Przed swoim pierwszym koncertem w Polsce (13 listopada 2026 roku w warszawskim Voodoo Club, org. Winiary Bookings), Neill Devin – wokalista niemieckiego darkrockowego zespołu Erdling opowiada o emocjach towarzyszących ich pierwszej trasie koncertowej, stresie przed graniem za granicą i realiach dzisiejszej branży muzycznej. Nie zabrakło wątków osobistych – od kulisów nagrywania płyt w trakcie pandemii, nienawiści do gry na pianinie po refleksje o podróżach i życiu na trasie. Zapraszam do lektury!
Kaja Ryszkiewicz: Czy to wasza pierwsza trasa?
Neill Devin: Z Erdling tak. Z moimi poprzednimi zespołami koncertowałem w wielu krajach. Mieliśmy sporo koncertów, ale to było 14 lat temu. Jestem podekscytowany, że znowu wydostanę się z Niemiec.
KR: Byłeś już wcześniej w Polsce?
ND: Tak, ale szczerze mówiąc – tylko na stacji benzynowej. Przekraczałem granicę parę razy, ale w Warszawie jeszcze nie byłem.
KR: Jest coś, co najbardziej chciałbyś zobaczyć w Warszawie?
ND: Tak, całe miasto. Ale możemy nie mieć czasu, bo jedziemy autokarem trasowym i dzień wcześniej przyjeżdżamy z Wiednia. Mam nadzieję, że uda mi się chociaż trochę zobaczyć miasto, ale przede wszystkim skupiamy się na koncercie.
KR: Jak się czujesz przed nadchodzącą trasą?
ND: Jestem podekscytowany, ale też trochę zestresowany. To nasz pierwszy raz z Erdling za granicą. Mieliśmy w zeszłym roku jeden koncert w Helsinkach, ale nasz perkusista jest z Finlandii, więc to nie było dla nas aż tak „zagraniczne”. W Czechach, Polsce, Węgrzech – startujemy od zera i naprawdę nie mogę się już doczekać. Nie jestem przyzwyczajony do mówienia po angielsku na scenie, bo zawsze gramy w krajach niemieckojęzycznych, to dla mnie coś nowego.
KR: Myślisz, że ludzie będą śpiewać wasze piosenki? Będą tam osoby, które będą znać tekst?
NB: Nie spodziewam się tego. Oczywiście bardzo chciałbym usłyszeć śpiewających ludzi, ale wiem też, że niemiecki nie jest najłatwiejszym językiem. Może piosenki, które ludzie kojarzą, jak „Mein Element” – to mogłoby przejść, ale będzie w porządku, jeśli nie będą śpiewać. Rozumiem to.
KR: Spodziewacie się pełnych sal?
NB: Nie wiem. Myślę, że na ten moment sprzedaliśmy niedużo biletów, może z 50, ale wiem, że czasy są teraz naprawdę ciężkie. W większości przypadków ludzie nie mają pieniędzy na koncerty, więc spodziewam się, że większość zdecyduje w dniu koncertu i najwyżej zapłaci przy wejściu. Tego samego doświadczamy też w Niemczech. Nasza przedsprzedaż spadła w ostatnich miesiącach o jakieś 40%, więc to problem, z którym boryka się teraz każdy zespół.
KR: Planujecie wydanie nowego albumu?
NB: Tak, zaczęliśmy nagrania już na początku tego roku, zrobiliśmy duże postępy. Wyszedł już jeden nasz singiel zatytułowany „Heute stirbt die Nacht”, a za dwa tygodnie pojawi się kolejny. Nazywa się „Schreit mich an”, czyli „Krzycz na mnie”. To naprawdę wyjątkowy utwór, bo śpiewam tam o oktawę wyżej. Mam trochę obaw co do wykonywania go na żywo, ale trzymajmy kciuki.
KR: Byłam kiedyś w chórze z moją mamą, a śpiewam znacznie niżej niż ona. I kiedy śpiewałyśmy razem, bardzo trudno było mi to robić, gdy stała tuż obok.
NB: W Erdling śpiewam bardziej w swojej skali głosu. Wyższej oktawy używam raczej do chórków w studiu. Nie robimy tego na scenie, ale tym razem nasz realizator dźwięku powiedział mi: „Nie, nie, nie, dasz radę. Po prostu to zrób”. Czułem się z tym dość niekomfortowo, ale myślę, że to dobra decyzja.
