec trafiłem na występ, który przypasował mi idealnie. Dzięki temu, że pojawiłem się 5 minut przed startem koncertu pod Garážem, miałem w miarę dobre miejsce, by obejrzeć kolejny interesujący słowacki zespół. Okazało się, że Krtko Bain mają nie tylko fajną nazwę, ale grają też całkiem niezłą muzykę. Choć powoli budowali swoje kompozycje, w ich zapętlających się motywach gitarowych od początku czuć było napięcie. Dźwięki przez nich generowane zdawały się powoli wychodzić z tej małej betonowej klitki, w jakiej się znajdowali, ale gdy już złapały – nie puściły do samego końca. Pokazali, że można w interesujący sposób połączyć atmosferyczne gitarowe poszukiwania z bardziej dramatycznymi hałaśliwymi zrywami. Ten koncert udowodnił tylko, że Pohoda jest festiwalem, na który jeździ się nie tylko dla headlinerów, ale również by odkrywać mniej znanych słowackich (i nie tylko) artystów. Tych pierwszych można złapać przecież na całym świecie, tych drugich… kto wie, czasem jedyna okazja może nadarzyć się właśnie w Trenczynie.

 

zdj. Anna Łuszczak

 

Adrian Pokrzywka

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020