Elder to jeden z tych zespołów, które są dla mnie niezwykle ważne. Słucham ich od bardzo dawna, w zasadzie byli jednym z pierwszych zespołów stonerowych, po które sięgnąłem. Był to też pierwszy zespół, którego występ był dla mnie na tyle ważny, iż przełamałem fobię społeczną, którą kiedyś miałem, i poszedłem na koncert zupełnie sam. Muzycznie też był to dla mnie od zawsze strzał w dziesiątkę: kiedy już powoli przestawałem odczuwać mocno muzykę progresywną, wkroczył w moje życie Elder ze swym niesamowitym połączeniem stoner metalu, progresywności oraz psychodeli.
Każdy album Eldera zawiera według mnie powyższe elementy jako rdzeń swojej muzyki, z czasem coraz mocniej uwypuklając aspekt progresywności, każde kolejne wydawnictwo zdaje się też być jeszcze bardziej kontemplacyjne od poprzedniego. Charakterystyczna jasność i światło również opromienia ten album. Elder nie jest w moim odczuciu zespołem, który zanurza się w mroku. To muzyczny odpowiednik kroczenia w świetle: ich muzyka zawsze przenosiła mnie do innego wymiaru, będącego moim sanktuarium, gdzie czuję się bezpiecznie, a dźwięk koi skołatane nerwy.
Na albumie bardzo mocno zaznaczają swoją obecność klawisze i elektronika, która służy tutaj do kreowania pobudzających wyobraźnię dźwiękowych przestrzeni. Brzmieniowo myślę, że jest to wciąż absolutne podium, ale, prawdę powiedziawszy, panowie z Elder przyzwyczaili mnie do tego już dawno temu. Kompozycyjnie jak zawsze muzycy stosują najróżniejsze motywy i mieszają rozmaite style, przez co darzą ich miłością zarówno progowcy, gruziarze, jak i krautowcy. Jako wspólny mianownik całego albumu wyczuwam siłę spokoju oraz potęgę transcendencji. Zdecydowanie jest to płyta, która potrafi uraczyć słuchacza magią, ukoić oniryzmem, wprowadzić w transcendentny trans, czy wypieścić ciężkim stonerowym riffowaniem.
Już pierwsze dźwięki „Sigil to Ruin” emanują najprawdziwszą magią i oniryzmem. Pomimo rozbudowanej sekcji rytmicznej i melodyjnej jest w tym swoista marzycielskość, która rozwija się w melancholię i smutek. Ten smutek zostaje przełamany progresywnymi eskapadami czy buczącym stonerowym riffowaniem, zapewniając oczyszczające umysł doznania. Niezwykły utwór balansujący pomiędzy emocjami i zachęcający do kontemplacji, ale też niebojący się uderzyć masywnym riffem. „Capture/Release” przypomina tunel czasoprzestrzenny, który wprost pochłania i wprowadza w trans, a następnie wzmaga to doznanie pobudzającą wyobraźnię mieszanką progresywnego metalu i stoneru, wytwarzając przepotężną aurę. Zwłaszcza gdy gitary i sekcja rytmiczna robią wszystko, aby wprowadzić mnie w ekscytację, a klawisze wystukują repetytywny motyw, który wprowadza mnie w stan hipnozy. Kiedy formacja zaczyna eksperymentować z przestrzenią i dźwiękiem, czuję się już otępiały w ten przyjemny sposób. Wspaniała wyprawa w psychodeliczny świat.

Następnie wkraczamy w muzyczny tryptyk, który rozpoczyna „Through Zero”, wprowadzając jednocześnie nieco żwawości w album, zapodając połamany rytm oraz rozbudowane partie solowe i soczyste riffy, przełamując je zdrową dawką minimalizmu. Swoją konstrukcją utwór przypomina wir, który zwyczajnie wciąga wszystko, co znajduje się w jego zasięgu, a sama formacja po mistrzowsku manipuluje poszczególnymi warstwami muzyki: to nakładając je na siebie, to dokonując ich modyfikacji, to oferując kompletnie nowe rozdanie, balansując pomiędzy wspomnianym wirem a transcendentną wyprawą poprzez wymiary. „Strata” jest w moim odczuciu rozwinięciem „Through Zero” nie tylko poprzez płynne przejście pomiędzy utworami, ale też za sprawą rozwiniętego motywu ciężkiego stonerowego riffowania z progresywną zawiłością oraz psychodelicznymi twistami, momentami wkraczając w stoner/doomowy rozwleczony, buczący ciężar przełamany psychodeliczną solówką. Motywów z tego utworu starczyłoby na odrębną EPkę.