Szedłem na ten film bez większego riserczu, nie chcąc sobie psuć zabawy. Przez co, trochę zapominając o tym z czyją reżyserią mam do czynienia, podchodziłem do „Odysei” jak do „Troi” czy „300” – będzie to epicki epos o epickich bohaterach epicko walczących o epicką sławę zapisaną w eposach na wieki. Ale mimo że pierwsze 15-20 minut filmu ogląda się jak teledysk przewijany na przyspieszeniu, gdzie sceny są krótkie, chaotyczne, szybko się zmieniające, to na szczęście i tak wybił mi z głowy jakiekolwiek „epickie” zagrania pod publiczkę. Wyszedłem z kina ostatecznie w lekkim szoku, bo, choć nie wiem czego oczekiwałem po tym seansie, to na pewno nie tego, w czym dane mi było uczestniczyć.
Od razu uprzedzam, że w przypadku „Odysei” nie boję się spoilerów, ani nie planuję nikogo zanudzać streszczaniem fabuły. Każdy w liceum (gimnazjum?) przerabiał antyczną Grecję i jej literaturę/mitologię, każdy powinien mniej więcej znać fabułę „Odysei” Homera. Nie planuję zatem przepraszać za ewentualną ignorancję czytelników i nieznajomość tekstu czy motywów. Tak naprawdę wątpię, żeby cokolwiek, co tu napiszę o samej historii, kogokolwiek mogło zaskoczyć. Bo jedyne co pozostaje w przypadku oceny przekazu zawartego w wierszu przez człowieka z antycznej Grecji, wprowadzonego na ekran w wizji artystycznej innego człowieka prawie 3000 lat później, to własna interpretacja tego, co się widziało i jakie odczucia wzbudziło.
I muszę się przyznać, że ten film sprawił, że po raz pierwszy spojrzałem na „Odyseję” Homera nie jak na kolejny mit, nie jak na kolejną opowiastkę o bogach i herosach do kolekcji, tylko jak na dzieło literackie samo w sobie. Bo w głębi, w swojej istocie jest to tragedia. Tragedia człowieka, który 20 lat był poza domem – przez jedną dekadę walcząc w nieswojej wojnie, rozpoczętej pod pretekstem przez agresywnego króla łaknącego podboju, a przez drugą próbował wrócić do swoich włości. Który stracił wielki kawał swojego życia, a następnie swoich przyjaciół, żołnierzy i załogę. Który widzi jak upadają, standardowe dotąd, zasady szacunku, gościnności, prawa i godności.

Jest to opowieść o tym, czym nam grozi odstąpienie, a wręcz załamanie się ogólnie przyjętego porządku, uznawanych przez cały świat praw i zasad.
Wspominane w filmie wielokrotnie „prawo Zeusa”, czyli zasada, obowiązek wręcz, aby każdego gościa nakarmić, napoić, umyć, potraktować tak, jakby to był sam bóg Zeus w przebraniu. Bo kto by chciał ryzykować, że nie ugości odpowiednio boga, który potrafił się w taki sposób objawiać niespodziewanie w mitach? Prawo, które głosiło że goście są chronieni, że są pod opieką gospodarzy, którzy nie mogą ich skrzywdzić – inaczej pogwałcą toż prawo i narażą się na gniew bogów, sprzeniewierzając się ustalonemu przez nich porządkowi.
Ale to właśnie Odyseusz, sprytny, kombinujący niczym Polak, Odyseusz wymyślił sposób w jaki dostać się do Troi, oszukać jej strażników, zostać wprowadzonym do miasta w drewnianym koniu jako trofeum i dar dla bogini Ateny. I tu leży pies pogrzebany – poprzez ten jeden trik (którego nienawidzą wszyscy greccy dowódcy oblężonych miast), wykorzystał Odyseusz tęże właśnie bogobojność, te niepisane zasady, których nie wolno łamać. Te boskie prawa, które zapewniają spokój i porządek, raz zniszczone, podeptane i zużyte jako podstawa do podstępu nigdy już nie powrócą do tej samej wartości. Raz zerwane więzy szacunku i porozumienia ponad podziałami nie odrodzą się, nie odbudują się ot tak, same z siebie.

