IKS

Diatom – „Low Light” [Recenzja], wyd. self-released

Po czterech latach ciszy Diatom wraca z albumem, który nie próbuje niczego udowadniać na siłę. „Low Light” to nie jest krok w bok ani powrót do korzeni – to wejście głębiej we własny świat: mroczny, duszny, ale jednocześnie pełen przestrzeni i emocjonalnych pęknięć. Tu nic nie jest oczywiste, a każdy element wydaje się mieć swój ciężar i sens.

Już od pierwszych minut słychać, że fundamentem tej płyty nie są gitary, tylko klimat. Elektronika buduje chłodną, pulsującą warstwę, momentami zahaczającą o estetykę Depeche Mode – nie jako cytat, tylko jako punkt odniesienia dla nastroju. Pod tym wszystkim pracuje bas, który nie znika ani na moment – prowadzi, gęstnieje, nadaje kierunek i często mówi więcej niż wokal. Gitary nie są tu po to, żeby „ciąć” – one budują nacisk, emocjonalny ciężar, który zamiast agresji niesie napięcie.

 

Najlepiej widać to w otwierającym „Silver”, gdzie elektronika i puls od razu ustawiają klimat całej płyty. W „Until” bas ma wręcz hipnotyczny, niemal mechaniczny groove, a całość dalej pozostaje w tej chłodnej, zawieszonej przestrzeni. Z kolei „For Mercy” pokazuje, jak Diatom potrafi stopniowo zagęszczać powietrze – od mrocznego fundamentu do momentu, w którym gitary zaczynają realnie przygniatać, ale bez utraty klarowności.

 

zdj. Filip Musiatowicz

 

Płyta mocno opiera się na kontrastach i budowaniu napięcia w czasie. W „Below” słychać bardziej progresywną stronę zespołu – rytmika, przestrzeń i delikatność współistnieją z ciętymi akcentami, które nigdy nie dominują nad całością. „Everlasting” idzie jeszcze dalej w stronę filmowego klimatu – elektronika i tajemnica otwierają przestrzeń, a potem wszystko zaczyna się powoli zagęszczać, ale nadal bardziej unosi niż przygniata.

Najmocniej wybrzmiewają jednak dłuższe formy. „Riverbeds” to klasyczny przykład budowania napięcia: zaczyna się spokojnie, niemal post-rockowo, po czym stopniowo przechodzi w bardziej post-metalowy ciężar. To utwór, który nie eksploduje od razu – on dojrzewa, rośnie i dopiero potem uderza. „Met” z kolei opiera się na melancholii i warstwowych liniach wokalnych, gdzie bas i rytm tworzą coś w rodzaju emocjonalnego kręgosłupa całej kompozycji. „The Northern Veil” wprowadza więcej światła – nie rozbija klimatu płyty, ale pozwala mu się unieść, zrobić oddech, złapać dystans.

 

 

Szczególnie mocno działa też finałowe „From Here”, gdzie Diatom schodzi do minimalizmu i intymności. To jeden z tych momentów, w których cisza ma równie duże znaczenie jak dźwięk – a emocje są bardziej zasugerowane niż podane wprost. Gdy wchodzą cięższe fragmenty, nie ma tu wybuchu – jest raczej powolne zapadanie się w nastrój. Na poziomie produkcji czuć dużą kontrolę nad przestrzenią i dynamiką. Haldor Grunberg nie wygładza tego materiału – zostawia mu oddech, ale jednocześnie pilnuje, żeby każdy element miał swoje miejsce. Dzięki temu elektronika nie gryzie się z gitarami, a ciężar nie zabija detali.

 

„Low Light” działa najlepiej jako całość. To płyta, która nie składa się z pojedynczych „momentów”, tylko z jednej długiej emocjonalnej narracji – od chłodu i niepokoju, przez narastający ciężar, aż po wyciszenie, które nie daje ulgi, tylko zostawia echo. Diatom nie gra tu o uwagę. Oni budują stan. I kiedy już w niego wejdziesz – ciężko z niego wyjść.

 

Marek Pruszczyński (Dezarbuzator)

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.

 

 

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020