Dziesięć lat to w metalu wystarczająco długo, by kolejny album obrósł oczekiwaniami większymi niż sama muzyka. W przypadku Anthrax dochodzi do tego ciężar nazwiska i miejsce w Wielkiej Czwórce thrash metalu. „Cursum Perficio” łatwo mogło więc stać się płytą zbudowaną na bezpiecznych odwołaniach do własnej przeszłości. Dwunasty studyjny album Amerykanów okazuje się jednak znacznie ciekawszy. Już łaciński tytuł – dający się przetłumaczyć jako „kończę moją podróż” – brzmi niczym zapowiedź zamykania drzwi, lecz muzyka raz po raz temu przeczy. Krótkie „Persistence of Memory” prowadzi do ciężkiego i bardzo osobistego „The Long Goodbye”, później pojawia się klasycznie thrashowe „It’s for the Kids”, a niespełna godzinę później zostajemy z materiałem, który zamiast podsumowania kariery przypomina próbę zebrania jej najważniejszych języków w jeden, zaskakująco spójny słownik. To nie jest drugie „Among the Living” i na szczęście chyba nawet nie próbuje nim być. To Anthrax z 2026 roku: starszy, bardziej świadomy, momentami bardziej melancholijny, ale nadal zdolny do bardzo mocnego uderzenia. Sami muzycy podkreślają zresztą, że tytułu nie należy traktować jako jednoznacznej zapowiedzi końca działalności.
Ostatnią pełnowymiarową pozycją w dyskografii zespołu było „For All Kings” z 2016 roku – album potwierdzający, że powrót Joeya Belladonny nie był jedynie sentymentalnym epizodem. W kolejnych latach Anthrax nie zniknął: koncertował, świętował jubileusze i własną historię, a skład z Belladonną, Scottem Ianem, Charliem Benante, Frankiem Bello i Jonathanem Donaisem okrzepł do tego stopnia, że dziś trudno już patrzeć na Donaisa jak na „nowego” gitarzystę. Problem polegał raczej na tym, że świeża muzyka długo nie chciała nadejść. Benante przyznawał, że po „For All Kings” przez pewien czas zwyczajnie nie czuł potrzeby tworzenia następnego albumu, a Scott Ian mierzył się z blokadą przy pisaniu tekstów. Część pomysłów, które ostatecznie trafiły na „Cursum Perficio”, sięga jeszcze okolic 2015 roku, podczas gdy inne odnajdywano później niemal przypadkiem w archiwum demówek. Tak było choćby z „It’s for the Kids”. Wiele mówi to o charakterze całej płyty: nie powstała podczas jednego krótkiego przypływu weny, lecz z materiału narastającego przez lata i selekcjonowanego bez presji kalendarza.
Pierwotny plan zakładał rozpoczęcie poważniejszych prac nad następcą „For All Kings” około 2020 roku, lecz pandemia zatrzymała proces, zanim zdążył nabrać rozpędu. Dopiero gdy muzycy ponownie mogli spotkać się w jednym pomieszczeniu, projekt rzeczywiście ruszył. Od 2022 roku grupa skupiła się na nowych kompozycjach, a znaczną część nagrań zrealizowano w Studio 606 Dave’a Grohla. Za produkcję ponownie odpowiadał Jay Ruston, dobrze znający Anthrax z dwóch poprzednich albumów nagranych po powrocie Belladonny. W międzyczasie Benante zasiadł również za perkusją w reaktywowanej koncertowo Panterze, więc dekada dzieląca oba wydawnictwa z pewnością nie była okresem bezczynności. Jeszcze ciekawsza okazuje się geneza tytułu. Benante natrafił na łacińskie „Cursum Perficio” w dokumencie poświęconym Marilyn Monroe – fraza znajdowała się na płytkach przed jej ostatnim domem. W kontekście Anthrax zabrzmiała jak określenie drogi doprowadzonej do pewnego punktu, niekoniecznie zaś komunikat o rozwiązaniu zespołu. Podobnie funkcjonuje „The Long Goodbye”, napisane przez Iana po śmierci ojca, który przez osiem lat zmagał się z demencją. Motyw końca i pożegnania przewija się więc przez płytę nie jako tania zapowiedź emerytury, lecz jako refleksja nad czasem, stratą i tym, co pozostaje po czterdziestu pięciu latach grania.

„Cursum Perficio” jest przede wszystkim płytą bardzo świadomą własnej tożsamości. Nie ma tu nerwowej próby dogonienia młodszej sceny ani udawania, że od 1987 roku nic się nie wydarzyło. Anthrax sięga po swoje dawne środki, ale miesza je z doświadczeniami późniejszych dekad. „It’s for the Kids” to czterominutowy strzał skonstruowany dokładnie tak, jak powinien wyglądać klasyczny numer tej grupy: szybki, cięty, z potężnym refrenem i rytmem, który niemal sam projektuje pogo pod sceną. „Everybody’s Got a Plan” opiera się na cięższym groovie, a jego motyw wyrasta ze słynnego powiedzenia Mike’a Tysona o planie kończącym się wraz z pierwszym ciosem w twarz. Prawdziwy przełom przychodzi jednak wraz z „The Edge of Perfection”. Blisko siedmiominutowa kompozycja zaczyna się atmosferycznie, po czym blast beaty i niemal blackmetalowa faktura prowadzą Anthrax na teren, na który wcześniej grupa zapuszczała się znacznie ostrożniej. Co ważne, muzycy nie tracą przy tym melodii ani własnej tożsamości. Jeszcze inny biegun reprezentuje „NYC 93”: bardziej surowy, punkowo-thrashowy i zanurzony w pamięci o Nowym Jorku początku lat dziewięćdziesiątych. Właśnie ta rozpiętość okazuje się jednym z największych atutów albumu – „Cursum Perficio” przypomina katalog charakterystycznych cech Anthrax, ale ani przez chwilę nie brzmi jak katalog starych nagrań.