KR: Jak myślisz, jaki będzie kolejny krok dla waszego zespołu?
NB: Trudno powiedzieć. Oczywiście mamy nasz nowy album, który wychodzi latem. Mamy tę trasę, a kiedy się skończy, ogłosimy kolejną, która odbędzie się we wrześniu. Mamy nadzieję, że uda nam się załapać na więcej festiwali w przyszłym roku, w tym udało się zagrać na kilku bardzo fajnych. Nie mamy jakichś nierealnych, odklejonych celów, ale staramy się rozwijać.
KR: Widziałam, że jesteś w branży muzycznej już od jakichś 12 lat, prawda?
NB: Tak, nawet trochę dłużej.
KR: Czy masz momenty, do których lubisz wracać i które ukształtowały cię jako muzyka, którym jesteś dzisiaj?
NB: Tak. Parę dni temu dostałem pytanie: gdybyś mógł znowu spotkać samego siebie sprzed 12 lat, co byś sobie powiedział? I odpowiedziałem: nie patrz w lewo, nie patrz w prawo, po prostu rób swoje. Branża muzyczna potrafi być bardzo wycieńczająca, bardzo toksyczna. Kręci się tam mnóstwo narcyzów, mnóstwo menedżerów, którzy obiecują ci wszystko, a nie dostajesz nic. Nauczyłem się, że jeśli chcę to kontynuować, muszę patrzeć tylko na siebie. Trzymam przy sobie bliskich przyjaciół i to wszystko. Nigdy nie trać pasji i radości z tworzenia muzyki, bo nikt z nas od tego nie zgromadzi fortuny. Nie robimy tego dla pieniędzy. To nadal moja główna praca, jest ciężko, ale kocham to robić, więc będę to kontynuował tak długo, jak się da.
KR: Zaczynałeś od szkół muzycznych, czy grałeś i śpiewałeś na początku tylko w domu?
NB: Moi rodzice chcieli, żebym grał na pianinie, więc miałem lekcje gry, gdy miałem 5 czy 6 lat, i nienawidziłem tego. W końcu zrezygnowaliśmy i uprawiałem sporo sportu, jak karate i tym podobne. Później, kiedy miałem 13 czy 14 lat, bardziej wkręciłem się w muzykę metalową i mieliśmy w szkole fajnego nauczyciela muzyki, który też słuchał rocka i metalu. Powiedział mi: „Zdecydowanie powinieneś grać na gitarze”. A w naszej szkole mieliśmy wtedy salki prób. Więc wziąłem paru kumpli i po prostu graliśmy metal, nawet jeśli nie mieliśmy pojęcia, jak grać na tych instrumentach. To był absolutny chaos. Ale to była dla mnie właściwa droga – po prostu słuchanie tego, co lubię, próbowanie grania i wchodzenie w tryb, w którym mogę komponować własne rzeczy. Bo kiedy komponuję własną muzykę, nikt nie może mi powiedzieć, że gram ją źle.
KR: Myślę, że to super podejście. Widzę mnóstwo ludzi z TikToka, którzy najpierw zdobywają tam sławę, a potem wchodzą do branży muzycznej. I przeważnie jest to ok, ale nie ma w tym pasji. Więc widok ludzi z pasją jest naprawdę, naprawdę super.
NB: Tak, bo jeśli jesteś po prostu twórcą internetowym, masz zupełnie inne podejście – chodzi tylko o zasięgi i upchnięcie czegoś przyciągającego uwagę w bardzo krótkim czasie. A to coś, co zazwyczaj nie ma znaczenia dla tradycyjnego artysty.
KR: Widziałam też, że nagraliście album w trakcie pandemii. Jak wyglądał ten proces?
