Zespół Cheap Tobacco swoim stylem prezentuje przeciwieństwo swojej nazwy. Cheap Tobacco, czyli dosłownie „tani tytoń”, przywodzi na myśl coś gorzkiego. Po takiej nazwie spodziewalibyśmy się nieprzyjemnego posmaku w ustach zbuntowanego siedemnastolatka, który próbuje załagodzić swój stres związany z kartkówką z matmy. Naprzeciw oczekiwaniom dostajemy jednak mieszankę muzyki alternatywnej, która prędzej załagodzi stres egzystencjalny niż spowoduje raka płuc. Miałem ogromną przyjemność rozmawiać z Natalią Kwiatkowską – twarzą i wokalem tego ambitnego projektu. Piosenkarka nie zgrywała nikogo, kim nie jest, wręcz przeciwnie, bezpośrednio potrafiła żartować ze swoich wpadek. Nasza dojrzała rozmowa pokazała mi również, że w zespole Cheap Tobacco koncertowanie nie jest wyłącznie machaniem głową na scenie. To możliwość budowania bezpiecznej przestrzeni i wiara w jedność ludzi.
Erik Zarbock: Mówi się, że dzisiejszy mainstream musi być czysty. Tymczasem wchodząc na waszego TikToka, w bio widzę proste, bezpośrednie: „zajebisty zespół”. Zastanawiam się, czy w świecie algorytmów to kwestia świadomego dystansu, czy może raczej radykalna potrzeba autentyczności?
Natalia Kwiatkowska: Myślę, że trochę wszystkiego. To fajnie ujęty „świadomy dystans”. Jesteśmy już zespołem dość wiekowym, najmłodsi nie jesteśmy, więc TikTok to dla nas platforma momentami abstrakcyjna. Ale zauważyłam, że ludzie mówią tam rzeczy prosto z mostu. Pomyślałam: napiszę tak. Młodzi ludzie posługują się konkretnym językiem. Nie piszą: „przyjdźcie na wspaniały koncert, który otuli Was radością i pięknymi dźwiękami”. Piszą: „wbijaj na zajebisty koncert” i przekaz jest jasny.
EZ: Mentorzy marketingu powtarzają dziś, że trzeba publikować pięć razy dziennie, żeby w ogóle istnieć. Wy tymczasem szliście dokładnie odwrotną drogą – organicznie, powoli, bez jednego viralowego momentu. Ktoś kiedyś powiedział, że wyżej wchodzi się wolniej. Czy taka droga daje większą satysfakcję, czy czasami po prostu frustruje?
NK: Powodzenia z wrzucaniem pięć razy dziennie. Ja odpuściłam systematyczność na TikToku. Zauważyłam, że kiedy piszę coś prosto z serca, autentycznego, to ma znacznie lepsze dotarcie niż mechaniczne posty. Czasem lepiej mniej, a prawdziwiej. A co do powolnego wchodzenia – te schodki są dobre, bo jak spadasz, masz się czego złapać. Kiedy wskakujesz na samą górę od razu, ryzyko upadku jest ogromne. Ale oczywiście, że rodzi się zmęczenie i frustracja, gdy widzisz, jak mozolnie to czasem idzie po tylu latach. Z drugiej strony, kiedy patrzę na tych młodych ludzi, którzy nagle stają w centrum uwagi, mierzą się z falą zachwytu, ale i hejtu… oni są na to nieprzygotowani. To ogromny ciężar i odpowiedzialność w tak młodym wieku.
EZ: Ten nagły przypływ energii musi być okropny. Koncert to moment, gdzie ze sceny dostaje się gigantyczny ładunek od tłumu. Potem wraca się do pustego domu. Zastanawiam się, co dominuje, gdy schodzisz za kulisy – satysfakcja czy może raczej emocjonalne wyczerpanie?
NK: Te przeskoki są najtrudniejsze. Wracasz z trasy i gapisz się w ścianę, bo po tak wysokich przeżyciach nagle musisz robić rzeczy totalnie normalne. Po zejściu ze sceny wciąż jestem niesamowicie „naspeedowana” i nakręcona. Kiedyś to się kończyło mocnym imprezowaniem, ale przy długiej trasie wiesz już, że fizycznie nie dasz rady. Po koncercie najbardziej lubię zamknąć się gdzieś sama, choćby na trzy minuty. Muszę po prostu pooddychać i się uspokoić. Schodzenie do ludzi, podpisywanie płyt czy zdjęć od razu po występie zazwyczaj nie są dobre.
EZ: Zamiast pytać o tremę przed tysięcznym koncertem, zapytam o coś innego. Scena potrafi uzależnić, ale z rozmów z ludźmi z branży wiem, że kryzysy wracają regularnie. Pojawia się pytanie: po co ja to w ogóle robię? Czy przygoda z Cheap Tobacco też miała taki moment, w którym powaga branży i logistyka niemal zabiły czystą pasję?
NK: Bardzo często. U nas kryzysy zawsze towarzyszą wydawaniu kolejnej płyty. Proces się przeciąga, musisz szukać pieniędzy, mierzysz się z odrzuceniem przez wytwórnie. Myślisz sobie wtedy: „Boże, nikt tego nie chce, po co to robić?”. Dochodzi strach o frekwencję, gigantyczne koszty wynajmu sal, opłacenia ludzi. Po płycie „Szum”, która dostała nominację do Fryderyka, mieliśmy tak potężny kryzys, że przysięgaliśmy sobie, że więcej nic nie nagramy. Wtedy uratowała nas menedżerka, Agnieszka Jaworska, która zmusiła nas do stworzenia „Zobaczmy siebie”. Kolejny materiał też rodził się w bólach – odszedł perkusista, sponsorzy obiecywali pomoc i wycofywali się w ostatniej chwili. W końcu się wkurzyliśmy, zapożyczyliśmy się u samych siebie i wydaliśmy to sami, bez wytwórni. Ale na koniec dnia to właśnie koncert wszystko rewanżuje. Wchodzisz na scenę i przypominasz sobie, po co to robisz.
EZ: Wydając płytę samodzielnie, zyskujecie większą wolność, ale tracicie marketingowe zaplecze dużej wytwórni. Dzisiaj sama muzyka coraz rzadziej wystarcza – trzeba jeszcze sprzedać ją obrazem. Czy teledysk stał się ważniejszy od samej piosenki?
NK: Każdy twórca marzy o tym, by sama piosenka wystarczyła, bo ona jest rdzeniem. Ale żyjemy w czasach, gdzie musisz dorobić do niej rolki, obrazki, wymyślić akcję w stylu: „piosenka opowiada o strachu, a ty czego się boisz?”. Szczerze mówiąc, bardzo mi się to nie podoba. Nie lubię tego biegającego stada ludzi, którzy poruszają się od lewa do prawa, bo tak im każą algorytmy. A jednak sami gramy w tę grę, mimo jej bezsensowności. Teledyski do nowej płyty robiłam sama – stąd to filmowe słońce, inspiracja okładką winyla z filmu z Clintem Eastwoodem, który mój tata miał w domu, gdy byłam mała. Ludzie słuchają dziś oczami. Choć gdyby ten cały cyfrowy świat nagle rąbnął, padłby prąd i Internet… wzięłabym gitarę akustyczną, usiadłabym i zagrała. Ktoś usiadłby obok. I znowu liczyłaby się tylko piosenka.

EZ: W definicjach waszej muzyki przewijają się etykiety: rock, indie, pop. Mam wrażenie, że wy w ogóle tych definicji nie potrzebujecie – że piosenka u was nie tyle ma pasować do gatunku, co przede wszystkim nieść konkretny stan. Czy waszym celem od początku było wypracowanie brzmienia, które sprawia, że Cheap Tobacco staje się osobnym gatunkiem, jak U2?
NK: Zdecydowanie tak. Nie potrzebujemy definicji. Zawsze marzyliśmy o tym, by ludzie słysząc nas, mówili: „ok, to jest Cheap Tobacco”. Tak jak z U2 – grali rocka, pop-rocka, mieli momenty techno-elektroniczne, ale to wciąż było po prostu U2. Najważniejsza jest emocja, bo to iskra. Forma to dopiero techniczna obróbka, ubieranie tej emocji w zwrotki i refreny.
EZ: Chciałbym przejść do utworu „Serce”. Słuchając go, podskórnie wyczułem bardzo bliskie pokrewieństwo z estetyką Rosalíi – wysoki, emocjonalny śpiew, specyficzna przestrzeń. Ale za tym pęknięciem w tekście stoi przecież czyste życie – rozstanie po siedmiu latach, w dodatku rozstanie w miłości, co bywa najtrudniejsze. Czy ten utwór uratował cię w tamtym momencie?
NK: Tak, to było po prostu życie. Rozstaliśmy się w miłości, związek po siedmiu latach przestał działać, trzeba było przeżyć żałobę. Pojechałam na naszą salkę. Robert powiedział, że ma instrumental, ale chyba jest słaby i nic z tego nie będzie. Puścił mi to, a ja poczułam impuls: „o, stary”. Słowa o sercu pękniętym na pół wyleciały ze mnie w sekundę. Wtedy też przemyciłam tam Cohena. Chłopaki nie siedzą w tych klimatach, ale dla mnie to poeta, który potrafi opowiadać o najtrudniejszych odmianach miłości. To pęknięcie było potrzebne, by wpuścić do środka światło. Obietnicę, że prędzej czy później będzie dobrze.
EZ: Coraz częściej wrzuca się was do jednego worka z nową polską alternatywą. Jednocześnie napisałaś kiedyś, że świat potrzebuje więcej serca i duszy. Po tylu latach na scenie naprawdę uważasz, że największym problemem współczesności jest brak czułości?
NK: Świat jest pełen wszystkiego. Działa jak yin i yang – istnieje w nim idealna równowaga dobra i zła, gór i dolin. Trudne rzeczy nas rozwijają, piękne pozwalają wzrastać. Trzeba przyjmować jedno i drugie. Pamiętam moment, kiedy na Liście Przebojów Trójki pierwsze miejsce zajęła piosenka promująca akcję Cancer Fighters – idea pomagania, drugie nasze „Serce”, a trzecie „Dusza”Dżemu. To było niezwykle symboliczne. A czego najbardziej brakuje mi dziś na świecie? Samodzielnego myślenia. Tego, żeby ludzie nie ufali bezrefleksyjnie mediom czy rządzącym. Brakuje mi też czułości i zwykłego zrozumienia dla drugiego człowieka. Żyjemy w kulturze hejtu i nieustannego oceniania, często nie znając historii osoby, którą tak łatwo potrafimy skrzywdzić. Może miała zły dzień? Może właśnie przeżywa coś trudnego? Na koncertach zawsze powtarzam, żebyśmy nie dali się dzielić na lewą i prawą stronę. Jesteśmy jednością.

EZ: Czy w takim razie uważasz, że muzyka – a konkretnie wasza twórczość – ma realną moc poszerzania tego zrozumienia i niesienia czułości między ludźmi?
NK: Myślę, że tak. Właściwie to jedyny powód, dla którego w ogóle warto to jeszcze robić w czasach tych wszystkich durnych algorytmów, o których rozmawialiśmy. Muzyka ma tę magię, że omija cały ten racjonalny pancerz, który ludzie na co dzień na siebie zakładają. Na te półtorej godziny w klubie stajemy się jedną całością. Znika hejt, znika ocenianie. Ludzie płaczą przy „Sercu”, krzyczą refreny przy innych piosenkach i na ten moment po prostu czują, że nie są sami ze swoimi kryzysami. Jeśli chociaż jedna osoba wyjdzie z naszego koncertu z poczuciem, że ktoś ją zrozumiał, albo że ma w sobie trochę więcej czułości dla siebie samego, to znaczy, że te wszystkie nieprzespane noce, długi i walka o wydanie płyty miały głęboki sens. Muzyka to lekarstwo na ten chaos.
EZ: Myślę, że trudno o lepszą puentę. Dziękuję ci za niezwykle szczerą rozmowę i za przypomnienie, że muzyka wciąż może być czymś więcej niż tylko kolejną pozycją w algorytmie. Życzę wam, żeby to słońce z okładki świeciło jeszcze bardzo długo.
NK: Bardzo ci dziękuję, Erik. Super się rozmawiało, dzięki za świetne i nieoczywiste pytania. Do zobaczenia gdzieś na trasie!