„Wild God”, osiemnasty studyjny album Nicka Cave’a & The Bad Seeds, był dla mnie najważniejszą płytą 2024 roku. Mówi się, że czas zawsze weryfikuje nasze wybory. Jednak nawet dziś, niemal półtora roku po premierze, w swojej ocenie nie zmieniłbym absolutnie nic! To album, na którym Cave w zupełnie nowy sposób mierzy się z żałobą i traumą po śmierci swoich synów – tematem dominującym w jego twórczości w ostatnich latach. W przeciwieństwie do „Skeleton Tree”, „Ghosteen” czy „Carnage”, na „Wild God” rozpacz nie wylewa się z każdej nuty; zamiast niej pojawiają się nadzieja i odkupienie… a nawet radość… Nick Cave na tej płycie dosłownie przeobraża się, wibruje, promienieje. Obcując z tą muzyką, możemy mieć wrażenie, że jesteśmy świadkami jakiegoś oczyszczającego nabożeństwa prowadzonego przez charyzmatycznego, natchnionego kaznodzieję – którym Cave zawsze był. Ale każdy kaznodzieja potrzebuje swojej trzódki, potrzebuje tłumów, by móc je prowadzić, głosić kazania. Dlatego właśnie ostatecznym sprawdzianem dla „Wild God” miała być trasa koncertowa. Każdy kto widział formację na trasie promującej album – w Krakowie, Łodzi albo gdziekolwiek indziej… doskonale wie, jak wypadła na żywo. Wszyscy pozostali mogą to sprawdzić na nowym wydawnictwie „Live God”, zarejestrowanym podczas ubiegłorocznych jesiennych występów.
Historia stojąca za „Wild God” jest w kontekście „Live God” niezwykle istotna (zapraszam do przeczytania mojej recenzji tutaj). Nie wchodząc w szczegóły, Cave po tragicznej śmierci swoich dwóch synów pogrążył się w żałobie, która w ostatnich latach bezpośrednio wpłynęła i zdominowała jego twórczość. Kolejne płyty, począwszy od „Skeleton Tree” z 2016 roku, spowijał klaustrofobiczny, duszny klimat. Australijczyk coraz mocniej przesuwał swoją twórczość w stronę ambientu, porzucając swoje klasyczne brzmienie na rzecz coraz to śmielszych eksperymentów. Pewnym apogeum tego okresu był minimalistyczny dwupłytowy „Ghosteen”, zdominowany przez syntezatory oraz loopy. Do tego album był praktycznie pozbawiony perkusji (po tych wszystkich latach, dalej zastanawiam się co robił Thomas Wydler podczas sesji nagraniowych). Później wydano jeszcze „Carnage” podpisane już jako Nick Cave & Waren Ellis. Dzieło trochę bardziej dynamiczne, ale nadal pełne ambientowych pejzaży i melancholii. I tak dochodzimy do roku 2024 gdzie swoją premierę miał „Wild God”, album kompletnie inny od wszystkiego, co wydawał Cave w swoim żałobnym okresie. Płytę, na której wprost czuć tętniące życiem muzyczne przestrzenie oraz energię przywodzącą na myśl estetykę gospel. Chóry i rozbudowane aranżacje dosłownie stworzone, żeby grać je na żywo! No i zagrano…
„Live God” składa się z 18 utworów, z czego aż 8 pochodzi z „Wild God”. Jednak mimo tego, co mógł sugerować tytuł, najwyraźniej intencją Cave’a nie było zaprezentowanie materiału ze swojego ostatniego albumu w całości (a szkoda!). W zestawieniu zabrakło dwóch utworów – otwierającego „Song of the Lake” oraz „Final Rescue Attempt”. Co ciekawe, zarówno jeden, jak i drugi pojawiał się na tej trasie, dlatego zagadką dla mnie pozostaje, dlaczego nie zdecydowano się ich umieścić na płycie. Każdy, kto uczestniczył w którymś z koncertów, od razu zauważy, że zestaw jaki trafił na „Live God”, jest okrojony w stosunku do tego, który mogliśmy usłyszeć na żywo – przeciętny set składał się z 21-22 utworów. Może to jest związane z pojemnością płyty winylowej, a może powód jest zupełnie inny? Tego nie wiem… W każdym razie osobiście żałuję, że zdecydowano się pominąć właśnie „Song of the Lake” i „Final Rescue Attempt”.

Praktycznie każdy utwór z „Wild God”, jaki trafił na koncertówkę, jest jeszcze bardziej emocjonalny i sugestywny od wersji płytowej. Wystarczy posłuchać tytułowego ekstatycznego „Wild God”, nostalgicznego „Long Dark Night” czy sentymentalnego „O Wow O Wow (How Wonderful She Is)” nagranego ku pamięci Anity Lane. Czasem zespół w tych aranżacjach wprowadza tylko drobne zmiany, ale są też fragmenty, w których Cave & The Bad Seeds dosłownie odpinają przysłowiowe wrotki.
W „Conversion” formacja początkowo mozolnie i cierpliwie buduje napięcie, przywołując estetykę wcześniejszych płyt, aż wreszcie utwór eksploduje, a do Cave’a dołączają chórki. Właśnie w tej chwili znika dystans pomiędzy artystą a widownią – a my, którzy słuchamy tej kompozycji z głośników w domowym zaciszu, mamy wrażenie, jakbyśmy stali w samym środku tłumu, a wyciągnięty palec Cave’a był wymierzony prosto w nas. Kiedy pada to hipnotyczne „You’re beautiful”, nie brzmi ono jak fraza z piosenki, lecz jak zaklęcie. To właśnie ten moment najlepiej oddaje, jak doskonałym zespołem koncertowym jest dziś Nick Cave & The Bad Seeds… i jak dobre kompozycje wypełniają „Wild God”.
„Live God” przykuwa uwagę nie tylko kompozycjami z „Wild God”, to też zestaw klasycznych utworów formacji (zarówno tych nowszych, jak i z początku kariery) zagranych w trochę inny sposób. Moim zdaniem, najciekawiej wypadają te, gdzie klimat trasy mógł stanowić największą przeszkodę. Mowa oczywiście o kompozycjach ze „Skeleton Tree”, „Ghosteen” i „Carnage”. W tym kontekście moim faworytem jest zapierające dech w piersi „White Elephant”, które w tej wersji dostaje dodatkowego kopa. Emocjonalnym punktem kulminacyjnym „Live God” jest bez wątpienia kompozycja „O Children” pochodząca z podwójnego albumu „Abattoir Blues / The Lyre of Orpheus”. W kontekście tragicznych wydarzeń, jakie dotknęły Cave’a, utwór wybrzmiewa jeszcze bardziej, poruszając jak w momencie swojej premiery w 2004 roku, a potem w 2010, gdy drugie życie dostał przy okazji premiery „Insygniów Śmierci”. Do tego należy dołożyć niesamowitą solówkę, która sprawia, że dostajemy jedno z najlepszych wykonań tej kompozycji w historii. Na album trafiły też żelazne klasyki formacji z lat 80. („Tupelo” i „From Her to Eternity” – którego współautorką tekstu jest Anita Lane) oraz 90. („Papa Won’t Leave You, Henry”, „Red Right Hand” i „Into My Arms”), bardzo zgrabnie wkomponowane pomiędzy nagrania z „Wild God”.
„Live God” to album, który wiele zyskuje, gdy spojrzymy na niego w kontekście „Idiot Prayer” – powstałej w trakcie pandemii koncertówki, na której Cave występował samotnie przy fortepianie w opustoszałej londyńskiej hali Alexandra Palace. Minimalistyczne wykonanie i intymna atmosfera mogły być dla niektórych słuchaczy wręcz przytłaczające, ale właśnie w tym tkwiła największa siła „Idiot Prayer”. Płyty idealnie oddającej ducha tamtych czasów – pandemicznej izolacji i strachu przed nieznanym – jednocześnie podsycającej żałobny klimat „Skeleton Tree” i „Ghosteen”. Jednak te czasy już się skończyły… „Live God” to niemal całkowite przeciwieństwo „Idiot Prayer”.
Gdy zestawimy oba albumy, zobaczymy, że przepięknie się wzajemnie uzupełniają, niczym yin i yang. Na „Live God” każdy członek zespołu ma znaczenie – bez wyjątku. Należy dodać, że aktualne koncertowe wcielenie grupy to aż 11 osób (urocze zdjęcie muzyków można znaleźć po wewnętrznej stronie okładki). Biorąc pod uwagę sygnały na temat nadchodzącej trasy, wygląda na to, że Colin Greenwood, na stałe związany z Radiohead, zadomowił się w The Bad Seeds. I jeżeli plotki nie kłamią, jego bas usłyszymy również na przyszłorocznych koncertach (wliczając w to oczywiście Open’er Festival). Ale trudno się dziwić, bo formacja w tym wcieleniu jawi się jako zespół z krwi i kości, zdolny stworzyć energetyczną, dynamiczną całość. I właśnie dlatego „Live God” to album, który celebruje bliskość i siłę wspólnego grania, jednocześnie nie tracąc nic z intymnej emocjonalnej głębi – a materiał z „Wild God” daje muzykom pełne pole do popisu. Oczywiście są na „Live God” też fragmenty, na których zdecydowano się powrócić do bardziej minimalistycznego brzmienia, podobnego jak to na „Idiot Prayer”, gdzie Cave zasiada samotnie za pianinem. Wystarczy sięgnąć po „Into My Arms” – które znalazło się na obu koncertówkach. Jednak gdy dochodzimy do refrenu poprzedzającego wypowiedziane w stronę publiczności „Alright, Paris…”, po chwili usłyszymy odśpiewane na kilka tysięcy gardeł „Into my arms, oh, Lord”. Wtedy dopiero dostrzegamy największą różnicę pomiędzy obiema wersjami. Bo na „Live God” to właśnie fani są 12 członkiem grupy. I nie wolno o tym zapomnieć!
„Live God” tętni energią i dowodzi, że Nick Cave & The Bad Seeds dawno nie byli w tak znakomitej formie jak dziś. To zespół pełen pasji oraz twórczej odwagi, który swoją muzyką dalej potrafi sięgnąć w głąb słuchaczy i złapać ich za serce. Wbrew pozorom „Live God” nie jest jedynie koncertowym suplementem do znakomitego „Wild God”. Według mnie jest czymś znacznie ważniejszym: triumfalnym zwieńczeniem żałobnego okresu twórczości Cave’a, trwającego nieprzerwanie od 2016 roku. Być może najtrudniejszego czasu jaki przytrafił się w życiu 68-letniego artysty, będącego jednocześnie jego największym artystycznym triumfem!
Grzegorz Bohosiewicz
Zachęcamy też do przeczytania:
Recenzja płyty Nick Cave & The Bad Seeds „Wild God” (TUTAJ)
Relacja z koncertu Nick Cave & The Bad Seeds z 2024 roku w Łodzi (TUTAJ)
Relacja z koncertu Nick Cave & The Bad Seeds z 2022 roku w Krakowie (TUTAJ)
Recenzja płyty Nick Cave – „Idiot Prayer” (TUTAJ)
Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek. Płytę „Live God” możecie zamówić w różnych formatach w sklepie Mystic Production (tutaj)
Obserwuj nas w mediach społecznościowych: