Czy można zrobić trzeci album z rzędu o stresie, pieniądzach, blokach i przeszłości, a mimo to nie zanudzić słuchacza? Otsochodzi postanowił sprawdzić to na własnej skórze. „RIOTT” nie przynosi wielkiej rewolucji w jego tekstach, ale pod względem muzycznym pokazuje, że Miłosz i lohleq nadal mają sporo pomysłów na to, jak wycisnąć coś więcej z dobrze znanej formuły. Ten siódmy studyjny album Otsochodzi (Miłosza Stępnia), wydany w wytwórni 2020 został wcześniej zapowiedziany pięcioma singlami: „NIC NIE MIJA”, „za tten rap”, „WIĘCEJ NIEBA”, „GIŃ ZA MNIE” i „RIOTT”.
Promocja projektu rozpoczęła się 13 stycznia 2026 roku od relacji na Instagramie Miłosza, w której poznaliśmy również jego tytuł. Na albumie pojawiają się m.in. Oki, Taco Hemingway, Wini, Włodi, Cichoń, Kuban i AG, a za produkcję ponownie odpowiada lohleq, znany ze współpracy przy „TTHE GRIND”. „RIOTT” jest jednocześnie zamknięciem trylogii „Tarcho Terror” – serii zakorzenionej w warszawskiej dzielnicy, w której Miłosz dorastał i do której regularnie wraca w swojej twórczości.
Lirycznie nowy projekt Otso jest albumem dość monotematycznym i introspektywnym. Mam wrażenie, że od „TTHE GRIND” niewiele się tutaj zmieniło. Stres, pieniądze, blok, przeszłość i próba poradzenia sobie z tym wszystkim wracają właściwie przez cały album.
„Boże, weź stres ode mnie”
– „WIĘCEJ NIEBA”
„Zdejmij stres ze mnie, zdejmij”
– „NIC NIE MIJA”
„Śmigam tak samo po bloku, jak mam pitos
Tak samo, jak była bieda”
– „WIĘCEJ NIEBA”
„Niewiele dały mi bloki, oprócz charakteru, oprócz fobii”
– „RIOTT”
Oczywiście w hip-hopie śpiewanie o pieniądzach, życiu „lavish” i wyrastaniu z bloków nie jest niczym nowym. Problem pojawia się wtedy, kiedy artysta praktycznie robi o tym trzeci album z rzędu. W pewnym momencie zaczyna być to po prostu nużące. I paradoksalnie właśnie tutaj spodziewałem się największego problemu tej płyty. Obawiałem się, że Otsochodzi zamknie się w bańce „świeżości”, której moim zdaniem mamy obecnie w Polsce delikatny przesyt. To było świetne, kiedy Oki na „ERA47” nie bał się krzyknąć, a Sobel na „W ZWIĄZKU Z MUZYKĄ” budował klimat utworów na własnych odgłosach. Na szczęście „RIOTT” nie idzie aż taką drogą. Miłosz nawija z dużym luzem i naturalnym polotem, a produkcja nie opiera się wyłącznie na rage’owych syntezatorach. lohleq sięga po sporo sampli, dzięki czemu album, mimo swojej energii, nie brzmi jak próba odtworzenia każdego aktualnego trendu naraz.
Największą siłą tego projektu jest dla mnie produkcja. Nie jest to album, przy którym co trzydzieści sekund myślę „czegoś takiego jeszcze nie słyszałem”. Jest za to bardzo dużo rzeczy, które są po prostu dobrze przemyślane. Producent nie zamyka się w typowych dla trapu czterotaktowych loopach. Każda kompozycja ma swoje małe elementy, które stopniowo pojawiają się i znikają.
Dobrym przykładem jest mój faworyt z całego albumu – „SŁOWA BOLĄ”. Utwór bazuje na melodii wyrwanej niemal prosto z muzyki elektronicznej. Szeroki wokalny miks Piotra Zegzuli i sposób prowadzenia głosu Otsochodzi dodają numerowi pazura. Perkusja pozostaje stosunkowo klasyczna: spinzowy bas 808, szybki cykacz i werbel co pół taktu. Z czasem dochodzą vox chopy, skrzypce i pady. Niby nic szczególnie rewolucyjnego. A jednak wszystko jest na swoim miejscu. Do tego dochodzi zwrotka AG, który (mówiąc całkowicie nieobiektywnie, bo jest jednym z moich ulubionych raperów z „polskiego podziemia”) bardzo dobrze odnajduje się w tym numerze. Nie odstaje poziomem od gospodarza, co przy tak mocno zaznaczonej obecności Otsochodzi wcale nie jest oczywiste. „SŁOWA BOLĄ” ma też jeden z ciekawszych klimatów na całym albumie. Jest delikatnie mroczny, trochę jak nocna podróż samolotem i oglądanie oddalających się świateł miasta, z którego właśnie się odlatuje.
