IKS

DeeCracks [Rozmowa]

Po ponad dwóch dekadach na scenie wciąż grają z energią i uśmiechem, który potrafi skraść każdy koncert. Choć DeeCracks mają na koncie dożywotni zakaz wjazdu do USA, trasę koncertową w Chinach i setki klubowych koncertów rozsianych po całym świecie, wciąż pozostają wierni bezkompromisowej filozofii DIY. Matt i Mike opowiadają o tym, dlaczego sztuczna inteligencja nigdy nie zastąpi potu i prawdy na scenie, jak to jest stracić Amerykę, by odkryć resztę świata, oraz dlaczego najtrudniejszą sztuką w muzyce jest… nie traktować siebie zbyt poważnie

 

Kuba Ryszkiewicz: Chciałbym zacząć od pytania o koncert, który zagraliście w Warszawie przed The Rumjacks, ponieważ mam z tego wieczoru bardzo miłe wspomnienia, a zwłaszcza z waszego występu. To był dokładnie taki punk, jaki lubię. Mieliście tyle energii, radość z grania była u was wyraźnie widoczna. Czy pamiętacie ten koncert i tę trasę?

REKLAMA

 

 

DeeCracks: Tak, pamiętamy. Przede wszystkim był to nasz pierwszy raz w Polsce, mimo że zespół istnieje już bardzo, bardzo długo. Z jakiegoś powodu nigdy nam się nie udawało do was dotrzeć. Po drugie, tak jak wspomniałeś, zostaliśmy zaproszeni przez The Rumjacks, a ich muzyka nie mogłaby być bardziej odległa od naszej. Trochę się obawialiśmy, jak zostaniemy przyjęci przez publiczność, bo grają irlandzki folk punk, a my robimy to, co robimy. I byliśmy bardzo, bardzo pozytywnie zaskoczeni tym, jak nas przyjęto. Miło słyszeć, że masz z tego tak dobre wspomnienia, bo dla nas też było to świetne doświadczenie. Ludzie się nami interesowali, po koncertach chcieli z nami rozmawiać i podchodzili do stoiska z merchem. To było bardzo fajne doświadczenie.

 

 

KR: Swoją drogą wchodzenie w ten tłum przypominało wejście na plan filmowy Peaky Blinders…

 

 

DeeCracks: Myślę, że jeśli grasz irlandzki folk punk tak jak The Rumjacks, to po prostu idzie z tym w parze. Ale było super. Mają świetnych fanów. Zresztą sami The Rumjacks to bardzo kochani ludzie. Sprawili, że czuliśmy się na tej trasie bardzo mile widziani, cały czas o nas dbali. Więc na pewno zagramy z nimi jeszcze jakieś koncerty, jeśli tylko nadarzy się okazja. A polskie koncerty były dla mnie jednym z najważniejszych momentów tego roku – publiczność była taka czadowa.

REKLAMA

 

 

KR: Mike, pamiętam, że cały czas się uśmiechałeś, siedząc przy perkusji, i miałeś taki wielki, szeroki uśmiech na twarzy właściwie bez przerwy.

 

 

DeeCracks: Na pewno do was wrócimy. Nie mamy jeszcze konkretnych planów, ale w Polsce jest teraz spore zainteresowanie nami. Cieszę się więc, że ta seria koncertów z The Rumjacks otworzyła nam w Polsce drzwi i na pewno tu wrócimy, bo świetnie się bawiliśmy i chcemy więcej takich chwil.

 

 

zdj. Kuba Ryszkiewicz

 

 

KR: Na waszej stronie internetowej jest oś czasu sięgającą aż do 2003 roku. Zauważyłem, że jedna data była przekreślona – rok 2014, czwarta trasa po USA. Ta pozycja była skreślona, a w kolejnej linijce było napisane, że dostaliście zakaz wjazdu do Stanów Zjednoczonych. Możecie opowiedzieć o tym coś więcej?