Jeśli ktoś raz je złamał, to czemu ktokolwiek inny miałby się ich słuchać? W końcu jeśli za podstępne zdobycie i spalenie Troi, wyrżnięcie i zgwałcenie jej mieszkańców, zniszczenie miasta i nawet świątyń bogów, nie spotkała człowieka kara, tylko fama zwycięzcy, a wręcz miano najmędrszego wśród ludzi – to czemu ktokolwiek dalej miałby się do tych praw stosować, kiedy mu to nie pasuje? Skoro jeden z najznamienitszych herosów swoich czasów to zrobił, to dlaczego inni nie mogą zrobić tego samego, w imię swoich ideałów, dla osiągnięcia swoich celów?
Ten motyw przewija się w trakcie filmu – są Ci, którzy nadal trzymają się „starych” już w tym momencie zasad (Menelaos chociażby, goszczący Telemacha, syna Odyseusza), ale są też Ci, którzy gościnne prawa wykorzystują do przeprowadzenia niecnych czynów (Klitajmestra zabijająca swojego męża Agamemnona po jego bohaterskim powrocie z Troi), bądź Ci, którzy „po prostu” gościny nadużywają (na przykład zalotnicy Penelopy w domu Odyseusza, od lat przesiadujący tam, czekający aż kogoś z nich w końcu wybierze sobie na nowego męża). Oni, pod przywództwem obrzydliwego Antinoosa, tylko czekają na okazję, aby znaleźć wymówkę do złamania prawa gościnności, i gościny. Gdy w końcu nie chcą już dłużej czekać i planują krwawą rzeźnię, inny z zalotników pyta Antinoosa „A co z prawem Zeusa?”, na co ten wyciąga sztylet, czym akcentuje, co myśli na temat boskiego prawa gościny w czasie walki śmiertelników o władzę i wpływy.
I bardzo ciężko jest nie widzieć tego jako analogii, czy wręcz paraleli do współczesnego świata. Prawo międzynarodowe, jako współczesne prawo Zeusa – dające podstawy prawne, ale też po prostu zapewnienie spokoju, stabilności i ewentualnej sprawiedliwości tego, co się dzieje między państwami na Ziemi. Pewne zasady, które wszyscy zgodnie przyjęliśmy, aby zapewnić pokój na świecie. I jeśli ktoś to prawo złamie, i jednak nic z tego powodu go nie spotka… to czemu by się do niego nadal stosować? Jeśli złamie ponownie i tylko się go trzaśnie po dłoni, to czemu by nie zaryzykować znów? I czemu inne państwa nie miałyby pójść za przykładem i prawem siły, prawem większego i silniejszego, wziąć to, co się chce, nie obawiając się konsekwencji? Czy z czymś nam się kojarzy taka sytuacja?…

Tyle że, w przeciwieństwie do osób odpowiedzialnych w obecnych czasach, Odyseusz jest w rozsypce, przerażony i pełen żalu za to, co zrobił. Scena zdobycia Troi, rozgrywająca się w trzecim akcie, jest brutalna, krwawa, naturalistyczna wręcz (jak i zresztą cały film). Zniszczenie świątyni Ateny, zabicie kapłanki przez jego ludzi, spalenie miasta, wyrżnięcie ludności, mord, śmierć, krew i pożoga… Scena w mojej ocenie ma pokazać bez najmniejszych wątpliwości, czemu wojna to najgorsze, co ludzie wymyślili. Czemu gniew, zazdrość, małostkowość, oportunizm i odczłowieczanie przeciwnika to zło absolutne. Dziesięć lat bezsilnego oczekiwania, nagromadzenia się wstydu, wściekłości, tęsknoty, nienawiści skumulowane w jednym brutalnym ataku. Umożliwionego przez zerwanie z przyjętymi zasadami – uhonorowaniem bogów i darów dla nich.
