Eric Clapton – „Slowhand” – wirtuoz gitary i jedna z ostatnich żywych legend rocka, w środę, 29 kwietnia 2026, po raz ósmy zagrał w naszym kraju. Czy kogokolwiek dziwi, że jego krakowski koncert wyprzedał się na pniu, a TAURON Arena – największa hala koncertowa w Polsce – pękała w szwach? To raczej pytanie retoryczne. Fani z całego kraju tłumnie przybyli do Krakowa nie tylko po to, by posłuchać ponadczasowych przebojów mistrza, ale przede wszystkim, żeby oddać hołd artyście, który ze sceną związany jest nieprzerwanie od blisko sześciu dekad. 30 marca 2026 roku Eric Clapton skończył 81 lat. Osiemdziesiąt jeden! Ta liczba brzmi niemal surrealistycznie, zwłaszcza gdy usłyszało się na koncercie, z jaką mocą i emocjami opowiadał swoje historie za pomocą gitary. A robił to przez blisko dwie godziny, z taka łatwością i gracją, jakbyśmy ciągle mieli lata 70. Wielu zapewne zastanawiało się, czy ten krakowski koncert nie jest jedną z ostatnich okazji, by zobaczyć Claptona na żywo… Czy zdecyduje się w końcu przejść na zasłużoną muzyczną emeryturę? Po tym występie chyba nikt nie odważy się jednoznacznie odpowiedzieć twierdząco na to pytanie. Jedno jest pewne – w TAURON Arenie dało się odczuć jego niesłabnącą potrzebę grania na żywo!
Fani, którym nie udało się przyjechać do Krakowa, z pewnością zastanawiają się: czy 81‑letni Eric Clapton wciąż „dowozi”? Część odpowiedzi zawarłem już we wstępie, ale myślę, że należy tę myśl rozwinąć. Oczywiście wiek robi swoje – nie sposób tego ukryć. Uczestniczyliśmy w występie muzyka obdarzonego ogromnym bagażem doświadczeń, przed którego oczami przewinął się kawał nowożytnej historii. Żeby lepiej to zobrazować… Clapton urodził się, gdy II wojna światowa wciąż trwała; miał 24 lata, gdy człowiek po raz pierwszy stanął na Księżycu; 45, gdy po tragicznej śmierci synka stworzył poruszające „Tears in Heaven”; 75, gdy świat zmagał się z pandemią COVID‑19 (której kierunek przeciwdziałania Clapton otwarcie i konsekwentnie krytykował). 81 lat to naprawdę szmat czasu – i trzeba to było brać pod uwagę, obserwując mistrza rozpoczynającego kolejną rozbudowaną solówkę czy wyśpiewującego wersy swoich ponadczasowych utworów. Trudno jednak mówić o spadku formy; jeśli zdarzyły się drobne niedoskonałości, znakomicie maskował je fenomenalny siedmioosobowy zespół. Na jego czele stali prawdziwi weterani: niezawodny Nathan East na basie oraz Doyle Bramhall II na gitarze – muzycy, którzy nie tylko uzupełniali brzmienie, lecz potrafili wynieść je na jeszcze wyższy poziom.
Sam koncert utrzymany był w starym, dobrym stylu. Żadnej przesadnej produkcji, pokazów pirotechnicznych, fajerwerków ani confetti, które ostatnio widzę na praktycznie każdym arenowym występie. Scena raczej skromna – z trzema pionowymi telebimami ustawionymi bezpośrednio za nią. Najbardziej ekstrawaganckim elementem scenografii było 12 ruchomych lamp zawieszonych nad muzykami, które raz na jakiś czas zmieniały wysokość. Ich ciepłe światło budowało wrażenie bliskości i kameralności. Pozornie prosty zabieg, który w tej formule sprawdził się idealnie. To wszystko sprawiało, że dało się wyczuć pewną intymną więź pomiędzy muzykami a widownią, a sama Tauron Arena stała się jakby mniejsza… (taki bluesowy klub na skromne 22000 osób!). W przypadku tego konkretnego koncertu ta oszczędna formuła była ogromną zaleta, która jeszcze mocniej podkręciła klimat. Ale to wszystko tylko dodatki, najważniejszy był on – jedyny i niepowtarzalny Slowhand. Jak zawsze skromny. Brytyjski dżentelmen w eleganckiej jasnej marynarce i charakterystycznych okularach na nosie… po prostu grający bluesa. Przez większość koncertu skupiony, momentami sprawiający wrażenie nieobecnego – tak jak ma to w zwyczaju od lat. Jego kontakt z publicznością ograniczył się do oszczędnych podziękowań oraz wymienienia imion i nazwisk towarzyszących mu muzyków w wielkim finale, przed ich efektownymi solówkami. Clapton tak już ma. Czy ktoś mógłby mieć mu to za złe? Oczywiście, że nie! Przyszedł tam grać i czarować nas swoją gitarą, a nie urządzać pogaduszki i kokietować publiczność tekstami w stylu „jesteście najlepszą publicznością na całej trasie”. Czy rzeczywiście nią byliśmy? Tego pewnie nigdy się nie dowiemy. Ale te kilka dyskretnych uśmiechów, które udało się wyłapać na twarzy Erica, może sugerować, że naprawdę mu się podobało!