 

 

DeeCracks: Tak, to wydarzyło się 13 lat temu. Zarówno Matt, jak i ja, mamy dożywotni zakaz wjazdu, ponieważ wszystkie amerykańskie trasy, które zrobiliśmy w USA, odbyły się na zwykłych wizach turystycznych. Wrzucaliśmy na luz i jeździliśmy grać, bo jesteśmy małym zespołem, o którym nikt tak naprawdę nie wie. Nie mamy kontraktów ani pojęcia, jakie pieniądze dostaniemy za koncerty, więc nie mogliśmy ubiegać się o porządną wizę. Jedynym sposobem na granie tam było po prostu zakraść się i zobaczyć, co się stanie. Złapali nas w 2013 roku, bo wyszło na jaw, że dostaliśmy jakieś pieniądze za kilka koncertów. I dlatego dostaliśmy dożywotni zakaz. Tak to właśnie działa. Złapali nas na kłamstwie, mówiąc krótko. Przez długi czas było bardzo ciężko. A potem prezydentem został Trump i nagle wcale nie było już tak ciężko.

 

 

KR: Bo ma to wszystko w dupie?

 

 

DeeCracks: Nie, po prostu USA stało się bardziej krajem Trzeciego Świata. Kiedyś to było bardzo pożądane miejsce do podróżowania, ale teraz już nie mamy takiej potrzeby.

 

 

KR: Jasne, rozumiem. Przez chwilę pomyślałem, że nagle zrobili się gościnni i otwarci.

 

 

DeeCracks: Chcę powiedzieć, że mamy w Stanach wspaniałych przyjaciół i kochamy Amerykanów. Ale pod względem politycznym to teraz nie jest dobry moment. Z pewnością nie. Nie chcemy przez to powiedzieć, że rząd w Stanach Zjednoczonych czy jakimkolwiek innym kraju w jakikolwiek sposób reprezentuje ludzi. Rząd jest tu, a ludzie są tam. Wydaje ci się, że na coś głosujesz, ale nie zawsze dostajesz to, na co głosowałeś. Oczywiście, że bardzo chętnie wrócilibyśmy do Stanów. Oczywiście, że tak. Ale to trudniejsze niż kiedykolwiek. Nawet gdybyśmy ubiegali się o wizę artystyczną, co kosztuje mnóstwo pieniędzy, nadal nie ma gwarancji, że nas wpuszczą, albo że koncerty wypalą i tak dalej. To duże ryzyko dla takiego małego zespołu jak my. Słyszysz historie od znajomych, którzy mają wizę, a i tak zostają odprawieni z kwitkiem, albo składają wniosek i muszą odwołać trasę, bo nie dostają wizy na czas. Szczerze mówiąc, fakt, że wyrzucili nas wtedy ze Stanów, był zarazem przekleństwem i błogosławieństwem, ponieważ skupiliśmy się na innych rzeczach. W tym samym roku po raz pierwszy pojechaliśmy do Japonii. Po raz pierwszy pojechaliśmy do Rosji. Zagraliśmy trasę, której prawdopodobnie byśmy nie zagrali, gdybyśmy skupili się wyłącznie na Stanach Zjednoczonych. Bo to bardzo powszechne – jako zespół rockandrollowy, jako kapela punkowa skupiasz się na Anglii i na Stanach. Tak trzeba zrobić. Zapominasz trochę o reszcie świata, a przecież reszta jest dokładnie taka sama. Nie jest mniej warta w Europie czy w Azji.

 

 

KR: Rosyjski kierunek też jest już chyba zamknięty na dobre?

 

 

DeeCracks: Ale kiedy graliśmy trasę w Rosji, było dokładnie tak samo. Ludzie, których spotkaliśmy, to nie był rząd. Oczywiście, każdy nienawidził tej cholernej… Byli najmilszymi facetami. To była punkrockowa trasa. Ludzie byli wyluzowani, tacy sami jak my. Wszyscy krytykowali rząd, może z odrobiną większego strachu. Ale to było szalone doświadczenie. Fajne i szalone doświadczenie. Nie wiem, czy zrobiłbym to teraz ponownie. Pewnie nie. Ale w 2013 roku to było coś dobrego.

 

 

KR: Pamiętam, że chodziłem do podstawówki, gdy byłem w Rosji, i mam z tamtego czasu naprawdę szalone wspomnienia. To był dziwny kraj. Rodzice pojechali na wycieczkę, byliśmy w Moskwie, a potem dalej. To było jak wizyta na innej planecie – dziko, ale ludzie super mili.

 

 

DeeCracks: Dokładnie tak.

 

 

KR: Punk zawsze był polityczny, ale wy nie jesteście? To znaczy, nie interesujecie się zbytnio polityką?

