Galeria zdjęć i relacja tekstowa z Lost Generation Festival, który odbył się 16 czerwca 2026 roku w krakowskiej Tauron Arenie.
Nic tak nie cieszy starego festiwalowicza jak pojawienie się na mapie nowej imprezy muzycznej, która wychodzi poza ramy zwykłego koncertu jakiejś gwiazdy z supportami. I to jeszcze pod samym nosem, w Krakowie – który „stracił” w ostatnich latach kilka festiwali. Myślę tu nie tylko o najdłuższym stażem Live Music Festivalu – którego ostatnia edycja odbyła się w 2022 roku, ale też o jedynym roczniku Mystic Festivalu (2019) – który przeniósł się do Gdańska, niezbyt imponującym wznowieniu Impactu – który okazał się w tym roku regularnym występem headlinera (Limp Bizkit) z supportami, tracąc zresztą człon „Festival” z nazwy, oraz o zmianie charakteru Sacrum Profanum na kameralne cykle koncertów muzyki współczesnej (z czego akurat ja się cieszę – ale wiem, że jestem w mniejszości). I o ile Kraków jest mocny, jeśli chodzi o te cykliczne wydarzenia muzyczne w mniejszych klubach, to zdecydowanie brakuje mu dużych, bardziej mainstreamowych rozbudowanych eventów, których sporo jest choćby w leżących nieopodal Katowicach (m.in. OFF, Tauron Nowa Muzyka). I na tę mapę wchodzi właśnie Lost Generation Festival, który zorientowany jest na konkretną bańkę muzyczną, ale o potencjale komercyjnym mogącym przyciągnąć tłumy – o czym zresztą świadczy sold out imprezy, której stylistyka miała skupiać się na nostalgii do lat 90. i wczesnych 00., i to na wielu warstwach.
Choć koncerty w samej hali Tauron Areny zaczynały się dopiero o 16:45, to już od południa czynna była rozbudowana strefa wokół obiektu, która oprócz atrakcji sportowych zapewniała też te najważniejsze – muzyczne. Niestety nie zdążyłem na pierwszy z trzech plenerowych setów lokalnej pop-punkowej grupy CF98, który miał podobno akustyczny charakter. Ale udało mi się już obejrzeć pierwsze pojedynki na rampie, przy której rywalizowali śmiałkowie na deskorolkach. To nie była zwykła pokazówka – skejci mieli tu pełne zawody: fazę pucharową 4×4 i wielki finał, wszystko skrupulatnie oceniane przez sędziów. Szczerze mówiąc, wybierając się na festiwal muzyczny, nie sądziłem, że tyle czasu spędzę oglądając sportowców, ale niektórzy zawodnicy prezentowali naprawdę wysoki poziom i ciężko było się oderwać. Obowiązek dziennikarski zaprowadził mnie jednak również do strefy koszykówki, gdzie trafiłem akurat na krótki show dziewczyn z Cheerleaders Ergo Śląsk i występ Dizzy Boyz Brass Band, którym towarzyszył jeden z miśków-maskotek imprezy, czyli atrakcje artystyczne tak przecież typowe dla amerykańskiej kultury tego sportu. Oprócz strefy skejtów i koszykarzy przy samym wejściu było też kilka wehikułów z dawnych lat, jak retro samochód policyjny, z groźnie wyglądającymi jegomościami w pełnym rynsztunku służbowym. A w mniejszej hali, tzw. Małej Arenie, można było pograć we flippery i na starych konsolach, czy pobawić się starym sprzętem – walkmanami i discmanami. Jako że nigdy nie byłem gamerem, a za starą technologią nie tęsknię, szukałem więc tego dnia przede wszystkim wrażeń muzycznych.
Pierwsze z nich zapewnili mi wspominani już wyżej CF98. Krakowska pop-punkowa grupa z ponaddwudziestoletnim stażem swój drugi set zagrała chyba w najlepszych dla siebie okolicznościach towarzyszących. Ich występ odbył się tuż przy rampie skejtów, a w trakcie gdy grali utwory głównie ze swojego ostatniego albumu, „Stupid Punk”, nad ich głowami fruwali deskorolkarze, ćwicząc triki przed dalszymi zmaganiami. A wokół były leżaki, zimne napoje i przyjemnie prażące słonko – cudowna familiarna atmosfera. Trzeci, ostatni już tego dnia set, zagrali z kolei bliżej wejścia na teren imprezy, przy samej Arenie. Tym razem do trzech autorskich kompozycji dołożyli medley złożony z coverów zespołów, którymi się inspirują – Sum 41, blink-182, Jimmy Eat World i Wheatus, podczas którego grupę wsparli gościnnie Dizzy Boyz Brass Band, cheerleaderki i… wielu zgromadzonych słuchaczy znających na pamięć teksty tych wszystkich klasyków. Trzeba przyznać, że CF98 dobrze wywiązali się z rozgrzania festiwalowiczów przed głównymi koncertami. Ich melodyjne, przebojowe kawałki pasowały do luźnego klimatu tego dnia, a charyzmatyczna frontwoman sprawnie angażowała publiczność do wspólnej zabawy.
Przyszła pora na przejście do Areny, w której jako pierwsi zaprezentowali się Lagwagon, po The Offspring najstarszy zespół występujący na festiwalu. I obracający się muzycznie w podobnej skate- i pop-punkowej stylistyce, co główna gwiazda. Bez zbędnych eksperymentów zagrali przede wszystkim materiał ze swojego złotego okresu – płyt wydanych między 1995 a 2003 rokiem, zresztą tytułem albumu „Hoss” była opatrzona aktualna europejska trasa formacji, jak więc można się domyślić – był najlepiej reprezentowany w setliście. Sam koncert oceniam jako po prostu poprawny, może w lepszym odbiorze pomogłaby mi choć podstawowa znajomość ich twórczości, a może bardziej kameralne miejsce – miałem wrażenie, że ten obiekt ich trochę przytłoczył – szkoda, że nie zagrali przy rampie, jak nasi rodacy.
Wyraźnie lepiej odnaleźli się na dużej scenie Hollywood Undead. Choć stażem najmniej pasowali do założeń festiwalu (powstali w 2005 roku), to ich przebojowy rapcore mógł podobać się fanom wychowanym na Limp Bizkit czy grających później tego wieczoru Papa Roach. Jako pierwsi tego dnia zorganizowali sobie scenografię – dwie plastikowe palmy na scenie chyba miały podkreślać ich pochodzenie i związaną z tym nazwę grupy. Zagrali przekrojowy set, reprezentujący ich niemal wszystkie albumy studyjne, otwierając i zamykając koncert dwoma utworami z najpopularniejszego z nich – debiutu „Swan Songs”. Pochwaliłbym zorganizowanie wszystkich pięciu wokalistów zespołu, którzy wymiennie obsługiwali w różnych kawałkach instrumenty, co naturalnie urozmaicało ten występ. Wzmocnieni żywą perkusją zabrzmieli jednocześnie odpowiednio ciężko i organicznie. Widać też było na sali większy entuzjazm coraz licznie zapełniającej płytę publiki.
Liczba osób wyraźnie zwiększyła się już na kolejnym koncercie. Nic dziwnego, bo trudno nie znać chociaż jednego utworu The Rasmus, że od razu wspomnę o niemiłosiernie katowanym w wielu stacjach radiowych „In the Shadows”. Ale może nie będę zaczynał od końca… Zastanawiająca była w ogóle obecność tej grupy w lineupie festiwalu… Ok, wprawdzie metryką pasują do całej reszty – zaczęli tworzyć w latach 90., a okres ich największej popularności to lata dwutysięczne, zresztą połowę kompozycji zagrali tego wieczoru z płyt „Dead Letters” (2003) i „Hide from the Sun” (2005). Ale sama ich muzyka średnio pasuje do reszty składu – brakuje im luzu i groove’u tak charakterystycznego dla amerykańskich grup, które zdominowały program Lost Generation Festival. Finowie ze swoim quasiromantycznym pop rockiem wyróżniali się tutaj. Zresztą zespół nie próbował stawiać na samą nostalgię, przemycali też nowsze rzeczy. Szczególnie pierwsza połowa setu była skupiona na zeszłorocznej płycie „Weirdo”, trochę cięższej niż materiał sprzed dwudziestu lat. Choć widać było zaangażowanie muzyków, nie przekonywał Lauri, wokalista i lider grupy. Jego specyficzna maniera sceniczna i wokal, mniej sprawny niż w tych radiowych hitach… no cóż, nie wzbudziły mojej sympatii. Choć ludzi było całkiem sporo, nie widziałem jakiegoś większego entuzjazmu pod sceną. Chyba większość po prostu przyszła zobaczyć znany zespół z lat swojej młodości – tak jak ja. Pewnie niektórzy chcieli też dobrze ustawić się na kolejny koncert.