I właśnie takich momentów jest na „RIOTT” sporo. Nie każdy rzuca się w uszy przy pierwszym odsłuchu, ale im bardziej wsłuchujemy się w produkcję, tym więcej można tam znaleźć. To zresztą dobrze pokazuje największą zaletę lohlqa: potrafi ubrać dużą ilość detali w brzmienie, które nadal jest łatwe do przyswojenia. Ostatnio w mainstreamie często utwory kończą się na banalnym zapętleniu. Przy „RIOTT” natomiast produkcja jest znacznie bardziej złożona, ale nie przeszkadza to w zwykłym słuchaniu.

Ciekawym momentem jest „HALO?”, gdzie pojawia się Taco Hemingway. Chemię i charakterystyczny klimat Miłosza i Filipa mogliśmy usłyszeć już w przeszłości. W tym numerze czuć to już od pierwszej zwrotki. Przez chwilę miałem wrażenie, jakbym wrócił do „Nowego koloru” sprzed dziewięciu lat. Oczywiście brzmienie jest dziś zupełnie inne, ale pewien klimat pozostał. Sam utwór zabawnie zgrywa się też z tegorocznym trendem „2026 to nowy 2016”, choć „Nowy kolor” wyszedł przecież w 2017. „Zdobyłem szczyt i wciąż mi mało”. Taco świetnie podsumowuje tym swój udział w numerze. Jako artysta nie musi już niczego udowadniać. Pomimo to dorzuca jeszcze nawiązanie do „Tak to leciało?”: „Znowu myślałeś, że nie zrobię feat na RIOTT, chyba was poj*bało”. Takie smaczki tylko dodają numerowi charakteru i pokazują, jak dobrze Taco i Otsochodzi się ze sobą zgrywają. Chociaż nie będzie to chyba szczególnie kontrowersyjna opinia, uważam jego feat za najlepszy na całym albumie.
Widziałem opinie, że featuringi na „RIOTT” są zbyt różnorodne i odstają poziomem od Otsochodzi. Nie do końca mogę się z tym zgodzić. Fakt, praktycznie każda dogrywka jest pewną odskocznią od głównego nurtu albumu. Tyle że przy takiej energii, jaką prezentuje tutaj Miłosz, trudno go przebić. To jego album, jego klimat i jego trylogia. Goście niekoniecznie wypadają źle. Po prostu często są „normalni” w zestawieniu z gospodarzem.
Po skończeniu „RIOTT” nie miałem tego, co w japońskiej estetyce określa się mianem „yoin”, czyli stanu, kiedy film, album czy książka się kończy, ale człowiek jeszcze długo pozostaje pod ich wrażeniem. Wcale nie uważam tego za wadę. „RIOTT” nie jest albumem, który ma zostać ze słuchaczem przez melancholię. To muzyka nastawiona przede wszystkim na energię. Ma działać na koncercie, a niekoniecznie po wyłączeniu słuchawek. Po własnych doświadczeniach z koncertami Otsochodzi już teraz widzę pod sceną „koła” ludzi, przy „RIOTT”, „WIĘCEJ NIEBA” czy „HALO?”. I chyba właśnie w tym najlepiej rozumiem ten album.
Ostatecznie RIOTT jako zakończenie trylogii „Tarcho Terror” spełnia swoją funkcję. Nie uważam, że Miłosz powiedział tutaj lirycznie coś zupełnie nowego. Momentami wręcz powtarza te same tematy, które znamy już z poprzednich płyt. Ale muzycznie jest świadomy tego, co chce osiągnąć. To przede wszystkim album dla młodszej części słuchaczy, mniej więcej pokolenia 16-28 lat, które doskonale rozumie język tej muzyki. Ktoś nieobyty z nowym brzmieniem może usłyszeć w tym jedynie kolekcję onomatopei i prostych tekstów. Ale przy odrobinie otwartości można zauważyć coś więcej.
Otsochodzi jest dziś jednym z artystów, którzy realnie wpływają na to, jak wygląda polski mainstream. Nie chodzi nawet wyłącznie o muzykę. Jego przesadzone szerokie ubrania, blokowo-awangardowy wizerunek i świadome granie skrajnościami wpłynęły również na sposób, w jaki polskie pokolenie Z patrzy na modę i własny wizerunek. Co ciekawe, jeszcze przed trylogią „Tarcho Terror”, można było przeczytać, że Otsochodzi się „skończył” i zmarnował potencjał po sukcesie Nowego koloru. Kulturalne Media pisały nawet o tym, że ogromny sukces tamtej płyty miał go rozleniwić. Kilka lat później trudno nie zauważyć, jak bardzo zmieniła się jego pozycja.
Sam będę do „RIOTT” wracał. Nie dlatego, że jest to najbardziej przełomowy album Otsochodzi, jaki usłyszałem, ale dlatego, że brakowało mi w Polsce tego konkretnego klimatu hype’u, który Miłosz potrafi robić. A taka muzyka po prostu daje mi energię i chyba dokładnie o to tutaj chodzi.
Erik Zarbock