 

 

DeeCracks: Prawdopodobnie tak. Na scenie traktujemy nasze koncerty bardziej jako miejsce, w którym można wyłączyć umysł i nie przejmować się politycznym dramatem, który nas ciągle otacza. W naszych tekstach lubimy czasem odnieść się do spraw społecznych, a może nawet politycznych, ale nie chcemy być otwarcie polityczni w stylu: „musisz zrobić to i musisz zrobić tamto”. Jeśli czegoś słuchasz i potrafisz zinterpretować to w sposób polityczny, to jak najbardziej w porządku. Ale jak sam zauważyłeś, jesteśmy zespołem punkowym, więc jasno widać, gdzie stoimy – sprzeciwiamy się pewnym rzeczom, ale te rzeczy sprowadzają się po prostu do ludzkiej przyzwoitości. Nie trzeba być lewicowym ani prawicowym, wystarczy być przyzwoitym człowiekiem. Wtedy odrzucasz pewne polityki i ideologie. To normalny sposób myślenia. Nie musisz być komunistą ani radykałem w żaden sposób. Myślę, że jeśli chodzi o poglądy polityczne, jesteśmy po prostu normalnymi ludźmi.

 

 

KR: Kiedy fotografowałem wasz koncert, czułem ze sceny pewnego rodzaju szczerość, z którą naprawdę rezonowałem. Kiedy śpiewałeś, śpiewałeś z taką prawdą – a przynajmniej tak to na mnie działało. Teraz, słuchając nowej płyty, trudno nie zauważyć, że teksty są dla was ważne.

 

 

DeeCracks: Sam nie wiem. To zależy. Cóż, oczywiście są utwory, w których teksty mają dla nas znaczenie. W niektórych piosenkach – muszę to przyznać – miło jest, gdy ludzie dopisują do nich głębsze znaczenie. Za wszystkim stoi jakaś treść. Ale z pewnością nie chcemy traktować siebie zbyt poważnie. Kiedy gramy koncerty, nadal chcemy, żeby ludzie dobrze się bawili. To nie jest śmiertelnie poważna sprawa, w której skupiamy się na… wciąż chcemy, żeby ci, którzy przychodzą na koncert, zapomnieli choć na chwilę o tym całym syfie dziejącym się na zewnątrz. A jednak nie da się uciec od pewnych rzeczy, które trzeba wypowiedzieć. Więc kiedy coś jest dla nas ważne, umieszczamy to w tekstach. I to super, jeśli ludzie to zauważają. Nie będziemy na to wskazywać palcem. Pozwalamy piosence bronić się samej. Jeśli ludzie to zauważą – zauważą. Jeśli powiedzą tylko, że to fajny numer z chwytliwą melodią, to też jest dla nas w porządku. Daleko nam więc do bycia zespołem politycznym.

 

 

KR: Tak, nie mówię, że jesteście polityczni. Brzmicie szczerze. 

 

 

DeeCracks: Tak, bo takie musi być. Dla nas rock and roll czy muzyka punkowa zawsze były szczere, prawdziwe. Najczystszą formą rock and rolla jest punk. Ponieważ ludzie obnażają się, pokazując, że nie są świetnymi muzykami, a mimo to udaje im się stworzyć coś naprawdę dobrego. Stworzyć coś ekscytującego i pełnego znaczenia. Wciąż wystawiasz się na widok całego świata. Nie znając się na tym lepiej, piszesz osobiste teksty i po prostu wypuszczasz je na świat. Więc to musi być prawdziwe. Szczerość jest dla nas czymś bardzo ważnym i myślę, że powinna być ważna dla każdego zespołu.

 

 

KR: Obejrzałem kilka teledysków do nowej płyty. Jeden z nich do utworu ze zwierzakami… chciałbym zapytać o stronę wizualną. Kim są te zwierzęta?

 

 

DeeCracks: Ta piosenka to miłosny utwór z tej płyty. Zastanawialiśmy się, jak go wizualizować, i pomyślałem, że nie ma czystszej miłości niż ta, którą darzysz swojego zwierzaka – bezwarunkowej miłości. Kiedy słuchasz tej piosenki, myślisz, że jest o dziewczynie, partnerze czy kimś takim. I poniekąd jest. Ale kiedy oglądasz teledysk, to taka myląca, a zarazem trafna interpretacja. Wydaje mi się, że to było zeszłego lata, gdy siedzieliśmy na podwórku rodziców i popijaliśmy piwo. Zastanawialiśmy się, jak wypromować ten utwór. Patrzyliśmy, jak pies biega po trawie, i chyba palnąłem: „A co, gdybyśmy po prostu przyczepili do psa kamerę i tak to zrobili? Sfilmowali zwierzę?”. A potem pojawił się pomysł: „A co, gdybyśmy poprosili ludzi, żeby przysłali nam filmiki ze swoimi zwierzakami?”. Nie pracuj ciężko, pracuj mądrze. To właściwie tylko pomysł na to, żeby fani stali się częścią teledysku. Wszyscy mamy zwierzęta domowe.

