IKS

Jakub Skorupa [Rozmowa]

jakub-skorupa-rozmowa

Na początku 2021 roku wypuścił „Pociągi towarowe”, czyli utwór, który sporo namieszał na polskim podwórku. Nic więc dziwnego, że wieści o jego twórczości, wśród miłośników muzyki, szybko zaczęły się roznosić. Jakub Skorupa, bo o nim mowa, zadebiutował właśnie albumem „Zeszyt pierwszy”, o którym z pewnością w najbliższych miesiącach będzie głośno.

 

Szymon Bijak: Gratuluję debiutu, który naprawdę jest udany. Na wstępie zapytam: czy w związku z tym, że zaczynasz na poważnie karierę muzyczną dość późno, jeśli chodzi o wiek, przed wydaniem „Zeszytu pierwszego” odczuwałeś jakiś większy stres, tremę? Czy oswoiłeś się z tym wszystkim? Miałeś w sumie czas, gdyż od pierwszego wypuszczonego przez ciebie numeru do premiery płyty minął ponad rok.

Jakub Skorupa: Szczerze mówiąc, przy okazji premiery płyty nie zauważyłem, żebym odczuwał większy stres czy tremę. Przede wszystkim cieszyłem się, że udało się to zrobić. Emocje, które towarzyszą mi ostatnio, są związane z tym co się dzieje za naszą wschodnią granicą. To przedziwny czas.
 

SZB: Z drugiej strony muszę stwierdzić, że dobrze się stało, że debiut wydałeś po trzydziestce. Po wgłębieniu się w warstwę tekstową „Zeszytu Pierwszego” ciężko byłoby mi sobie wyobrazić, żeby to napisał dwudziestolatek. Trzeba sporo widzieć i przeżyć, żeby móc w taki sposób przelać swoje obserwacje na papier…

JS: W ten właśnie sposób o tym myślę. Te piosenki ewidentnie potrzebowały czasu, żeby mogły powstać. Musiałem nabrać dystansu do niektórych spraw, o których piszę w „Zeszycie pierwszym”. Myślę, że ten retrospektywny charakter jest kluczowy w tym moim późnym debiucie. Wszystko się więc złożyło.
 

SZB: Kiedy rozmawialiśmy kilka miesięcy temu, tuż przed wypuszczeniem kompozycji „Wakacje i deszcz” zapowiadałeś, że debiut – pod względem muzycznym – będzie różnorodny. I tak rzeczywiście jest. Ale nic nie wspominałeś, że szykujesz concept album…

JS: Zdałem sobie z tego sprawę dopiero, kiedy album był skończony. Gdy wyszedłem na spacer i puściłem sobie całość, dotarło do mnie, że w utworach opowiedziałem dotychczasową historię swojego życia. To było przeze mnie nie planowane. Tak naprawdę, nawet się tego nie spodziewałem. O ile wiedziałem o czym są te piosenki, wiedziałem jaka jest ta muzyczna opowieść, to dopiero na samym końcu zorientowałem się, co się wydarzyło. Wszystkie elementy złożyły się w całość, dlatego też „Zeszyt pierwszy” ma wymiar concept albumu. To naprawdę było zaskakujące. Sporo rzeczy – przy okazji twórczości – dzieje się na gruncie nieświadomym, po prostu.
 

SZB: W swoich tekstach dość mocno się odsłaniasz. To są twoje obserwacje, przemyślenia i przeżycia. Mówisz do słuchacza bardzo wprost.

JS: Naturą tych piosenek, w gruncie rzeczy, jest szczera rozmowa z samym sobą. Dlatego traktują one o niekoniecznie łatwych rzeczach w bardzo otwarty sposób. Ja sam tego potrzebowałem. Temu właśnie moje piosenki służą. Chcę to wszystko sobie uporządkować. Myślę, że ta otwartość – w tym przypadku – pomaga. Kiedy ja jestem szczery ze sobą, to okazuje się, że te utwory mają okazję dotrzeć do innych ludzi i „coś im zrobić”.
 

SZB: Można więc powiedzieć, że pisanie tekstów jest dla ciebie w czymś rodzaju katharsis…

Ten album jest dla mnie bardzo oczyszczający. Pomimo tego, że dotyczy wielu kwestii, które wydarzyły się dawno temu i są w moim życiu zamknięte, to ja „Zeszyt pierwszy” postrzegam bardziej jako postawienie kropki nad „i” po pewnym okresie w swoim życiu niż rozpoczęcie nowego etapu. Choć jest to ten sam moment, kiedy jedno się kończy, a drugie zaczyna. Tych piosenek po prostu potrzebowałem dla siebie. Fenomenalne jest to, że ludzie zaczynają na nie reagować. Mówią, że mieli tak samo i znają tego typu historie z własnych życiorysów. To jest coś magicznego.
 