NB: Mieliśmy swój zespół na Discordzie. I siedzieliśmy tam razem całymi dniami i nocami, próbując tworzyć muzykę oraz przesyłając sobie pliki z projektami. Na koniec nagrywałem wokal u siebie w domu i wysyłałem go do studia. Oni zrobili miks i odesłali. Więc to była w pełni elektroniczna produkcja. Nasz perkusista nagrywał u siebie w domu. Nie było wspólnego przesiadywania w studiu. Każdy pracował sam nad swoimi rzeczami, a potem wysyłał to kolejnej osobie. I myślę, że utwory naprawdę na tym zyskały. Nie masz presji czasu. Nikt nie stoi nad tobą i nie mówi: „Zamykamy, musicie iść do domu”. Jedyną rzeczą, która była trudna, było nagrywanie teledysków. Mieliśmy piosenkę „Fimbulwinter” z Julie Elven. Nie byliśmy w stanie nagrać tego wideo razem. Więc kamerzysta filmował mnie w lesie niedaleko mojego domu. A potem jechał całą drogę do Monachium do Julie, żeby nagrać ją w innym lesie. I zmontowaliśmy to razem. Wygląda to tak, jakbyśmy spotkali się w tym lesie, a dzieliło nas 400 kilometrów.
KR: To brzmi skomplikowanie. Zgaduję, że przygotowanie tego zajęło wam więcej czasu?
NB: Tak, ale mieliśmy ten czas.

KR: No tak, jak wszyscy. A możesz mi powiedzieć, jakie jest znaczenie nazwy waszej grupy?
NB: „Erdling” to po niemiecku „Ziemianin”. To słowo, którego użyliby kosmici w stosunku do ludzi żyjących na Ziemi. I chodziło o to uczucie bycia kimś obcym i patrzenie na ludzkość jak na coś obcego. Mówi się: „ich bin geerdet”, co oznacza „jestem uziemiony / twardo stąpam po ziemi”. To jest drugie dno stojące za tą nazwą.
KR: Uczyłam się niemieckiego w szkole przez cztery lata. Mam ogromną sympatię do tego języka. A tutaj, w Polsce, kiedy mówię, że lubię niemiecki, ludzie dziwnie na mnie patrzą. Głównie, kiedy słyszą o niemieckim, myślą o Rammsteinie.
NB: Osoby ze wschodnich Niemiec brzmią zupełnie inaczej. Bo Rammstein to oczywiście coś, co mocno przerysowuje niemiecki. Żaden Niemiec nie mówi jak Till Lindemann. Ostre, przerysowane „R”, bądźmy szczerzy – to nie jest typowy niemiecki. Jako zespół śpiewający po niemiecku zawsze mamy ten problem, że kiedy jedziemy za granicę, wszyscy porównują nas do Rammsteina. Nie mamy ze sobą aż tak wiele wspólnego. Chodzi tylko o skojarzenie z językiem.
KR: Widzę, że masz sporo tatuaży, kolczyków itp. Kiedy wychodzę gdzieś z kolczykami, ludzie bardzo dziwnie się na mnie patrzą. Jestem ciekawa, jak to wygląda w Niemczech.
NB: Jeszcze z 15 lat temu to było coś nietypowego. Jak miałaś tatuaże albo kolczyki, to zawsze szufladkowano cię na zasadzie: „dopiero co wyszedł z więzienia”. Ale dzisiaj w Niemczech posiadanie tatuaży jest dość powszechne. Zależy, w której części Niemiec jesteś. Konserwatywne, południowe regiony, jak Bawaria, nadal za tym nie przepadają. Ale w dużych miastach, szczególnie we wschodnich Niemczech, rzadko spotykam kogoś, kto nie ma żadnego tatuażu.
KR: Moja babcia zawsze, kiedy mnie widzi, mówi, że z moim septumem wyglądam jak krowa.
NB: Znam to. Moja babcia również mi to mówi.
KR: Mamy tak samo. Czy jest coś, co chciałbyś, żeby wasi nowi fani o was wiedzieli?
NB: Bardzo doceniłbym, gdyby ludzie przyszli na nasze koncerty w tych nowych dla nas krajach, bo to rzadka okazja. To nasz pierwszy raz poza Niemcami. Wydaliśmy sporo albumów i zagraliśmy mnóstwo koncertów przez te wszystkie lata. Nie jesteśmy wielkim zespołem, wciąż staramy się rozwijać i robimy, co w naszej mocy. Mam nadzieję, że ludzie przyjdą na nasze koncerty. Przedsprzedaż jest lepsza niż w innych miastach. Praga jest bardzo trudna. Budapeszt – zobaczymy, ale Warszawa nie wygląda źle. Myślę, że Voodoo Club będzie bardzo, bardzo dobry.
KR: W Voodoo jest super. Mam nadzieję, że przyjdzie mnóstwo ludzi. Dziękuję ci bardzo za wywiad.
NB: Trzymaj się!