 

 

KR: Więc w tym teledysku są też wasze zwierzaki, czy tylko cudze?

 

 

DeeCracks: Koty naszego basisty też tam są. Prawie wszystkie zwierzaki w teledysku znamy osobiście, bo to pupile naszych znajomych albo ludzi, których poznaliśmy w trasie, kiedy zatrzymywaliśmy się u nich w domach na imprezach i tak dalej. Mieli psa czy kota, więc postaraliśmy się ich wkręcić. Zwierzaki z całego świata znalazły się w tym wideo.

 

 

 

 

KR: Bardzo urocze, zwłaszcza moment, w którym ktoś ma w akwarium rybki, bo to chyba najbardziej zabawny rodzaj zwierzaka.

 

 

DeeCracks: Możesz kupić rybkę… i zrobić z niej danie.

 

 

KR: Jak zrobić posiłek z rybek, które mają imiona?

 

 

DeeCracks: To Johnny, Joey i Dee Dee. Ale nieważne, jak nazwie się rybkę, bo i tak nie przyjdzie, gdy ją zawołasz. Możesz podpisać je na ekranie, jak chcesz.

 

 

KR: Z najnowszej płyty macie też te inne teledyski, do „Hell Today” i „Revenge”, które są mocno stylizowane. Jeden z nich jest w silnym kontraście czerni i bieli. Kojarzyło mi się to z „Clerks” – filmem Kevina Smitha, pewnie trafiam obok, ale…

 

 

DeeCracks: Tak, oczywiście.

 

 

KR: Możecie opowiedzieć o kręceniu wideo do „Revenge”?

 

 

DeeCracks: Nagrywaliśmy go w Toronto, kiedy w maju byliśmy w trasie po Kanadzie. Joe, nasz przyjaciel, który robił dla nas teledyski w przeszłości, stwierdził: „Skoro i tak macie trasę w Kanadzie i wydajecie płytę, w końcu musimy nakręcić wspólnie wideo, na którym was sfilmuję”. Powiedzieliśmy więc: „Niech  nam towarzyszy, uchwyćmy normalny dzień w trasie na kamerze i zmontujmy z tego klip”. I tak właśnie zrobiliśmy. Nie ma w tym wielkiej historii. Byliśmy „wysoce zmotywowani” w środku trasy do kręcenia teledysku – wiadomo. Po prostu łazimy po mieście, idziemy do sklepu z płytami, który – nawiasem mówiąc – był do bani, bo nie było tam dobrych płyt. Potem poszliśmy na piwo do baru obok klubu, bo klub był jeszcze zamknięty. Następnie weszliśmy do środka, zrobiliśmy próbę dźwięku i zagraliśmy koncert. A on to po prostu kręcił. Wyszło świetnie. Fakt, że nic tam nie robimy, wygląda czadowo. Naprawdę, bo to dokładnie tak u nas wygląda. Nie jesteśmy zespołem nastawionym na zwiedzanie. Podróżujesz, jesteś zmęczony i po prostu nie robisz zbyt wiele. Nie musimy udawać, że robimy na trasie mnóstwo rzeczy. Nie mamy żadnego planu w stylu: „jedziemy do tego miasta, więc musimy zaliczyć to, to i to”. Zazwyczaj wszystko jest bardzo spontaniczne. Kręcenie było super, bo wymagało minimum wysiłku, a powstał świetny teledysk. Wszystkie klipy do tej płyty – w sumie pięć, z czego jeden jeszcze nie wyszedł – powstały przy minimalnym wysiłku. Od jakichś 15 lat pracujemy z tymi samymi ludźmi. To zawsze ta sama grupa przyjaciół, robimy to w sposób rodzinny. Jesteśmy w 100% zespołem DIY. Robimy większość rzeczy sami – powiedziałbym, że 99% tego, co nas otacza, włącznie z grafiką, teledyskami, miksem i masteringiem w studiu. To wszystko zasługa tej samej paczki przyjaciół, z którymi trzymamy się od bardzo dawna. To się nie zmieniło.

