Nie każde wznowienie po kilkunastu latach rzeczywiście ma sens. Czasem kończy się na nowej okładce, kilku dodatkowych fotografiach i dopisku „wydanie rozszerzone”, za którym nie stoi nic naprawdę istotnego. W przypadku „Zwierzeń kontestatora” Leszka Gnoińskiego i Marka Piekarczyka sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej. Pierwsza edycja książki ukazała się w 2014 roku nakładem wydawnictwa SQN i właśnie wtedy, jako dziewiętnastolatek, przeczytałem ją po raz pierwszy. Tamten egzemplarz do dziś stoi w mojej kolekcji, co obecnie nabiera dodatkowego znaczenia – pierwotne wydanie od dawna nie jest już dostępne w regularnej sprzedaży, a znalezienie go wymaga poszukiwań na rynku wtórnym i niekiedy odrobiny cierpliwości. Po dwunastu latach książka wraca jednak w nowej, wyraźnie poszerzonej odsłonie, tym razem wydanej przez wydawnictwo Leszka Gnoińskiego. Już sam tytuł sygnalizuje zmianę: do znanych „Zwierzeń kontestatora” dochodzi podtytuł „czyli przygody albatrosa w krainie nielotów”, którego w oryginalnej edycji nie było. Początkowo może wydawać się to jedynie kosmetycznym dodatkiem, ale wraz z kolejnymi stronami staje się jasne, że motyw ten pełni w nowym wydaniu znacznie ważniejszą funkcję.
Formalnie nadal mamy do czynienia z wywiadem-rzeką, choć takie określenie nie wyczerpuje charakteru tej książki. Gnoiński prowadzi Piekarczyka przez dzieciństwo, młodość, fascynację ruchem hipisowskim, realia PRL-u, pierwsze doświadczenia muzyczne, historię TSA, teatr, emigrację do Stanów Zjednoczonych i kolejne etapy życia. Kto spodziewa się jednak przede wszystkim opowieści o TSA, może się zdziwić. Zespół pozostaje oczywiście jednym z najważniejszych elementów tej historii, ale nigdy nie przesłania człowieka, który istniał przed nim i funkcjonował również poza nim. Piekarczyk opowiada zarówno o sukcesach, jak i porażkach, trudnych wyborach czy momentach załamania, a przy okazji stopniowo odsłania własną filozofię życia. Dzięki temu „Zwierzenia kontestatora” są również sugestywnym zapisem epoki – nie tylko historii polskiego rocka, lecz także rzeczywistości PRL-u widzianej oczami człowieka, który ze swoim wyglądem, poglądami i sposobem życia nie zawsze mieścił się w obowiązujących ramach. I właśnie wtedy książka jest najciekawsza: gdy przestaje być kroniką płyt, koncertów, zespołów i kolejnych dat, a staje się opowieścią o kimś, kto przez większość życia próbował funkcjonować według własnych zasad.
Największą siłą książki pozostaje zresztą sam Piekarczyk, bo jest po prostu znakomitym gawędziarzem. Jedna historia uruchamia następną, anegdota prowadzi do wspomnienia, a ono potrafi nieoczekiwanie przerodzić się w rozważania o wolności, muzyce, społeczeństwie czy zwyczajnym codziennym życiu. Gnoiński z reguły pozostawia rozmówcy dużo przestrzeni i nie próbuje za wszelką cenę podporządkowywać opowieści sztywnemu scenariuszowi. Czasem można jednak odnieść wrażenie, że warto byłoby mocniej dopytać albo wejść z Piekarczykiem w wyraźniejszą polemikę, szczególnie gdy padają opinie wręcz proszące się o kontrę czy dodatkowe pytanie. Z drugiej strony właśnie dzięki tej swobodzie bohater nie przypomina postaci z wygładzonej i starannie ocenzurowanej autobiografii. Nie spoglądam przy tym na jego opowieść bezkrytycznie. W kilku miejscach moje własne poglądy zdecydowanie rozmijają się z jego sposobem patrzenia na świat. Nie postrzegam tego jednak jako wady książki. W wywiadzie-rzece znacznie ciekawszy jest przecież bohater, który zmusza czytelnika do zajęcia stanowiska i skonfrontowania jego opinii z własnymi, niż taki, z którym przez kilkaset stron można się wyłącznie zgadzać.

Najbardziej wymowne różnice w nowym wydaniu pojawiają się jeszcze zanim rozmowa na dobre nabierze tempa. Oryginał otwierał cytat Georga Christopha Lichtenberga, natomiast w edycji z 2026 roku jego miejsce zajmuje fragment wiersza Charles’a Baudelaire’a „Albatros”. W połączeniu z nowym podtytułem trudno potraktować tę zmianę jako przypadkową wymianę motta. Albatros staje się symbolicznym komentarzem do samego Piekarczyka – człowieka funkcjonującego trochę obok tytułowej „krainy nielotów”, nie zawsze przystającego do otoczenia i konsekwentnie podążającego własną drogą. Nieznacznie zmienił się również wstęp Leszka Gnoińskiego, ale znacznie ciekawszy jest początek właściwej rozmowy, w którym obaj autorzy spoglądają wstecz na dwanaście lat dzielących kolejne edycje. Pierwsze „Zwierzenia kontestatora” zatrzymały przecież Piekarczyka w bardzo konkretnym momencie jego życia i kariery, kiedy po latach obecności na scenie docierał także do kolejnej, znacznie szerszej publiczności. Dziś sama tamta książka staje się więc dokumentem określonego etapu, a nowe fragmenty pozwalają spojrzeć na niego z wyraźnego dystansu. Piekarczyk ma obecnie 75 lat, jest emerytem i kilkukrotnie sam zwraca uwagę na swój wiek. Nie oznacza to odcinania się od dawnych przekonań ani prób przepisywania własnej historii. Wyraźniej obecna jest po prostu świadomość upływającego czasu oraz faktu, że o wielu wydarzeniach mówi dziś człowiek znajdujący się w zupełnie innym miejscu życia niż w 2014 roku.
Najważniejszym argumentem przemawiającym za ponownym sięgnięciem po książkę pozostaje jednak ilość nowego materiału. Edycja z 2026 roku liczy około 650 stron wobec 480 stron pierwszego wydania i zawiera około 20% więcej tekstu. Do tego dochodzi ponad 250 fotografii, w tym wiele wcześniej niepublikowanych, kolejne wiersze i teksty Piekarczyka, rysunki Stanisława „Stanleya” Żurka oraz fragmenty komiksu „Legendy Jarocina” Jacka Kowalskiego. Najważniejszą nowością pozostaje oczywiście całkowicie nowy rozdział. Piekarczyk również tutaj nie rezygnuje ze swojej charakterystycznej przekory, zahaczając między innymi o pandemię i politykę, choć na szczęście żaden z tych tematów nie przejmuje całej narracji. Jest miejsce na lżejsze wspomnienia z zagranicznych podróży, dyskusję o tym, czy bycie artystą należy traktować jako zawód, hobby czy może po prostu sposób życia, a pod koniec również na Skaldów, ze szczególnym uwzględnieniem zmarłego Jacka Zielińskiego. Nie jest to więc techniczny dopisek przygotowany wyłącznie po to, by można było nazwać książkę „wydaniem poszerzonym”, lecz kolejna pełnoprawna porcja dygresji, wspomnień i ocen charakterystycznych dla całej rozmowy. Co równie istotne, nowe fragmenty oraz uzupełnione odpowiedzi zostały wplecione w pierwotny materiał na tyle umiejętnie, że całość zachowuje naturalny rytm i nie sprawia wrażenia książki posklejanej z dwóch różnych etapów.

Mimo znacznie większej objętości „Zwierzenia kontestatora” nadal czyta się bardzo płynnie. Sześćset pięćdziesiąt stron może początkowo wyglądać odstraszająco, ale w praktyce rozmowa rzadko traci tempo, a naturalna skłonność Piekarczyka do dygresji częściej pomaga narracji, niż ją spowalnia. Na osobną pochwałę zasługuje również jakość samego wydania. Już edycja SQN z 2014 roku prezentowała wysoki poziom, jednak nowa wersja w mojej opinii wypada pod tym względem jeszcze lepiej. Większa liczba fotografii i pozostałych materiałów dodatkowych nie służy jedynie zwiększeniu objętości książki, lecz rzeczywiście uzupełnia opowiadaną historię. Podobnie jest z niepublikowanymi wcześniej wierszami Piekarczyka. Z jednej strony mają niewątpliwą wartość kolekcjonerską, szczególnie dla osób od lat śledzących jego twórczość, z drugiej zaś dokładają kolejne elementy do portretu bohatera i pozwalają spojrzeć na niego z innej strony niż wyłącznie poprzez rozmowę. To właśnie takie dodatki powodują, że również posiadacz pierwszej edycji otrzymuje coś znacznie więcej niż ten sam tekst wydrukowany ponownie pod zmienioną okładką.
I chyba właśnie dlatego po nowe „Zwierzenia kontestatora” warto sięgnąć niezależnie od tego, z której strony do nich podchodzimy. Dla czytelnika spotykającego się z książką po raz pierwszy drugie wydanie jest po prostu najpełniejszą wersją historii Marka Piekarczyka – bogatszą, obszerniejszą i uzupełnioną o treści, których wcześniej nie było. Z kolei ktoś, kto podobnie jak ja posiada edycję z 2014 roku, dostaje wystarczająco dużo nowego materiału, aby powrót nie sprawiał wrażenia czytania dokładnie tej samej książki po raz drugi. Nowy rozdział, retrospektywne spojrzenie na ostatnie dwanaście lat, dodatkowe fotografie i wiersze, zmieniona oprawa całej historii oraz wysoka jakość wydania powodują, że określenie „wydanie poszerzone” zdecydowanie nie jest tutaj marketingową wydmuszką. „Zwierzenia kontestatora” nadal pozostają przede wszystkim spotkaniem z człowiekiem, który przez większą część życia próbował zachować własną tożsamość niezależnie od zmieniających się okoliczności, ale przy okazji są też zapisem świata, którego znaczna część już nie istnieje. Nie ze wszystkimi opiniami Piekarczyka trzeba się zgadzać i nie wszystkie wspomnienia trzeba interpretować w taki sam sposób jak on. Być może właśnie dzięki temu ta opowieść po latach nadal potrafi angażować. A jeśli nowy podtytuł rzeczywiście ma być kluczem do jej odczytania, to tym razem albatros nie tylko ma do powiedzenia więcej – zdecydowanie warto go wysłuchać zarówno po raz pierwszy, jak i kolejny.
Szymon Pęczalski
Książkę „Zwierzenia kontestatora, czyli przygody albatrosa w krainie nielotów”, jak i inne pozycje autorstwa Leszka Gnoińskiego można nabyć w jego sklepie: TUTAJ.