Amon Amarth należą do grona zespołów, w przypadku których już po kilku taktach wiadomo, z kim mamy do czynienia. Potężny growl Johana Hegga, galopujące tempo, charakterystyczne gitarowe harmonie i niekończące się opowieści o nordyckich bogach stworzyły przez lata formułę rozpoznawalną niemal natychmiast. Ma to jednak swoją cenę. Od Szwedów trudno oczekiwać rewolucji, skoro od ponad trzech dekad konsekwentnie budują własną tożsamość. Nie musi to jednak oznaczać artystycznej stagnacji. „The Allfather Awakens”, trzynasty studyjny album grupy i pierwszy od czterech lat, plasuje Szwedów dokładnie tam, gdzie można się ich spodziewać, ale z kilkoma wyraźnie przesuniętymi akcentami. Muzycy nie próbują wyrzec się własnego języka ani nagle udowadniać, że potrafią być kimś innym. Zamiast tego sprawdzają, ile świeżości można jeszcze wydobyć z dobrze znanej formuły. I choć do Walhalli ponownie prowadzi bardzo znajoma droga, tym razem po pojawia się na niej kilka naprawdę interesujących zakrętów.
Historia Amon Amarth rozpoczyna się w szwedzkiej Tumbie w 1992 roku, choć korzeni zespołu należy szukać nieco wcześniej, w działalności formacji Scum. Nazwa nowego projektu została zaczerpnięta z twórczości J.R.R. Tolkiena i oznacza Górę Przeznaczenia, jednak literacka inspiracja nie wyznaczyła ostatecznie tematyki kompozycji. Muzycy szybko skierowali uwagę ku historii wikingów i mitologii skandynawskiej, łącząc je z melodyjnym death metalem charakterystycznym dla ówczesnej szwedzkiej sceny. Po pierwszych demówkach i minialbumie „Sorrow Throughout the Nine Worlds” przyszedł czas na pełnowymiarowy debiut „Once Sent from the Golden Hall” z 1998 roku. „The Avenger” i „The Crusher” umacniały pozycję grupy, lecz szczególne znaczenie miały później „Versus the World” oraz „Fate of Norns”. To właśnie wtedy coraz wyraźniej słychać było połączenie deathmetalowej surowości z melancholijnymi melodiami i epicką atmosferą. Muzycy już na tym etapie potrafili snuć rozbudowane historie bez rezygnowania z ciężaru stanowiącego fundament ich muzyki.
Prawdziwy przełom przyniosły „With Oden on Our Side”, a następnie „Twilight of the Thunder God” z 2008 roku, do dziś pozostające wśród najważniejszych pozycji w dyskografii Szwedów. Późniejsze wydawnictwa – od „Surtur Rising” przez „Jomsviking” po „Berserker” i „The Great Heathen Army” – coraz mocniej eksponowały koncertową stronę grupy. Pojawiło się więcej stadionowych refrenów i rozwiązań projektowanych z myślą o dużej scenie, nie zawsze z korzyścią dla kompozycyjnej różnorodności. Przy pracy nad „The Allfather Awakens” muzycy podeszli jednak do materiału nieco inaczej. Poszczególne utwory traktowali jako samodzielne całości, a nagrania w duńskim studiu Jacoba Hansena podzielili na dwie sesje. W dużej części partii gitarowych wrócili również do wzmacniaczy Marshalla, chcąc nadać brzmieniu bardziej klasyczny charakter. Jeszcze ciekawsze okazało się nowe spojrzenie na Odyna. Zainspirowany rozmową z historykiem Neilem Price’m Hegg przedstawia go nie tylko jako patrona wojowników, lecz przede wszystkim jako istotę obsesyjnie poszukującą wiedzy, nawet jeśli wymaga ona osobistego poświęcenia. Dzięki temu dobrze znana mitologia zyskuje odrobinę inny punkt ciężkości.

„The Allfather Awakens” wypada lepiej, niż mogłyby sugerować obawy związane z coraz większą przewidywalnością Amon Amarth. Nie jest powrotem do surowości początków ani stylistycznym przewrotem – i nie musi nim być. Najważniejsze, że tym razem pod koncertową monumentalnością częściej kryją się po prostu dobrze skonstruowane kompozycje. Otwierający „Gjallarhorn” świetnie łączy ciężki riff z podniosłą melodią i refrenem niemal stworzonym do wspólnego śpiewania pod sceną, a tekstowo prowadzi do wyprawy Odyna ku studni Mimira i ofiary złożonej w zamian za mądrość. „Eight Legs of Thunder” zmienia perspektywę: galopujący rytm doskonale pasuje do opowieści o ośmionogim Sleipnirze, a oba utwory pokazują, jak sprawnie zespół potrafi wykorzystać znaną mitologię do budowania różnych nastrojów. Pierwszy mówi o poznaniu i poświęceniu, drugi niesie znacznie więcej ruchu i poczucia nieuchronnej katastrofy. Dzięki takim kontrastom album, mimo braku ścisłej fabuły, nie sprawia wrażenia kolejnego zestawu wariacji na jeden temat.
Do najmocniejszych punktów wydawnictwa zaliczyłbym „Kvasir’s Blood”, gdzie masywny riff bardzo dobrze współgra z melodyjnym refrenem. Opowieść o krwi Kvasira, z której powstaje miód poezji, ponownie prowadzi do Odyna i jego nieugaszonego pragnienia wiedzy. Interesująco wypada również „Raven God”, przywołujący Hugina i Munina – kruki utożsamiane z myślą i pamięcią. Wraz z „Gjallarhorn” utwory te tworzą kilka uzupełniających się portretów tego samego bohatera, zamiast po raz kolejny sprowadzać nordycką mitologię wyłącznie do bitew i chwały poległych. Muzycznie świetnie prezentuje się także szybki i agresywny „Oden’s Hunt”, w którym intensywna praca perkusji Jockego Wallgrena napędza niepokojącą opowieść o Dzikim Gonie. Największym zaskoczeniem pozostaje jednak „Upphaf” – pierwszy w pełni akustyczny utwór w historii grupy, oparty na początkowych strofach staronordyckiej „Völuspá”. Monumentalność nie potrzebuje tu przesterowanych gitar, a sam numer dobrze pokazuje, że Amon Amarth potrafią budować epicki nastrój również innymi środkami. Niemal siedmiominutowy „Ascending like an Eagle”, rozwijający historię z „The Serpent’s Trail” z poprzedniego albumu, zamyka natomiast materiał bardziej refleksyjnie: zamiast kolejnego wezwania do bitwy dostajemy opowieść o przekraczaniu własnych ograniczeń wspartą rozległymi gitarowymi melodiami.
Drobne zastrzeżenia dotyczą przede wszystkim tych momentów, w których Amon Amarth najbardziej ufają sprawdzonym patentom. Część refrenów została wyraźnie napisana z myślą o koncertowej publiczności i czasami można przewidzieć ich rozwój na długo przed pierwszym powtórzeniem. Najlepiej słychać to w „We Rule the Waves”, gdzie energii ani nośnego riffu nie brakuje, ale całość momentami zbliża się do bardzo dosłownego stadionowego hymnu. Nieco mniej charakterystycznie wypada także „The Allfather Awakes” – utwór sprawnie skonstruowany i potężnie brzmiący, lecz oferujący mniej niespodzianek niż najlepsze fragmenty albumu. Podobnie traktuję „Die with a War Cry”: agresji i gitarowego ciężaru jest pod dostatkiem, choć sam numer nie zostaje w pamięci równie długo. Dopracowana produkcja również chwilami zbyt mocno wygładza krawędzie kompozycji. Odrobina dodatkowej surowości mogłaby jeszcze lepiej podkreślić kontrast pomiędzy deathmetalową brutalnością a epickimi melodiami. Nawet akustyczny „Upphaf” może początkowo zaburzyć rytm słuchaczom oczekującym nieprzerwanego uderzenia, ale właśnie dlatego spełnia swoją funkcję jako jeden z najbardziej charakterystycznych punktów płyty. Żadne z tych zastrzeżeń nie zmienia jednak faktu, że warsztatowo Amon Amarth pozostają w bardzo dobrej formie.
„The Allfather Awakens” nie zmieni sposobu postrzegania Amon Amarth i raczej nie odbierze „Twilight of the Thunder God” czy „With Oden on Our Side” miejsca wśród najważniejszych osiągnięć zespołu. Nie musi. Szwedzi nagrali solidny, miejscami bardzo dobry album, na którym doskonale znane rozwiązania odzyskują część dawnej świeżości. Cieszą bardziej wyraziste partie gitarowe, zróżnicowane tempo i przede wszystkim próba spojrzenia na nordycką mitologię z mniej oczywistej perspektywy. Najciekawsze są właśnie te momenty, w których opowieści o wojnie ustępują miejsca tematom wiedzy, pamięci, poświęcenia czy wewnętrznej przemiany. Do ideału zabrakło nieco większej odwagi w przełamywaniu własnych schematów, ale trudno oczekiwać od Amon Amarth, że po ponad trzech dekadach nagle odrzucą wszystko, co zbudowało ich tożsamość. Znacznie ważniejsze jest to, że nadal potrafią opowiadać dobrze znane historie z odpowiednią energią i wyczuciem. I choć nie każda wyprawa na „The Allfather Awakens” kończy się równie spektakularnym zwycięstwem, cała ekspedycja zdecydowanie warta jest uwagi.
Szymon Pęczalski