SZB: Jako, że pochodzisz ze Śląska, nie zdziwiło mnie zupełnie, że klimat tego regionu w twoich tekstach się przewija. Zwłaszcza w „Pociągach towarowych” i „Barbórce”. Tytuł tego drugiego utworu zresztą nie pozostawia co do tego złudzeń. Czy zauważyłeś, że Śląsk, przez te ostatnie lata, bardzo się zmienił?

JS: Przez większość mojego życia, zwłaszcza kiedy byłem nastolatkiem, Śląsk był dla mnie miejscem, z którego chciałem się jak najszybciej wydostać. Chciałem uciec, gdyż nie wiedziałem tu przyszłości dla siebie. Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Nie dość, że po latach wróciłem na Śląsk, mieszkam teraz w Gliwicach, to cały czas zauważam, jak ten region się zmienia, jak ewoluuje. Jest bardzo dużo energii w ludziach, którzy tutaj mieszkają. Myślę, że to widać na każdym kroku. Śląsk jest teraz zupełnie innym miejscem. Patrzę na to wszystko z dużym optymizmem. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zamykano kopalnie – to był pewnego rodzaju upadek tego regionu. Myślę, że jeszcze przed nami ten kolejny etap, kiedy rządzący zdadzą sobie sprawę, że czas najwyższy uporządkować pewne sprawy z wydobyciem węgla, ale wydaje mi się, że Śląsk jest absolutnie gotowy, aby poradzić sobie z tymi wyzwaniami, które na niego czekają.
 

SZB: Twoi słuchacze musieli trochę uzbroić się w cierpliwość. „Pociągi towarowe” pojawiły się na początku 2021 roku. Przez ten okres wypuściłeś w świat kilka utworów. Co jakiś czas podgrzewałeś więc atmosferę, ale pewnie z wielu stron słyszałeś pytania w stylu: „kiedy ten album w końcu się ukaże?”. Taka taktyka była od początku skrupulatnie zaplanowana?

JS: Od samego początku wiedziałem, że powstanie album. Pierwsze sześć miesięcy ubiegłego roku poświęciłem czas na skończenie tego materiału i jego wyprodukowanie. Cała płyta, z wyjątkiem utworu „Joga”, w którym zaśpiewał również Patrick the Pan, była gotowa w wakacje. Natomiast po naszym krakowskim koncercie, który miał miejsce na początku grudnia, zaproponowałem Patrickowi wspólne „ćwiczenie jogi”. Jeśli chodzi o samo wypuszczanie utworów przez cały ubiegły rok – to była naturalna droga. Wiedzieliśmy, że ten album musi trochę poczekać. Intensywnie nad nim pracowaliśmy. Jednocześnie niektóre kompozycje mieliśmy już gotowe. W styczniu 2021 wypuściłem pierwszą piosenkę i nie chciałem zostawiać między nią, a premierą „Zeszytu pierwszego”, tak długiej przerwy. Dla mnie to było istotne, żeby udostępnionych utworów było trochę więcej. Zmierzaliśmy do skończenia albumu, ale jednocześnie chodziło mi o wypuszczanie kolejnych numerów z pewną regularnością. Zresztą, większość – wówczas – jeszcze nieopublikowanego materiału mieliśmy okazję prezentować podczas koncertów. Każdy kolejny ujawniony numer był okazją, żeby cieszyć się z faktu, że to naprawdę się dzieje.
 

SZB: Wspomniałeś już o „Jodze”, więc chciałbym dalej pociągnąć ten temat. Jak w ogóle doszło do twojej współpracy z Patrickiem the Panem?

