IKS

Eivør – „Tungl” [Recenzja], dystr. Mystic Production

Księżyc w muzyce bywa wdzięczną dekoracją. Eivør Pálsdóttir wykorzystuje go jednak inaczej – jako punkt odniesienia dla opowieści o zmianie, bliskości i godzeniu się z tym, na co nie mamy wpływu. „Tungl”, czyli po farersku „księżyc”, nie jest zatem zbiorem dziesięciu nordyckich pocztówek. To przede wszystkim kolejny etap poszukiwań artystki, która nigdy szczególnie nie przejmowała się granicami gatunków. Folk, elektronika, alternatywny pop i niemal filmowy rozmach spotykają się tutaj bez większych kompleksów, a wszystko spaja jeden z najbardziej charakterystycznych głosów współczesnej sceny nordyckiej. Najciekawsza Eivør pozostaje jednak wtedy, gdy nie wybiera pomiędzy tradycją a nowoczesnością, lecz próbuje zmusić je do wspólnego tańca. „Tungl” takich momentów oferuje sporo, nawet jeśli nie wszystkie kompozycje świecą równie mocno.

Aby zrozumieć, skąd wzięła się ta swoboda, warto spojrzeć na ostatnich kilka lat jej kariery. Wydany w 2020 roku „Segl” pokazywał, że farerska wokalistka potrafi równie przekonująco operować intymną balladą i rozbudowaną, elektroniczną aranżacją. Rok później otrzymała Nagrodę Muzyczną Rady Nordyckiej, potwierdzając swoją pozycję daleko poza rodzimym archipelagiem. Jej głos pojawił się również w „God of War Ragnarök”, a współpraca z Johnem Lunnem przy „The Last Kingdom” doczekała się kolejnego wydawnictwa – „The Last Kingdom: Destiny Is All”. Wszystkie te projekty uwydatniły cechę obecną w jej muzyce od dawna: Eivør potrafi opowiadać samym głosem nawet wtedy, gdy słuchacz nie rozumie ani jednego farerskiego słowa. Nic dziwnego, że z czasem trafiła również do publiczności rockowej i metalowej, dla której emocjonalna intensywność okazała się ważniejsza od gatunkowych etykiet.

REKLAMA

 

Szczególnie istotny był jednak album „Enn” z 2024 roku. Zaśpiewany w całości po farersku i w dużej mierze współtworzony literacko z poetką Marjun Syderbø Kjelnæs, mocniej niż wcześniejsze wydawnictwa zanurzał się w mroku, rozległych przestrzeniach i pytaniach o miejsce człowieka w niespokojnym świecie. Potem przyszły intensywne trasy koncertowe, występy u boku Heilung i kolejne festiwale, a pierwszym sygnałem następnego rozdziału stał się „Healer”, po którym pojawiły się „Drekafljóð / Dragon Maiden” oraz „Verjugarðar / Walls”. Zmienił się również wydawca – po współpracy z Season of Mist Eivør przeszła pod skrzydła Nuclear Blast. Sama artystka traktuje „Enn” i „Tungl” jak rodzeństwo: poprzedni album częściej spoglądał na zewnątrz, podczas gdy nowy kieruje wzrok ku ludzkim emocjom i wewnętrznym przemianom. Księżyc nie jest więc dosłownym bohaterem każdej kompozycji. Staje się raczej metaforą cykli, przemijania i światła, które nie usuwa ciemności, lecz pomaga się w niej odnaleźć.

 

Fot. materiały promocyjne

 

„Tungl” najlepiej działa właśnie jako płyta emocjonalnych kontrastów. Nie przynosi stylistycznej rewolucji, ale też trudno nazwać ją prostym powtórzeniem „Enn”. Jest bardziej rytmiczna i chwilami bardziej bezpośrednia, choć nadal opiera się na atmosferze, przestrzeni i umiejętnym budowaniu napięcia. Pulsujące basy, perkusja i syntezatory tworzą fundament, nad którym Eivør może swobodnie operować głosem – od delikatnego, niemal intymnego wokalu po partie przypominające rytualne zaśpiewy. Co ważne, nowoczesne środki nie odrywają tej muzyki od jej korzeni. Przeciwnie, tradycja i elektronika przestają być dwoma przeciwległymi biegunami i zaczynają funkcjonować jako części tego samego języka. Nie jest to album nastawiony na natychmiastowe refreny ani kolekcję pojedynczych przebojów. Wymaga skupienia i cierpliwości, ale w najlepszych momentach bardzo dobrze tę cierpliwość wynagradza.