Największą siłą materiału pozostaje jednak fakt, że dobre pomysły nie kończą się na stylistycznych mrugnięciach do fanów. „The Long Goodbye” ma ciężar, którego nie da się sprowadzić jedynie do wolniejszego tempa; znajomość historii ojca Iana sprawia, że wcześniejsze, fortepianowe „Persistence of Memory” zaczyna funkcjonować niczym krótki prolog do opowieści o pamięci stopniowo wymykającej się spod kontroli. Tytułowe „Cursum Perficio” nie brzmi natomiast jak monumentalny napis „koniec”, lecz raczej jak moment zatrzymania się po drodze i spojrzenia na poniesione straty oraz odniesione zwycięstwa. Znakomicie wypada także Belladonna. Jego głos nadal pozostaje jednym z elementów wyróżniających Anthrax na tle klasycznego thrash metalu – potrafi wynieść melodię ponad gęsty riff, nie odbierając jej przy tym ciężaru. Donais dostał sporo przestrzeni na solówki, Bello jest świetnie słyszalny w miksie, a Benante po raz kolejny przypomina, że pozostaje nie tylko znakomitym perkusistą, lecz również jednym z głównych architektów muzycznego języka zespołu. Końcówka z „T.O.M.B.”, nerwowym „Watch It Go” i chwytliwym „My Victory” skutecznie podnosi temperaturę po bardziej rozbudowanym środku płyty. Szczególnie ciekawie wypada przy tym relacja między „Persistence of Memory”, „The Long Goodbye” i utworem tytułowym: pamięć, pożegnanie i domknięcie drogi tworzą luźną oś tematyczną materiału, nawet jeśli sami muzycy nie przedstawiają go jako concept albumu.
Nie wszystko działa jednak z identyczną siłą i właśnie dlatego trudno stawiać „Cursum Perficio” obok największych klasyków Anthrax. Po bardzo mocnym ciągu od „It’s for the Kids” do „The Edge of Perfection” tempo nieco zwalnia przy „Infectious”. To solidny, ciężki i zapewne bardzo skuteczny koncertowo numer, lecz w sąsiedztwie bardziej charakterystycznych kompozycji wypada odrobinę zachowawczo. Także sześciominutowy utwór tytułowy potrzebuje czasu, aby odsłonić wszystkie warstwy, dlatego podczas pierwszego odsłuchu może wydawać się nieco mniej bezpośredni. „Watch It Go” składa się z kilku bardzo dobrych sekcji, choć jego stop-startowa konstrukcja chwilami mocniej eksponuje kontrasty niż płynność przejść. Można również odnieść wrażenie, że Anthrax momentami chce pomieścić na jednej płycie zbyt wiele swoich twarzy – thrash, groove, melodie, punkową zadziorność i ciężar późniejszych lat – przez co materiał traci odrobinę natychmiastowości. Nie ma tu nowego „Caught in a Mosh” czy „Only”, które po jednym odsłuchu natychmiast staje się oczywistym punktem odniesienia. Są za to kompozycje zyskujące przy kolejnych kontaktach, a w przypadku zespołu z tak potężnym katalogiem trudno uznać to za poważny zarzut.
Ostatecznie „Cursum Perficio” robi chyba najważniejszą rzecz, jaką mogła zrobić płyta Anthrax po dziesięciu latach studyjnej ciszy: nie brzmi jak obowiązek. Nie jest dodatkiem do kolejnej trasy ani próbą udowodnienia, że muzycy po sześćdziesiątce nadal potrafią grać szybko. Nie muszą już niczego w tej kwestii dowodzić. Zamiast tego powstał album zespołu, który bardzo dobrze wie, skąd pochodzi, ale nie zamierza żyć wyłącznie własną legendą. Jest tu energia „Spreading the Disease” i „Among the Living”, melodyjność późniejszej ery Belladonny, ciężar doświadczeń z lat dziewięćdziesiątych oraz kilka rozwiązań brzmiących świeżo nawet według standardów samych muzyków. Tytuł mówi o ukończeniu podróży, lecz finałowe „My Victory” nie pozostawia obrazu pustej sceny i gasnących świateł. Bardziej przypomina grupę, która dotarła do miejsca pozwalającego obejrzeć całą przebytą drogę, a następnie jeszcze raz podłączyć wzmacniacze. Jeśli „Cursum Perficio” rzeczywiście okaże się ostatnim albumem Anthrax, będzie to godne domknięcie. Jeżeli nie – tym lepiej, ponieważ ten materiał daje wystarczająco dużo powodów, by czekać na kolejny rozdział. To po prostu bardzo dobry album: być może nie nowy pomnik w dyskografii Anthrax, ale zdecydowanie coś więcej niż tylko solidny powrót po dekadzie.
Szymon Pęczalski
Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.