JS: To wszystko nastąpiło dość naturalnie. Poznaliśmy się latem ubiegłego roku podczas Opene’er Parku. Patrick grał wówczas w zespole Dawida Podsiadło, a Kuba Dąbrowski – mój producent – występował przed nimi, jako suport. Potem przez jakiś czas rozmawialiśmy ze sobą na Instagramie. W grudniu 2021 Patrick pojawił się na naszym koncercie, jako słuchacz, w Krakowie. Tam mieliśmy okazję porozmawiać trochę dłużej. Okazało się, że mamy dobre „flow”. Dotarło do mnie wówczas, że mam jeden numer, który idealnie pasuje do Patricka. Po kilku dniach pewnych rozmyślań, zapytałem go czy chciałby zaśpiewać na płycie. Jego reakcja była entuzjastyczna. Zgodził się bez problemu. Od razu zapytał: „Kiedy nagrywamy?”. W ciągu kilku tygodni udało nam się go skończyć. Ja zresztą jestem fanem jego twórczości od dobrych kilku lat.

 

SZB: „Zeszyt pierwszy” ukazał się nakładem polskiego oddziału legendarnej wytwórni Def Jam, która kojarzy się przede wszystkim z hip-hopem. Pytam o to, gdyż… ciężko nazwać ciebie raperem. Jak w ogóle doszło do tej współpracy?

JS: Chwilę potem, jak wyszły „Pociągi towarowe”, odezwał się do mnie Marcin z Def Jamu, który należy do Universalu. Napisał, że super numer i zapytał czy mam więcej materiału. Odpisałem, że tak. Po jakimś czasie zaczęliśmy rozmawiać na temat kontraktu fonograficznego. Byłem w sumie zdziwiony, że to właśnie Def Jam się do mnie odezwał. Ale okazało się, że ludzie tam pracujący są bardzo otwarci na różnego rodzaju muzykę. Wydają przecież chociażby Vito Bambino czy Rosalie. To mnie również przekonało. Przede wszystkim jednak „kupili” mnie swoim podejściem. Świetnie mi się z nimi rozmawiało – nie czułem, że przede mną siedzą wielkie szychy z branży. Odbierałem ich bardziej jako „ziomków”.

SZB: Mam wrażenie, że wszystko, jeśli chodzi o wydanie „Zeszytu pierwszego”, było dokładnie dopracowane. Płytę można bowiem zamówić w zestawie z zeszytem oraz długopisem. Układa się więc to w logiczną całość. Być może natchniesz swoich słuchaczy, żeby korzystali z nich, aby spisywać swoje myśli… Być może wyjdą z tego kiedyś teksty? Myślałeś nad tym w ten sposób?

JS: Geneza tego pomysłu jest następująca: któregoś dnia, jak zaczęliśmy rozmawiać na temat przedsprzedaży, pomyślałem, że skoro album będzie nazywał się „Zeszyt pierwszy”, to dorzućmy słuchaczom właśnie zeszyt. W moim przypadku od niego właśnie się zaczęło. Kiedy byłem w Londynie w 2018 roku kupiłem sobie bardzo podobny zeszyt. W nim właśnie notowałem pierwsze fragmenty swoich tekstów. Chciałem, z lekkim przymrużeniem oka, zachęcić ludzi, żeby znajdowali chwilę czasu i poświęcali ją na rozwój swojej kreatywności. W zeszycie można więc notować swoje pomysły, ale też np. bazgrać cokolwiek. Dbanie o momenty dla siebie jest, moim zdaniem, bardzo istotne w życiu.
 

SZB: Przejdźmy teraz do tematu koncertów. W ubiegłym roku wystąpiłeś, wraz ze swoim zespołem, podczas Męskiego Grania w Krakowie. Zagraliście bardzo udane dwa minikoncerty na małej scenie. Czy był to, pewnego rodzaju, kluczowy moment w twojej karierze?

JS: Mam wrażenie, że w ogóle cały ubiegły rok był kluczowy. Występ na Męskim Graniu był więc jednym z elementów. To była jednak wyjątkowa chwila, zwłaszcza że zaledwie kilka dni wcześniej w Katowicach zagraliśmy swój pierwszy koncert w ogóle. Parę dni później otrzymaliśmy propozycję zagrania na scenie Radia 357. Szczerze mówiąc, nie potrafiłem pozbierać – w tamtym momencie – z podłogi mojej szczęki. Nie umiem powiedzieć więc, czy to był przełomowy moment w mojej karierze, ale na pewno te występy były przełomowe pod względem psychicznym. To było duże wydarzenie. Musiałem, w krótkim odstępie czasu, oswoić się z tym, że to się dzieje. Że słuchacze nie tylko słuchają mojej twórczości w sieci, ale również podczas koncertów. W dodatku, części z tych utworów wcześniej nie słyszeli. W Krakowie graliśmy np. „Barbórkę”. W którymś momencie zorientowałem się, że ludzie zaczynają nucić sobie refren pod nosem. Dotarło do mnie wówczas, że ta muzyka, również na żywo, się sprawdza.
 