Setlista – podobnie jak na poprzednich koncertach tej trasy – została podzielona na trzy części: dwie elektryczne, rozdzielone częścią akustyczną. Każda z nich obejmowała po pięć kompozycji, a całość wieńczył jednokawałkowy bis. W sumie 16 utworów składających się na blisko 2 godziny grania (po raz kolejny podkreślę, że Clapton ma 81 lat!).
Koncert otworzył „Badge” z repertuaru formacji Cream – utworu napisanego przez Claptona wspólnie z Georgem Harrisonem, pierwotnie wydanym na pożegnalnym albumie supergrupy z 1969 roku. Już od pierwszych dźwięków było jasne, że wieczór będzie podróżą przez historię – nie tylko osobistą Claptona, ale i całego rockowo-bluesowego kanonu. Następnie artysta sięgnął po reinterpretacje klasyków – „Key to the Highway” oraz „I’m Your Hoochie Coochie Man” w którym fenomenalną pracę wykonały chórzystki – Sharon White i Katie Kissoon. Pierwszą część wieczoru zamknęły dwa zupełnie różne, ale równie udane utwory: nastrojowy, lekko soulowy „If I Don’t Be There by Morning” oraz przyjęty przez krakowską publiczność z ogromnym entuzjazmem – „I Shot the Sheriff”. Ten legendarny cover z albumu „461 Ocean Boulevard” zabrzmiał tak świeżo i przekonująco, jakbyśmy na chwilę przenieśli się do 1974 roku na Florydę, gdzie został nagrany. Jamajskie wizualizacje na telebimach doskonale oddały reggae’owy klimat oryginału Boba Marleya, tworząc atmosferę leniwego, rozgrzanego słońcem lata i morskiej bryzy – za którą każdy po długiej, mroźnej zimie mocno tęskni. Warto przypomnieć, że „461 Ocean Boulevard” był pierwszym studyjnym albumem Erica Claptona po trzyletniej przerwie spowodowanej ciężkim uzależnieniem od heroiny. Krążek wniósł do jego dyskografii sporo optymizmu i popowej lekkości, którą dało się wyczuć również podczas tego wykonania w Tauron Arenie.
„Kind Hearted Woman Blues” otworzyło drugą akustyczną część koncertu. Clapton sięgnął po gitarę i wykonał utwór solo, bez wsparcia zespołu, co już samo w sobie było ciekawym urozmaiceniem. Piosenka pochodzi z połowy lat trzydziestych ubiegłego wieku i została napisana przez Roberta Johnsona – genialnego bluesmana z Delty Missisipi, który miał decydujący wpływ na muzyczną drogę Claptona. W 2004 roku artysta oddał mu hołd, nagrywając cały album „Me and Mr. Johnson”, na którym znalazła się również ta kompozycja… Na „Nobody Knows You When You’re Down and Out” na scenie ponownie pojawił się cały zespół. Ten utwór to kolejny bluesowy standard w setliście, który swoje drugie życie zyskał dzięki legendarnemu albumowi „MTV Unplugged”.

Po kolejnym świetnym „Golden Ring” – kompozycji nawiązującym do słynnego miłosnego trójkąta między Claptonem, Pattie Boyd i Georgem Harrisonem – nadszedł moment, który wzbudził chyba największe emocje tego wieczoru: dwa niekwestionowane największe przeboje zagrane jeden po drugim – „Layla” i „Tears in Heaven”. O tych kompozycjach, ich historii napisano już naprawdę wszystko. Z mojej strony mogę zrobić to, co każdy Polak potrafi najlepiej – trochę ponarzekać… Szkoda, że „Layla” nie zabrzmiała w wersji elektrycznej.
Drugi, elektryczny set otworzył „Tearing Us Apart” – jeden z przebojów Claptona z lat 80., w oryginalne zaśpiewany wspólnie z Tiną Turner. To właśnie w tym momencie chórzystki mogły w pełni rozwinąć skrzydła. Utwór pochodzi z albumu „August” z 1986 roku, który wyprodukował Phil Collins. Na oryginalnej wersji studyjnej wyraźnie słychać zarówno jego grę na perkusji, jak i… chórki. Kolejne „Old Love” to moim zdaniem jeden z lepszych momentów całego wieczoru. Ten piękny, melancholijny blues tylko podkreślił, że w wieku 81 lat Eric Clapton wokalnie brzmi równie dobrze, jak w 1989 roku. Tę część uzupełniły jeszcze „Cross Road Blues”, „Little Queen of Spades” oraz prawdziwa wisienka na torcie, czyli ikoniczne „Cocaine”. Im bliżej końca, tym bardziej zespół rozbudowywał utwory, dodając coraz dłuższe improwizacje – zarówno Clapton, jak i pozostali muzycy dostawali sporo przestrzeni na solowe popisy. W tych ostatnich numerach szczególnie wyróżniał się Tim Carmon, który kradł show swoimi imponującymi solówkami na organach Hammonda, podobnie zresztą jak Chris Stainton na klawiszach. Dla fanów długich, technicznych solówek musiał to być prawdziwy raj. Ja jednak momentami czułem się nimi przytłoczony i zaczynałem się w nich gubić. Były tak rozwleczone, że w pewnym momencie łapałem się na myśli: „A właściwie który utwór oni teraz grają?”. Mam wrażenie, że koncert zyskałby wiele, gdyby część tych dłuższych improwizacji zastąpić jeszcze jednym (albo dwoma) pełnymi utworami. Po „Cocaine” zespół zniknął ze sceny dosłownie na chwilę, by wrócić na bis i zagrać doskonałe „Before You Accuse Me” – kolejną reinterpretację klasycznego bluesowego kawałka z lat 50.
Oczywiście wypada wspomnieć o supporcie! Wieczór otworzył Andy Fairweather Low, wieloletni współpracownik Claptona, którego mogliśmy usłyszeć m.in. na koncercie „MTV Unplugged” z 1992 roku. Andy wraz ze swoim zespołem Low Riders zaprezentował mieszankę coverów oraz własnych kompozycji, w tym utwory z albumu „The Invisible Bluesman”. Na scenie wspierali go muzycy grający na dwóch saksofonach, kontrabasie oraz perkusji, tworząc klasyczne, bluesowe brzmienie. Koncert mnie osobiście nie porwał, ale spora część publiczności bawiła się doskonale – szczególnie gdy zabrzmiało „Tequila”, które wywołało entuzjastyczną reakcję sali.
Eric Clapton zdobył swój przydomek „Slowhand” jeszcze w latach 60., gdy grał z zespołem The Yardbirds – podczas koncertów często zrywał struny, jednak zamiast przerywać występ, spokojnie wymieniał je na scenie, a w tym czasie publiczność reagowała charakterystycznym powolnym i przeciągłym klaskaniem, które z czasem stało się nieodłącznym elementem koncertów. Tego wieczoru udowodnił, że w wieku 81 lat wciąż „ma to coś”. 29 kwietnia 2026 roku w krakowskiej TAURON Arenie legendarny Slowhand przez blisko dwie godziny czarował publiczność swoim charakterystycznym, pełnym emocji blues-rockowym brzmieniem, prezentując przekrojową setlistę zawierającą zarówno największe hity, jak i mniej oczywiste kompozycje. Choć w Krakowie nie zerwał żadnej struny, pokazał, dlaczego jego twórczość wciąż pozostaje żywa. Co warto podkreślić, krakowski koncert udowodnił, że wbrew pozorom w 2026 roku blues i muzyka Claptona mają się doskonale. Najlepszym dowodem na wielkość artysty była tego wieczoru jego publiczność – niezwykle różnorodna, prawdziwie wielopokoleniowa, a przy tym, niezależnie od wieku, skupiona z niemal nabożną uwagą na dźwiękach płynących ze sceny.
Grzegorz Bohosiewicz
Obserwuj nas w mediach społecznościowych:
Facebook
Instagram