 

 

KR: Czyli mówisz, że nauczyliście się wszystkiego sami. Zaczęliście w 2003 roku, czyli w czasach, kiedy nie dało się wszystkiego sprawdzić w Internecie i nie miało się łatwych odpowiedzi na wyciągnięcie ręki. Opowiedz mi o tej drodze do punktu, w którym jesteście teraz. O czasach starożytnych.

 

 

DeeCracks: Wykuwaliśmy teksty w kawałkach kamienia.

 

 

KR: I zanosiliście je ludziom.

 

 

DeeCracks: Wtedy wszystko wyglądało inaczej. Byliśmy znacznie młodsi i mieliśmy inne podejście… nie tyle nastawienie, co inne spojrzenie na ten projekt. Teraz wszystko wygląda trochę inaczej, bo mamy wytwórnię płytową, musimy wydawać albumy, kręcić teledyski i tak dalej. Kiedyś po prostu spotykaliśmy się i patrzyliśmy, co z tego wyniknie. Szukanie koncertów zawsze było walką, ale organizowaliśmy je sami w rodzinnym mieście, próbując ściągać inne kapele i grać z nimi. Sami zajmowaliśmy się logistyką, a muzycy zazwyczaj nocowali w domu moich rodziców. I tak znaleźliśmy wyjście z naszego małego miasteczka – budując sieć kontaktów i wchodząc w środowiska innych zespołów.

 

 

KR: Myślisz, że teraz młode kapele mają inaczej?

 

 

DeeCracks: Kiedy startowaliśmy, żyliśmy z dnia na dzień. Nic nie planowaliśmy z góry, w stylu „zrobimy to, a potem tamto”. Raczej: „hej, możemy to zrobić, bo ktoś się do nas odezwał”. Zagrasz trasę tu, zagramy koncert tam – zawsze mówiliśmy: „dobra, robimy to”, nie zastanawiając się, czy nam zapłacą albo czy to się opłaca. Po prostu chcieliśmy wyrwać się z naszej mieściny. Co na pewno różni młode zespoły dzisiaj, to sposób prezentacji. Przez Internet i media społecznościowe wszystko musi być podane idealnie, od strony wizualnej. Dźwięk, nawet jeśli celujesz w taki surowy, garażowy styl – który jest teraz bardzo modny – musi być wprawdzie „byle jaki”, ale wciąż wyprodukowany w wysokiej jakości. Kupujesz najtańszą gitarę, nagrywasz boomboxem, ale musisz mieć 50 tysięcy filmików w sieci, żeby się wypromować. Bardzo się to zmieniło. Choćby to, jak dziś można nagrać płytę – w domu, na komputerze. Kiedy zaczynaliśmy, musiałeś iść do studia, płacić gościowi za konsoletą – niezależnie od tego, czy cię lubił, czy nie – i na koniec musiałeś być zadowolony z efektu, nie było możliwości marudzenia. Teraz robisz garage band w Pro Tools na swoim iMacu w domu i masz gotowy album. Sposób kontaktowania się z innymi kapelami też się zmienił – po prostu piszesz na Instagramie lub Facebooku: „cześć, obczaj mój filmik, możemy zagrać w waszym mieście?”. Nie wiem jednak, czy to wszystko jednak ułatwiło życie. Dzisiaj twoją konkurencją nie są już kapele z okolicy, ale zespoły z całego świata. Ogromna pula. Musisz być w jakiś sposób wyjątkowy, żeby się wyróżnić, a to nie jest łatwe dla nikogo. Kiedyś miałeś trzy, cztery lokalne zespoły walczące o tę samą grupę ludzi, a teraz twoją publicznością jest potencjalnie cały świat.

 

 

KR: A teraz dochodzi jeszcze rywalizacja ze sztuczną inteligencją i generowaną muzyką.

 

 

DeeCracks: Cóż, w środowisku kapel punkowych i rockandrollowych jest to raczej odrzucane. Nie znam wielu zespołów używających AI do pisania piosenek.

 

 

KR: Zespoły – miejmy nadzieję, że nie.

 

 

DeeCracks: Ale słyszałem o popowych piosenkach generowanych przez AI. Nie ma jakiejś gwiazdy pop stworzonej przez sztuczną inteligencję?

 

 

KR: Słyszałem historię, że Disney zaprosił obiecujące młode zespoły rockowe i punkowe do nagrania piosenek do kreskówek. Jedna kapela nagrała motyw do Goofy’ego czy coś w tym stylu i odniosła umiarkowany sukces. Ale w następnym tygodniu ktoś użył generatora AI, żeby wygenerować podobny utwór w cudzym stylu, i całe zainteresowanie fanów prysło. Stracili koncerty i zainteresowanie z dnia na dzień.

 

 

DeeCracks: Cóż, w przeszłości też mieliśmy sztucznych pop idoli, za którymi stali autorzy tekstów z dużych wytwórni dostarczający utwory każdemu artyście. Teraz po prostu robi to sztuczna inteligencja. Ludzie, którzy tego słuchali, i tak nigdy nie przejmowali się tym, czy to „prawdziwe”. Ale w muzyce rockowej ludzie wciąż dbają o to, by za dźwiękiem stał człowiek, bo chcą chodzić na koncerty. Muzyki na żywo nie da się podrobić przez AI. Jeśli jednak mówimy o popowej papce pisanej kiedyś przez anonimowych autorów dla 50 różnych osób, a teraz generowanej przez algorytm – to bez różnicy, i tak tego nie słucham. A kto zgarnia tantiemy? Słysząc młody zespół hardcore’owy, punkowy czy garage-rockowy, oczekuję, że nie używają AI. To nie moja bajka. Mam nadzieję, że nawet o tym nie myślą, bo pisanie własnych piosenek to główny sens bycia w zespole. Wracamy do szczerości – AI by to zniszczyło. Chyba że ktoś jest przesadnie przychylny technologii.

 

 

KR: Ale ludzie generują teraz muzykę dla siebie. Mam znajomego, który gra w gry planszowe typu RPG i tworzy własne playlisty z utworami inspirowanymi starymi zespołami heavymetalowymi. Sam pisze teksty o czarodziejach, zaklęciach i tym podobnych rzeczach. Uwielbia to, bo to jego własna muzyka, a odbiorcami jest tylko trójka jego przyjaciół od planszówek.

 

 

DeeCracks: No dobra, to akurat fair play.

 

 

KR: Ale jego wygenerowane utwory mają głos Bruce’a Dickinsona, gitarę Ritchie go Blackmore’a i tak dalej…

 

 

DeeCracks: Nie jesteśmy fanami tego typu rzeczy. Rozmawiamy tu o prawdziwych ludziach. To tak, jakbyś brał zmarłych aktorów i przywracał ich do nowych filmów za pomocą CGI – nagle masz film z Deanem Martinem i Sammym Davisem Jr. w 2026 roku. To nie ma sensu, bo tamta estetyka działała tylko w tamtych czasach. To tak, jakby sztuczna inteligencja namalowała nowy obraz Picassa albo skomponowała nową operę Mozarta. Czy to to samo? Nie. Nie ma to sensu. Kiedy kogoś nie ma, to go nie ma, zostaje po nim dziedzictwo.

 

 

zdj. Kuba Ryszkiewicz

 

 

KR: 23 października wychodzi wasza płyta. Jak to jest czekać na premierę? Denerwujecie się? Jesteście podekscytowani?

 

 

DeeCracks: Jesteśmy podekscytowani. Nie denerwujemy się bardzo, bo zazwyczaj nagrywamy utwory, które najpierw muszą podobać się nam samym. Musimy być ich pewni. Gdyby nam się nie podobały, nigdy by nie ujrzały światła dziennego. Zespół istnieje już 23 lata, a to dopiero nasz piąty regularny album studyjny. Wydaliśmy mnóstwo innych rzeczy: płyty koncertowe, składanki, album z coverami Ramones, minialbumy na siedmiu i dziesięciu calach. To nasze 25. fizyczne wydawnictwo, ale dopiero szósty album – jeśli doliczyć płyty The Cretins… To niewiele jak na 23 lata działalności, bo zwykle robimy przerwy od dwóch do maksymalnie czterech lat między albumami. Jest mnóstwo kapel wydających płytę co roku, na której połowę stanowią zapychacze. My chcemy, żeby każdy utwór się wyróżniał. Myślę, że do tej pory nam się to udawało. Jesteśmy dumni z tego, co robimy, i czujemy, że to świetny krążek, który dobrze reprezentuje zespół w obecnym kształcie. Więc nie ma we mnie nerwowości. Jeśli zostanie dobrze przyjęty – super, będziemy szczęśliwi. Jeśli totalnie sflopuje – mówi się trudno.

 

 

KR: Nie sflopuje. To bardzo solidna płyta.

 

 

DeeCracks: Nigdy nie wiesz, jak ludzie zareagują, ale my i tak ją uwielbiamy. Włożyliśmy w nią serce i uważam, że to jeden z najlepszych albumów, jakie nagraliśmy. Jestem więc gotowy na wszystko. Mam nadzieję, że fanom również się spodoba.

 

 

KR: No i ruszacie w trasę.

 

 

DeeCracks: Będziemy w Niemczech w listopadzie tego roku. Potem mamy jakieś plany na przyszły rok, ale nic nie jest jeszcze zaklepane na papierze, więc nie mogę dużo zdradzić.

 

 

KR: Przeglądając listę miejsc, które już odwiedziliście, widzę bardzo długi spis. Czy rozważacie odwiedzenie jakichś, w których jeszcze nigdy nie byliście? Jakie są wasze „białe plamy”?

 

 

DeeCracks: Zawsze o tym myślimy. Chcieliśmy pojechać w jedno miejsce od dawna, ale nigdy nie było okazji… i to była nowość w tym roku, co jest świetne. Mamy też propozycje zagrania trasy na Bałkanach, czego właściwie nigdy nie robiliśmy na szeroką skalę – to byłoby nowe i bardzo ekscytujące. Poza tym Ameryka Południowa – dostaliśmy ofertę z Brazylii. Nigdy tam nie byłem, więc też się cieszę na tę myśl, o ile wypali.

 

 

KR: A co z Indiami? Byliście kiedyś w Indiach?

 

 

DeeCracks: Nie, nic nie wiem o tamtejszej scenie punkowej.

 

 

KR: Pytam, bo w zeszłym tygodniu rozmawiałem z kolesiem z metalowego zespołu The Ocean i twierdził, że w Indiach jest ogromna scena ciężkiego grania i uwielbiają tam koncertować.

 

 

DeeCracks: Przez lata podróży po całym świecie nauczyliśmy się jednej rzeczy: udając się na koncert, spotykasz ludzi o bardzo podobnych poglądach. Muzyka łączy ludzi wszędzie. Kiedyś zrobiliśmy taką „przygodową” trasę – pięć tygodni przez Chiny. Wyobrażam sobie, że Indie mogłyby wyglądać podobnie: zderzenie z dziwnym, szalonym jedzeniem i zwariowanymi ludźmi.

 

 

KR: A czy ludzie reagują inaczej? Mówisz, że są podobni, bo łącza ich wspólne zainteresowania muzyczne, ale jakieś różnice kulturowe chyba występują?

 

 

DeeCracks: Otoczenie bywa inne, ale na koncercie, kiedy rozmawiasz z ludźmi o muzyce albo idziesz po występie na piwo, zauważasz, że nie różnią się zbytnio od tych z twojej okolicy. Nawet jadąc z Austrii do Polski – to niedaleko, a ludzie są bardzo podobni do naszych sąsiadów. Kiedy jedziesz do Hiszpanii, trafiasz na inne nawyki, tradycje i kulturę, ale gdy chodzi o miłość do muzyki, chęć dobrej zabawy i bycie przyzwoitym człowiekiem – ludzie są do siebie niezwykle podobni. To piękna lekcja, gdy podróżujesz po świecie: widzisz, że te wszystkie rzekome różnice, którymi nas karmią, w gruncie rzeczy nie istnieją. Jesteśmy tacy sami. A jeśli łączy nas miłość do tego samego rodzaju muzyki – tym lepiej, zawsze znajdziemy wspólny język. Kiedy wchodzisz w to nie jako turysta z all-inclusive siedzący w hotelu, tylko jako muzyk w małym klubie, poznajesz lokalsów od podszewki. I uświadamiasz sobie, że te sztuczne podziały nie mają pokrycia w rzeczywistości. Więc kto wie, czemu nie pojechać do Indii? To byłoby szalone i fajne doświadczenie. Choć pewnie zużylibyśmy mnóstwo papieru toaletowego… no ale trudno!

 

 

KR: Wielkie dzięki za rozmowę. Nie mogę doczekać się waszej wizyty w Polsce.

 

 

DeeCracks: Trzymaj się, cześć!

 

 

Rozmawiał Kuba Ryszkiewicz

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020