Za to wszystko Odyseusz musi swoje odcierpieć. Dziesięć lat drogi powrotnej cierpienia – poprzez gniew bogów i ich potomków. Te motywy również wpisują się w wizualną warstwę filmu. „Magia” czy boskie interwencje są tu pokazane albo jako zjawiska naturalne, które są interpretowane jako „boskie” (potężne burze, spiekota, trafianie na „przeklęte” wyspy…), albo są bardzo fizyczne, dosłowne, brutalne. Magia jest tu nienaturalna, deformująca. Przemiana załogi Odyseusza w zwierzęta przez Kirke przywodzi na myśl body horror – ugniatanie ciał i twarzy jego towarzyszy niczym ciasta, wyłamując szczęki, przesuwając nosy, wydłużając pyski. Podobnie gdy spotykamy cyklopa Polifema, syna boga Posejdona – jego twarz również jest zniekształcona, przekręcona. Scylla, która w większości dzieł dotąd była pokazywana jako kraken lub kałamarnica/ośmiornica, tutaj jest nieforemnym, nieziemskim kłębem pokracznych odnóży. Bardziej ukwiał o dziwnych kształtach i kątach, bez stawów czy przyssawek. Coś, co wymyka się poza umiejętność ludzkiej oceny. I dobrze. To są boskie stworzenia – istoty stworzone przez bogów. Zarówno cyklop – zdeformowany i dziwaczny, jak i Scylla – nieforemna i niepojęta, są dziećmi istot boskich, więc ich wygląd, który wprawia nas, śmiertelników, w dyskomfort, jest jak najbardziej na miejscu.

Po tych wędrówkach, po przenikliwie smutnych i celnych rozmowach (chociażby z duchami swoich poległych kompanów, czy z nimfą Kalipso), po perypetiach, walkach i traumach Odyseusz ostatecznie wraca do domu. Rozprawia się z zalotnikami (chociaż ta akurat scena, jej przedstawienie i wykonanie była dla mnie najgorszym elementem całego filmu), ale tu stawia swojemu synowi i służbie warunek – musi to zrobić sam. Jeśli ktokolwiek ma złamać prawo gościny, złamać boskie prawo, to tylko on, Odyseusz, który już ma nad głową gniew bogów, który i tak obiecał już wyprawę na zachód, by uczcić swoich zmarłych towarzyszy i żołnierzy. On, który może na siebie przyjąć ponownie ciężar niesławy i udać się na wygnanie, pozostawiając tron i królestwo we władaniu syna, który swych rąk nie splamił, który godzien jest dalej rządzić Itaką.
Odyseusz wyrusza na zachód wraz z Penelopą, odpływając z jednej strony w chwale jako bohater spod Troi, jako król, który powrócił, gdy już go spisano na straty, i który zaprowadził na nowo spokój na swoim dworze i w kraju. Z drugiej strony, jako ten, który złamał prawa boskie, naruszył porządek cywilizowanego świata, podstawy, na których opierał się cały ład między nacjami, plemionami, ludźmi… Będąc przekonanym, że samodzielnie odpowiada za koniec cywilizacji, za ostateczny upadek całej helleńskiej kultury, za zniszczenie świata. „O Troi będą jeno śpiewać pieśni, bo po naszej epoce nie pozostanie nikt, kto potrafi pisać” smutno rzuca do żony, gdy odpływają statkiem w stronę zachodzącego słońca. Jak wiemy – jego przepowiednia się, na szczęście, nie spełniła. Cywilizacja nie upadła, kultura helleńska i te, które nadeszły po niej, nie zapomniały pisma, a wręcz się rozwinęły. Ale po wyjściu z kina jakoś nie potrafiłem się poddać pozytywnemu poglądowi na przyszłość. Mając na uwadze swoje przemyślenia, swoje analogie, myśl, która mi nie dawała spokoju brzmiała „Wtedy może jeszcze nie, ale teraz?…”.