Papa Roach to był już bardzo celny strzał, jeśli chodzi o booking na taki festiwal. Ich płyty pewnie kręciły się w niejednym discmanie uczestników Lost Generation. Mimo że nie byli właściwym headlinerem, to sceniczna oprawa była tu chyba najbardziej bogata. Zwracała od razu uwagę ilość telebimów – oprócz standardowych na środku i po bokach były dodatkowe dwa mniejsze pomiędzy nimi + platforma z dwoma zestawami perkusyjnymi, która wyposażona była w wyświetlacz. Dzięki temu można było nie tylko pokazywać z bliska grających muzyków i lidera Jacoby’ego Shaddixa, ale cały czas uzupełniać to wizualizacjami i fragmentami teledysków. Gdyby tego było mało, przez większość występu aktywne były wytwornice dymu i armatki ogniowe, które podkręcały gorącą atmosferę. Publiczności nie trzeba było zachęcać do ostrzejszej zabawy – pierwszy raz tego dnia falowała cała płyta. Być może było to nawet przyczyną niebezpiecznego incydentu już na początku show. Jeden z uczestników zasłabł i konieczna była interwencja służb medycznych, która przerwała koncert na 15 minut. Wyglądało to wszystko dramatycznie, bo konieczna była długa resuscytacja, ale bardzo sprawne działanie publiczności, która znakiem skrzyżowanych rąk wymogła na zespole przerwanie występu i utworzyła korytarz dla medyków oraz ochroniarzy, umożliwiło błyskawiczną pomoc. Należy też pochwalić służby ratunkowe, które od razu dotarły do poszkodowanego i profesjonalne zachowanie ochrony, która zabezpieczyła teren.
Wracając do muzyki, Papa Roach nie opierali się tylko na nostalgii, sam set zaczęli nawet singlem z nadchodzącego albumu. I choć później cofnęli się dwoma utworami do „Infest” z 2000 roku („Blood Brothers” i „Dead Cell”), czy do pochodzących z pierwszej dekady naszego wieku „Getting Away with Murder” i „The Paramour Sessions”, to równie chętnie prezentowali młodsze kompozycje. Oprócz w sumie trzech nowych kawałków, z nienazwanego jeszcze dwunastego studyjnego albumu, zagrali jeden z „F.E.A.R.” oraz po dwa z „Crooked Teeth” i „Ego Trip”. Do nostalgii nawiązywali przede wszystkim w coverach – gdzieś w środku występu pojawił się „California Love” 2Paca, a pod sam koniec, między dwoma kolejnymi autorskimi kompozycjami z „Infest” („Between Angels and Insects” i „Last Resort”), zagrali medley złożony z największych hitów najpopularniejszych zespołów numetalowych lat 00. Ze sceny poleciały więc wybrane fragmenty „Blind” Korna, „My Own Summer (Shove It)” Deftones, „Break Stuff” Limp Bizkit (po raz trzeci w tym miesiącu w Tauron Arenie) oraz „Chop Suey!” System of a Down. Muszę przyznać, że setlista była ułożona bardzo umiejętnie. Wiadomo, że zespoły chcą często prezentować swoją aktualną twórczość, a nie tylko odcinać kupony. Z drugiej strony, na takim festiwalu fani chcą słuchać największych hitów, przyszli przecież nakarmić nostalgię do swoich młodzieńczych lat. I na tym koncercie wszystko było wyważone. Widać też było, że gdy Papa Roach grali swoje nowsze rzeczy, atmosfera wcale nie siadała. I za to utrzymywanie uwagi publiczności, sprawne żonglowanie utworami, czy przede wszystkim za danie tego wieczoru najcięższego i najbardziej imponującego produkcyjnie show należy ich po prostu pochwalić.
Przyszła pora na głównego headlinera, który… już zdążył zagrać jeden utwór parę godzin wcześniej. Między koncertami Hollywood Undead i The Rasmus tuż pod samym wejściem do Areny, niedaleko miejsca ostatniego setu CF98, rozłożyli się muzycy The Offspring i zagrali swój prawdopodobnie najpopularniejszy utwór – „The Kids Aren’t Alright”, czym zaskoczyli wszystkich festiwalowiczów. W tym mnie, bo niestety ominąłem ten niezapowiedziany show, rozglądając się za innymi atrakcjami – tak to już jest z niespodziankami. Na szczęście nie przegapiłem koncertu głównego w Arenie. Trzeba powiedzieć, że zaczęło się dość oszczędnie, biorąc pod uwagę występ ich poprzedników z Papa Roach. Można było odnieść wrażenie, że grupa chce się skupić przede wszystkim na muzyce, a nie otoczce. Pierwsza połowa koncertu była dominacją szybkich, motorycznych kawałków z okresu ich największej popularności, zaprezentowanych dość przekrojowo. Zaczęła się i skończyła utworami ze „Smash” („Come Out and Play” i „Bad Habit”), a pomiędzy dostaliśmy pojedyncze utwory z każdej kolejnej płyty do „Rise and Fall, Rage and Grace”, a także dwa z zeszłorocznej „Supercharged”. Zwracało uwagę to, że wybrane numery skupiały się na prędkości, co przy ograniczonej do telebimów i regularnych świateł oprawie scenicznej dawało wrażenie uczestnictwa w bardziej klasycznym koncercie punkowym, niekoniecznie szczególnie mainstreamowym.
Trochę to wszystko zwolniło w momencie, gdy Dexter i Noodles postanowili zrobić sobie przerwę na konferansjerkę złożoną z licznych suchych żartów i odegranie pod rząd serii coverów. Ale trudno się dziwić, że tempo wyhamowało, gdy szybkie punkowe strzały zostały zastąpione rozwleczoną gadaniną i kompozycjami Black Sabbath i Taylor Swift. Nawet gdy później cofnęli się znów w czasie do „Smash”, to pochodzący z niego „Gotta Get Away” nie przywrócił wcześniejszej energii temu występowi. Na szczęście końcówka była nastawiona na inną zabawę. Tempo zwolniło, ale pojawił się groove, charakterystyczny dla trzech największych szlagierów z „Americany”: „Why Don’t You Get a Job?”, „Pretty Fly (for a White Guy)” i – ponownie tego wieczoru – „The Kids Aren’t Alright”. Co równie istotne, The Offspring pokazali w drugiej części setu, że mają też w zanadrzu bogatą warstwę wizualną. Więc tu już praktycznie w każdym kawałku armatki strzelały konfetti i serpentynami, pojawiły się też olbrzymie pompowane czaszki i skydancerzy. Na bis dostaliśmy jeszcze kolejne dwa największe hity grupy: „You’re Gonna Go Far, Kid” i „Self Esteem”. I na tym tegoroczna edycja Lost Generation Festival się zakończyła.
Muszę przyznać, że choć nie należę do ścisłej grupy docelowej samej imprezy, to bardzo podoba mi się cały pomysł bazujący na nostalgii do muzyki i kultury z przełomu wieków. Zresztą, nawet jeśli ktoś obecnie interesuje się innymi rzeczami, a dorastał otoczony dźwiękami opisywanych tu grup, taka jednorazowa podróż w przeszłość może być bardzo przyjemna, a nawet – wbrew pozorom – odświeżająca. Doceniam też samo zagospodarowanie terenu wokół Areny. Może nie było tego jeszcze zbyt wiele, ale przecież nie nudziłem się spacerując między tymi atrakcjami. Widzę tu też duży potencjał do rozbudowy imprezy. Oprócz zwiększenia i wydłużenia czasu działania dodatkowych stref, można przecież postawić jakąś małą scenę gdzieś pod Areną, by uzupełniała muzyczny program w przerwach między wykonawcami grającymi w środku. Choć w tej kwestii chyba nie muszę się jakoś szczególnie wymądrzać – o ile mnie pamięć nie myli, Knock Out Productions współorganizowali na tym terenie jedyną krakowską edycję Mystic Festivalu. To była dwudniowa rozbudowana impreza z kilkoma scenami i strefami dodatkowymi – doprowadzenie Lost Generation Festival do takiej skali w ciągu paru lat jest spokojnie w zasięgu. Jak na pierwszą edycję – czapka z głowy, podobało mi się!
Tekst: Adrian Pokrzywka
Festiwal został zorganizowany przez Knock Out Productions.
Zapraszamy do obejrzenia galerii zdjęć autorstwa Ewy Piekut.