SZB: Czy w takim wypadku ten stres z ciebie w tamtym momencie zszedł? Męskie Granie to w końcu nie przelewki, a Wam udało się sporo osób pod sceną zebrać. W dodatku, tak jak wspomniałeś, ludzie szybko załapali chociażby refreny poszczególnych utworów.

JS: Powiem tak: trema przed koncertem musi się pojawić, żeby mogła się później przekształcić w przypływ adrenaliny już w trakcie samego występu. Kiedy mamy zagrać koncert, to na parę godzin przed da się już ze mną normalnie porozmawiać. Przed pierwszymi występami byłem blady ze strachu i generalnie lekko „wystrzelony w kosmos’. Wszystko jednak mijało wraz z wejściem na scenę. Okazywało się, że ta trema ma sens.
 

SZB: Pewnie przez ten ostatni rok nie raz słyszałeś, że jesteś nadzieją polskiej muzyki. Zostałeś dostrzeżony w końcu w plebiscycie „Sanki” organizowanym przez „Gazetę Wyborczą”. Rozmawiając jednak z tobą odnoszę wrażenie, że nie robi to na tobie jakiegoś wielkiego wrażenia. Stąpasz mocno po ziemi, a „sodówka” wciąż ci nie odbiła. Mógłbyś przecież od tych pochwał po prostu – kolokwialnie mówiąc – „odlecieć”, a tak się nie stało.

JS: Przede wszystkim mam świadomość, że jeśli chcę zajmować się muzyką, to muszę pamiętać, że to pewnego rodzaju podróż. Nigdy nie wiadomo, co czeka nas za rogiem. Dla mnie najistotniejszym elementem jest ten etap twórczy, proces pisania piosenek, który u mnie trwa nieprzerwanie. Na tym właśnie się koncentruje. Mam jednak nadzieję, że kiedyś uda mi się trochę tej wody sodowej wypić, a czy mi ona odbije, to się okaże. A tak zupełnie serio – takie hasła w stylu „nadzieja polskiej muzyki alternatywnej” są bardzo miłe. Ja jednak nie uważam, żeby rodzima muzyka potrzebowała jakiejś nadziei, gdyż znajduje się obecnie w dobrym punkcie. Fajnych rzeczy jest mnóstwo, a utalentowanych twórców nie brakuje. Nie ukrywam, że trochę szumu wokół mojej twórczości się pojawiło, ale tak samo szybko ten szum może minąć. Jestem tego świadomy.
 

SZB: W „Pamiętniku z okresu dojrzewania” śpiewasz: „Słucham Kazika, Nirvany. The Doors”. Gdyby ten utwór dotyczył teraźniejszości, to jakich artystów wymieniłbyś w refrenie?

JS: Na początek mogę powiedzieć, że w przypadku Nirvany nic się nie zmieniło. Bardzo często utwory tej grupy dobiegają z moich głośników. Obecnie słucham dużo np. Arctic Monkeys czy Glass Animals. W moim życiu jest obecna różnorodność. Jednym z moich „topów” jest zespół Alabama Shakes. Uwielbiam ich. Muzyka, której teraz słucham, jest jednak nieco inna niż ta, na której się wychowywałem.
 

SZB: Na samym końcu ciężko nie wspomnieć o wojnie na Ukrainie, która dotyka nas wszystkich. W tych niepewnych czasach muzyka daje pewne ukojenie. Możemy na chwilę chociaż uciec od otaczającej nas rzeczywistości i przenieść się do świata dźwięków. W pewnym momencie jednak zastanawiałeś się, żeby premierę „Zeszytu pierwszego” przenieść w czasie.

JS: Kiedy rozpoczęła się wojna na wschodzie, stwierdziłem że absolutnie wszystko co robimy, traci w gruncie rzeczy sens. Jest o wiele ważniejszych rzeczy np. niesienie pomocy wszystkim tym, którzy jej potrzebują. Zdałem sobie jednak sprawę też z tego, że jest jakaś grupa osób, która od jakiegoś czasu czeka na mój album. Pomyślałem, że jeśli ktokolwiek, dzięki tej płycie, poczuje się trochę lepiej, to może jednak dobrze by było, gdyby się ukazała. Tak więc właśnie zrobiliśmy.
 

Rozmawiał: Szymon Bijak

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz