IKS

Fontaines D.C. – „Dopamine Chamber” [Recenzja], dystr. SONIC Records

„Romance” okazał się dla Fontaines D.C. prawdziwym przełomem. „Starburster” i „In the Modern World” to utwory, które na dobre zapisały się w katalogu Irlandczyków, pokazując ich bardziej przebojowe oblicze. Po tak udanej płycie można było oczekiwać, że zespół pójdzie za ciosem i będzie rozwijał sprawdzoną formułę. Tymczasem Fontaines D.C. wykonują kolejny stylistyczny zwrot, reagując na niespokojne czasy, w których przyszło nam żyć. Post-punk jest już zdecydowanie za nimi. Gdyby nie melancholia, wszechobecny mrok i charakterystyczny niepokój, momentami trudno byłoby rozpoznać zespół, który jeszcze kilka lat temu nagrywał „Dogrel” czy „A Hero’s Death”. Na „Dopamine Chamber” dominują elektronika, zapętlone motywy, mocno wyeksponowany bas i pasaże syntezatorowe. Pierwsza część albumu wyraźnie czerpie z estetyki lat 80., choć nie jest to bynajmniej prosta podróż sentymentalna.

Spotkałem się z porównaniami do Depeche Mode i Massive Attack, ale sam nie znajduję tu aż tak wielu podobieństw do tych grup. Znacznie częściej słyszę echa The Cure, a momentami nawet Nirvany. Fontaines D.C. korzystają z różnych inspiracji, ale nie próbują kopiować żadnej z tych grup. Akustyczne instrumenty, elektronika i loopy przenikają się, tworząc brzmienie jednocześnie znajome i zaskakująco świeże. Już otwierający album „Six Shot Morning” pokazuje, że Irlandczycy nie zamierzają grać bezpiecznie. To znakomity, motoryczny i transowy utwór, napędzany mocnym basem i syntezatorami. Hipnotyczny, melancholijny, nieco oniryczny. Nie jest to najbardziej oczywisty wybór na otwarcie płyty, ale właśnie dlatego działa tak dobrze. „Marianne” to z kolei materiał na wielki przebój – skandowany tekst i piękny refren przypominają, jak wiele Fontaines D.C. mają dziś do zaoferowania na polu melodii.

REKLAMA

 

 

A skoro już o melodiach mowa, Grian Chatten dowozi na tym albumie jak nigdy wcześniej. Jego wokalne pomysły bywają nieszablonowe i zaskakujące, ale potrafią też być proste i zwyczajnie piękne. „Mimesis” zapada w pamięć już po pierwszym przesłuchaniu, a charakterystyczne klawisze sprawiają, że utwór brzmi niczym wyjęty z katalogu któregoś z zespołów lat 80. Z kolei „Demolition” wyobrażam sobie jako stadionowy hymn. Emocje eksplodują tu już na początku zwrotek, a nie dopiero w refrenie. Jest w tym coś ze wspomnianej już wcześniej Nirvany – ta sama umiejętność połączenia surowej energii z melodią, która zostaje w głowie na długo. Gdzie indziej pojawiają się nawet elementy rapu, jak w wyśmienitym, singlowym „Tongue”.

 

Mniej więcej od „One Man” album zaczyna wyraźnie zwalniać. Elektroniczne faktury i mocne rytmy stopniowo ustępują miejsca spokojniejszym aranżacjom, a instrumenty akustyczne zaczynają odgrywać coraz ważniejszą rolę. Muzyka staje się bardziej intymna, choć nie traci emocjonalnej intensywności. Szczególnie zaskakuje „Where Is Gone”, nagrany z Rosalíą. Fontaines D.C. i hiszpańska gwiazda popu w balladzie? Trudno było przewidzieć takie połączenie, a jednak sprawdza się znakomicie. Utwór brzmi jakby został napisany z myślą o kolejnej odsłonie przygód Jamesa Bonda.

Grian Chatten szukał inspiracji, podróżując samotnie po Europie. Pogoda najwyraźniej mu nie dopisywała, bo w tekstach nie brakuje deszczu i ponurych obrazów. Do tego dochodzi powracający w kilku utworach motyw rozstania. „Dopamine Chamber” jest więc płytą zdecydowanie „on the dark side”, ale właśnie kontrast między mrokiem tekstów a pięknem melodii stanowi jedną z jej największych zalet. Chatten potrafi opowiadać o trudnych emocjach w sposób, który nie przytłacza, lecz wciąga. Podoba mi się również sposób, w jaki album się kończy. „Intimate” jest równie nieoczywistym finałem, jak „Six Shot Morning” było otwarciem. Oba utwory łączy hipnotyczny, melancholijny, senny klimat. Tworzą swoistą klamrę kompozycyjną, choć trudno byłoby nazwać je typowymi numerami otwierającymi i zamykającymi płytę. Fontaines D.C. unikają przewidywalnych rozwiązań nawet na poziomie konstrukcji całego albumu.

REKLAMA

 

zdj. Ewen Spencer

 

Na „Dopamine Chamber” zespół podejmuje spore ryzyko. Eksperymentuje z brzmieniem, strukturą piosenek i stylistyką, zapuszczając się na terytoria, na których wcześniej go nie słyszeliśmy. Co najważniejsze, większość tych eksperymentów się udaje. Ryzyko zdecydowanie się opłaciło. Czy to najlepszy album Fontaines D.C.? Nie jestem jeszcze pewien. „Romance” miało być może bardziej oczywiste przeboje, ale nowa płyta jest odważniejsza, bardziej różnorodna i pod wieloma względami dojrzalsza. Myślę tu trochę o „Disintegration” The Cure – nie dlatego, że oba albumy brzmią podobnie, lecz ze względu na sposób, w jaki melancholia, atmosfera i znakomite melodie tworzą spójną, emocjonalną całość. A czy „Disintegration” jest najlepszą płytą The Cure? Niekoniecznie trzeba znać odpowiedź, by docenić wielkość obu albumów.

 

Fontaines D.C. są dziś największym irlandzkim zespołem od czasów U2 i coraz trudniej nie widzieć w nich jednej z najważniejszych grup tej dekady. „Dopamine Chamber” tylko umacnia ich pozycję. Pośród szumu, niepokoju i wszechobecnego poczucia rozpadu udało im się stworzyć coś szczerego, pięknego i pełnego emocji. Muzykę, która nieustannie pozostaje w ruchu. I chyba właśnie to robi dziś największe wrażenie: Fontaines D.C. mogliby bezpiecznie korzystać z osiągniętego sukcesu, ale najwyraźniej znacznie bardziej interesuje ich to, dokąd mogą jeszcze dotrzeć.

 

Adam Stankiewicz

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020