Najlepiej słychać to w konkretnych kompozycjach. Otwierający „Og mánin græt / And the Moon Cried” wyrasta z inspiracji farerskim tańcem łańcuchowym, ale zamiast muzealnej rekonstrukcji otrzymujemy hipnotyczny puls i przestrzeń stopniowo wypełnianą kolejnymi warstwami głosu. „Drekafljóð / Dragon Maiden” dokłada potężniejszy bas i niemal plemienne zaśpiewy, a „Verjugarðar / Walls” rozwija się niczym mroczna elektroniczno-rockowa ballada o dwóch osobach odgrodzonych od siebie ciszą. Jeszcze ciekawiej robi się w „Spøkilsir / Revenants”, gdzie triphopowy puls, przetworzone wokale i drobne, niepokojące detale tworzą atmosferę snu, z którego niekoniecznie chce się obudzić. „Hinumegin / The Other Side” należy do najbardziej efektownych fragmentów płyty – początkowo oszczędny, stopniowo nabiera niemal symfonicznego rozmachu. „Tann tú saknar / The One You Long For” pokazuje natomiast bardziej synthpopowe oblicze Eivør. Najbardziej intryguje jednak krótkie „Fangað / Trapped”, nagrane z jej siostrą Elinborg. Gardłowe zaśpiewy, gęsty rytm i nerwowa elektronika tworzą jeden z najodważniejszych momentów wydawnictwa. Także „Healer”, będący rozmową artystki z własnym młodszym „ja”, dobrze wpisuje się w główny temat płyty: uczenie się odpuszczania kontroli, akceptowania zmian i odnajdywania siły tam, gdzie wcześniej była niepewność.

REKLAMA

 

 

 

Drobne zastrzeżenia pojawiają się przede wszystkim wtedy, gdy „Tungl” zbyt długo korzysta z podobnego sposobu budowania atmosfery. Rozległe syntezatorowe tła, pogłosy i stopniowo narastające napięcie potrafią hipnotyzować, ale nie zawsze prowadzą do równie mocnego finału. „Eon”, oparty na fortepianie i smyczkach, przynosi potrzebne wyciszenie, choć w sąsiedztwie bardziej wyrazistych kompozycji wypada odrobinę zachowawczo. Podobnie traktuję zamykający album „Everyone but Me”. To subtelny i emocjonalny finał, którego oszczędność stanowi dużą część uroku, ale rozciągnięta końcówka nie rozwija już wcześniejszych emocji z taką siłą. Chwilami bardzo dopracowana produkcja odbiera też muzyce trochę naturalnego oddechu – szczególnie tam, gdzie rytm i elektroniczne warstwy zostają mocno wysunięte na pierwszy plan. Największy niedosyt pozostawia jednak „Fangað / Trapped”. Nie dlatego, że utwór zawodzi, lecz właśnie dlatego, że jego odwaga i nietypowa energia pokazują kierunek, który aż prosiłby się o szersze rozwinięcie. Nie są to jednak problemy burzące odbiór płyty, raczej momenty przypominające, że Eivør bywa najciekawsza właśnie wtedy, gdy pozwala sobie na największe ryzyko.

 

Ostatecznie „Tungl” jest bardzo dobrym albumem, choć nie stawiałbym go bezdyskusyjnie na szczycie dyskografii Eivør. Jego największą siłą pozostaje umiejętność łączenia odległych muzycznych światów bez utraty własnej tożsamości. Elektronika nie służy tu mechanicznemu unowocześnianiu folku, podobnie jak nordyckie inspiracje nie są jedynie dekoracją dodającą kompozycjom tajemniczości. Wszystko podporządkowano emocjom, które potrafią przejść od czułości do niepokoju w obrębie kilku taktów. Szczególnie dobrze działa motyw światła i ciemności – od płaczącego księżyca otwierającego materiał po samotność wybrzmiewającą w finale. Nie jest to opowieść o pokonywaniu mroku, lecz raczej o nauczeniu się życia obok niego. Kilka kompozycji mogłoby być odważniejszych, momentami przydałoby się mniej studyjnego połysku, ale Eivør ponownie udowadnia, że potrafi tworzyć niezwykle sugestywną muzykę bez potrzeby podporządkowywania jej jednej gatunkowej etykiecie. „Tungl” nie odkrywa zupełnie nowego lądu. Pozwala za to zobaczyć dobrze znany krajobraz w innym świetle – i to wystarcza, żeby chcieć do niego wracać.

 

Szymon Pęczalski

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020