Do Australijczyków z Amyl and The Sniffers mam słabość już od kilku lat. Ich energetyczny i bezkompromisowy punk w połączeniu z charyzmą wokalistki Amy Taylor trafił w sam środek mojego serduszka. Uwielbiam każdy ich studyjny album, a na koncercie podczas tegorocznego OFF Festivalu piszczałem niczym nastolatek przed mutacją. Biorąc to wszystko pod uwagę, można by posądzić mnie o wręcz radykalny brak obiektywizmu. Postaram się jednak, oceniając ich najnowszy – i bardzo nietypowy – album koncertowy „Truth or Consequence (Live from El Coyote)”, podejść do niego z należytą dozą krytycyzmu. Zwłaszcza że tym razem moja sympatia do zespołu musiała się zmierzyć z albumem, który bynajmniej nie rzucił mnie na kolana.
Zacznijmy więc od określenia „bardzo nietypowy”. Mam wrażenie, że muzycy, tworząc koncepcję występu w lokalu El Coyote w Los Angeles, wymyślili sobie, że dokonają totalnej dekonstrukcji brzmienia swojego zespołu. Przestery, hałas i agresję postanowili zamienić na akustyczne gitary, galopujący, mocno country’owy rytm i wręcz preriowo-ogniskowy klimat. Punk rocka na tym albumie zbyt wiele nie uświadczymy. Zespół mocno pokombinował z aranżacjami. Rozpoczynające całość „Big Dreams”, które w oryginalnej wersji jest spokojnym, lekko melancholijnym utworem, muzycy zamienili w galopujący, country-rockabilly’owy numer, który doskonale sprawdziłby się podczas rodeo w Montanie. Przy tym utworze w tany ruszyłaby chyba nawet rodzina Duttonów. Z kolei „Hertz”, będący w oryginale punkowym pociskiem, w wersji z El Coyote zamienia się w nostalgiczną, niemal ogniskową piosenkę.

Ciekawie wypada również „Jerkin’”, w którym całkowicie usunięto perkusję, a na pierwszym planie – przy bardzo oszczędnym akompaniamencie gitary – pozostał wokal Amy. Wokalistka nie byłaby też sobą, gdyby nie pozwoliła sobie na odrobinę politycznej bezczelności – przed tym utworem dorzuca krótki, dosadny komentarz pod adresem współczesnych przywódców.
Mnie najbardziej przypadło do gustu mroczne i westernowe „Chewing Gum”. Za to totalnym koszmarkiem jest „Snakes”. Ja rozumiem, że ten występ to w dużej mierze robienie sobie „jaj”, ale ta wersja jest po prostu OKROPNA. Co to kurwa jest? Jakieś country-szanty dla kowbojów po trzech tequilach? Za każdym razem po wysłuchaniu tego utworu mam ochotę przepłukać sobie uszy kwasem. Warto również wspomnieć o dwóch zupełnie nowych utworach: „Fella” oraz kończącym całość, żartobliwym „Bag of Cocaine”, w którym w tle słychać mocno rozbawioną publiczność.
Ten zespół zawsze miał w sobie sporo bezpretensjonalności i swojskiego vibe’u, ale podczas tego występu jest tego dla mnie trochę za dużo. Na płycie słychać ludzi, rozmowy, krzyki i atmosferę niewielkiego lokalu. Całość brzmi bardzo surowo – niczym nagranie z dyktafonu. Amyl and The Sniffers można oczywiście taką konwencję wybaczyć – to przecież pubrockowo-punkowa załoga – jednak fani wycyzelowanego brzmienia mogą mieć problem, żeby coś takiego przyswoić. Muzykom zdarzają się również wpadki techniczne, a Taylor nie zawsze potrafi udźwignąć te aranżacje wokalnie. Szczególnie wolniejsze wersje odsłaniają techniczne ograniczenia jej głosu. Ale nie ma się co przypierdzielać – mowa o ludziach, którzy nigdy na wirtuozów nie pozowali, a Amy to przede wszystkim kilogramy scenicznej charyzmy.
Podsumowując, doceniam próbę zmierzenia się zespołu ze swoim repertuarem w zupełnie innej konwencji. Jednak osobiście fanem takiego bardzo folkowego country nigdy nie byłem i już nie zostanę. Ta płyta to w mojej opinii jedynie ciekawostka, swoisty „skok w bok”, ale nie będę z wypiekami na twarzy wracał do tego materiału. Zdecydowanie wolę ich studyjne dźwięki. Posłuchać można – ale jestem przekonany, że niektórzy mogą odczuwać pewien niesmak. No, chyba że jesteś kowbojem, który kocha tego rodzaju dźwięki. Wtedy wsiadaj na byka, a na swoich słuchawkach zapętlaj „Truth or Consequence (Live from El Coyote)”.
Mariusz Jagiełło