Co właściwie zostaje z czasów, za którymi tak chętnie tęsknimy? Kilka wyblakłych zdjęć, melodie zapamiętane z dzieciństwa, bohaterowie seriali, których losy śledziliśmy z wypiekami na twarzy? A może przede wszystkim wspomnienia, które po latach zaczynają żyć własnym życiem? Nanga postanowiła zmierzyć się z tym pytaniem, przywołując duchy przeszłości, ale bez idealizowania tego, co minęło. „Duchy”, trzeci studyjny album grupy, są zarazem jej najbardziej wyrazistą próbą podporządkowania muzyki spójnej koncepcji. Zespół sięga po popkulturowe obrazy lat dziewięćdziesiątych i pierwszej dekady XXI wieku, ale wykorzystuje je przede wszystkim do rozmowy o teraźniejszości: relacjach międzyludzkich, poczuciu zagubienia i świecie, w którym coraz trudniej zachować choć odrobinę prywatności. Brzmi znajomo? Owszem. To, co najbardziej niepokojące, często okazuje się przecież zaskakująco bliskie.
Żeby zrozumieć, skąd wzięła się ta estetyka, warto cofnąć się do początków Nangi. Gdy pod koniec 2019 roku Lao Che ogłosiło zawieszenie działalności, Maciek Dzierżanowski i Filip Różański zaczęli rozwijać nowy muzyczny projekt. Do współpracy zaprosili Magdę Dubrowską, znaną między innymi z Gangu Śródmieście, której charakterystyczny głos i literackie zacięcie szybko stały się jednymi z najważniejszych znaków rozpoznawczych formacji. Debiutancka „Cisza w bloku” z 2020 roku nie była próbą odtworzenia stylistyki macierzystego zespołu instrumentalistów. Dominowały elektronika, zimnofalowy chłód, rytmiczna motoryka i teksty bez większych zahamowań wchodzące na teren tematów osobistych oraz społecznych. Płyta spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem, a Nanga szybko wypracowała własny język. Porównania z Lao Che coraz częściej zaczęły więc schodzić na dalszy plan.
W 2023 roku ukazał się „Sport, wojna i miłość”, poprzedzony winylową EP-ką „Jesień w Pekinie”. Materiał powstawał podczas wspólnych improwizacji w Borach Tucholskich, a takie utwory jak „Cyberelfy”, „Piosenka o miłych rzeczach” czy „Scottie Pippen” pokazały, że Nanga potrafi łączyć melancholię z ironią, a społeczny komentarz z bardzo osobistymi wspomnieniami. Coraz większą rolę odgrywał też saksofon Karola Goli, który po gościnnym udziale na debiucie został pełnoprawnym członkiem grupy. Do pracy nad „Duchami” muzycy przystąpili już w obecnym, trzyosobowym składzie: Dubrowska, Dzierżanowski i Gola. Nowy materiał dojrzewał około półtora roku, a jego fundament stanowiły wspólne sesje w Płocku, później porządkowane przez Dzierżanowskiego. Słowa i partie wokalne trafiały do kompozycji dopiero na końcowym etapie pracy. Sama idea płyty narodziła się natomiast po jednym z koncertów, kiedy muzycy po raz kolejny przekonali się, jak silnie ich twórczość przywołuje u odbiorców wspomnienia młodości.

„Duchy” najciekawiej wypadają właśnie wtedy, gdy nostalgia przestaje być celem samym w sobie. Album jest mocno przesiąknięty klimatem lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych, choć jego brzmieniowe inspiracje sięgają jeszcze dalej. W „Rocky” czy „Soku z żuka” syntezatory momentami przywołują estetykę lat osiemdziesiątych, ale Nanga nie próbuje wiernie rekonstruować muzyki sprzed kilku dekad. Aranżacje pozostają zdecydowanie współczesne, dzięki czemu przeszłość staje się jednym z tworzyw, a nie jedynym powodem istnienia tych kompozycji. Charakterystyczny rytmiczny puls, elektronika, saksofon i szorstki wokal Dubrowskiej składają się przy tym na brzmienie trudne do jednoznacznego zaszufladkowania. Jest tu coś z zimnej fali, trip-hopu i alternatywnego rocka, lecz żaden z tych tropów nie wystarcza do opisania całości. I chyba właśnie to stanowi największą siłę „Duchów”: Nanga konsekwentnie rozwija własną estetykę, zamiast dopasowywać ją do oczekiwań szerokiej publiczności. Nie wszystko musi trafiać w mój gust, żebym docenił pomysłowość, charakter i spójność tego przedsięwzięcia.
Najlepiej widać to w poszczególnych utworach. Otwierające album „Soprano” odwołuje się do Tony’ego Soprano i fantazji o niezależności, a „Ghosting” z udziałem didżejki Praktycznej Pani przenosi uwagę z telewizyjnego ekranu na ekran smartfona. Gęsto rymowane zwrotki, melodyjniejszy refren i skrecze towarzyszą tutaj opowieści o relacjach urwanych bez wyjaśnienia. Nie brakuje również bohaterów kina i telewizji. „Rocky” przywołuje filmową historię boksera granego przez Sylvestra Stallone’a, „Sok z żuka” – groteskowy świat filmu Tima Burtona, a „Szkieletor” – kultowego antagonistę He-Mana. Sam „Szkieletor” pod względem muzycznym kojarzy mi się chwilami z The Doors i psychodelicznym klimatem przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. W „I love Polska” najmocniej działa natomiast tekst: przywiązanie do ludzi i elementów polskiej kultury, wraz z odniesieniem do Agnieszki Osieckiej, tworzy osobisty wątek patriotyczny pozbawiony wielkich deklaracji. Osobno zatrzymałbym się przy „Pogromczyni”, której atmosfera momentami przywołuje mi progresywną wrażliwość Porcupine Tree. To oczywiście odległe skojarzenie, ale dobrze pokazuje, jak wiele tropów potrafi uruchomić muzyka Nangi. Całości dopełnia okładka Wiktora Striboga, twórcy „Krainy Grzybów TV”, idealnie wpisująca się w niepokojący charakter wydawnictwa.
„Duchy” z pewnością nie będą propozycją dla każdego, ale trudno traktować to jako rzeczywistą wadę. To muzyka zdecydowanie alternatywna, wymagająca otwartości na niekonwencjonalne rozwiązania i bardzo wyrazistą osobowość wokalistki. Dubrowska często operuje gęstą, niemal rapowaną frazą, w której słowo wysuwa się na pierwszy plan, a teksty bywają naszpikowane aluzjami i popkulturowymi kodami. Dla jednych właśnie to będzie największym atutem formacji, dla innych – trudną do pokonania barierą. Nagromadzenie odniesień może też chwilami przesuwać uwagę z muzyki na samą zabawę w ich rozszyfrowywanie, szczególnie jeśli odbiorca nie dzieli z autorami podobnego bagażu pokoleniowego. Nie zmienia to faktu, że taka forma jest konsekwentna i świadomie obrana. Nanga nie próbuje ułatwiać odbioru swoich utworów, ale właśnie dzięki temu zachowuje wyraźny charakter.
Ostatecznie „Duchy” są dla mnie ciekawym przykładem albumu, którego wartość potrafię dostrzec także poza własnymi muzycznymi upodobaniami. Nie należę do najbardziej zagorzałych sympatyków Nangi, ale tym bardziej doceniam fakt, że ten materiał potrafił skłonić mnie do uważniejszego słuchania. Najbardziej przekonuje mnie pomysł, by wspomnienia o dawnych czasach potraktować nie jak schronienie, lecz jako punkt wyjścia do rozmowy o teraźniejszości. Dobrze widać to już w zestawieniu „Ghosting” z zamykającym płytę „Post mortem”: od zniknięcia z czyjegoś życia do pytania o to, co po nas pozostaje, droga bywa zaskakująco krótka. Prywatne doświadczenia, popkultura i komentarz społeczny przenikają się tutaj bez wyraźnych granic, a Nanga nie porzuca własnej tożsamości, tylko rozwija ją w ramach spójnej koncepcji pełnej ironii, skojarzeń i niepokoju. „Duchy” nie muszą przekonać każdego. Ważniejsze, że stoją za nimi konkretna wizja i muzyczna konsekwencja. A to, niezależnie od osobistego gustu, zdecydowanie zasługuje na uznanie.
Szymon Pęczalski