Obdarzony niezwykłym, niemożliwym do pomylenia z kimkolwiek innym głosem; mistrz szeroko pojętej americany i storytellingu; wyjątkowy gawędziarz, który podczas swoich występów na żywo jak mało kto potrafi budować klimat i wytwarzać atmosferę intymnej rozmowy przy barze gdzieś na odległym pustkowiu na drugim końcu świata. The White Buffalo po ponad dekadzie wraca do Polski z klubowym koncertem i jest to comeback, który wyjątkowo cieszy nie tylko jego fanów, ale także samego artystę. (Jake Smith z zespołem wystąpi 27 sierpnia w warszawskim klubie Niebo. Organizatorem koncertu jest Winiary Bookings). Co takiego najbardziej podoba się songwriterowi w naszym kraju? Dlaczego jego ostatnia płyta mogła być dla niektórych trudna do przyjęcia? Nad czym aktualnie pracuje i czemu jest to tak niezwykle ekscytujące? Czy jego piosenki znalazłyby się kiedykolwiek w „Sons of Anarchy”, „Californication”, „Longmire” czy „The Punisher”, gdyby nie jeden, zupełnie niespodziewany i na zawsze zmieniający wszystko telefon? Na te, między innymi, pytania poszukujemy odpowiedzi w niniejszym wywiadzie.
Magda Żmudzińska: W przyszłym miesiącu znów zagrasz w Polsce. Jeśli się nie mylę, to będzie twoja druga wizyta w naszym kraju. Pierwszy raz zagrałeś tu w 2015 roku. Wiem, że minęło sporo czasu, ale chciałam zapytać, czy masz jakieś wspomnienia z tamtej wizyty?
Jake Smith: W ogóle tego nie pamiętam. Nie, to nieprawda. Żartuję oczywiście! (śmiech) Pamiętam dobrze tamtą wizytę. Między innymi dlatego, że nigdzie indziej na świecie nie widziałem tylu łez w oczach publiczności, co u was. Coś niesamowitego. Koncert był fantastyczny – dało się wyczuć, że wszyscy w nim uczestniczymy całymi sobą, że wspólnie to przeżywamy. Ja też świetnie się bawiłem tego wieczoru, i w ogóle podczas pobytu w Warszawie. Razem z zespołem i rodziną, która była tam ze mną, wypiliśmy o wiele za dużo wódki (śmiech). Promotor, nie pamiętam nazwiska, ale jeśli to będzie czytał to pozdrawiam go serdecznie, był naszym przewodnikiem, oprowadzał nas po mieście. Zabrał nas do Muzeum Powstania Warszawskiego i ono wywarło na nas ogromne wrażenie. Na nim zresztą też, choć zakładam, że nie był tam pierwszy raz i wiesz, to było niesamowite – wielki facet, taki prawdziwy twardziel, z krwi i kości, stał tam z nami i był podobnie jak my wyraźnie wzruszony, oczy mu się spociły. Macie cholernie trudną historię i w takich miejscach to się dobrze czuje. Ale jest też druga strona medalu – być może dzięki niej macie w sobie ten hart ducha, tę taką niesamowitą energię. Naprawdę bardzo się cieszę na powrót do Warszawy.
MŻ: My również jesteśmy szczęśliwi, że ponownie nas tu odwiedzisz! Bardzo się też cieszę, że masz takie świetne wspomnienia z naszego miasta! Z tego miejsca również pozdrawiam pana Promotora! Przechodząc do płyt – twój ostatni album studyjny (bo nie liczę kompilacji „A Freight Train Through the Night” z 2024) ukazał się w 2022 roku. „Year of the Dark Horse” nie przypominał niczego, co wydałeś wcześniej. To poruszający, piękny, mroczny, a jednocześnie, moim zdaniem, pełen nadziei i światła materiał. I nie mówię tego tylko dlatego, że to pierwszy krążek, na którym nikt nie umiera. Czy to wydawnictwo było dla ciebie w pewnym sensie przełomem, zarówno pod względem artystycznym, jak i wewnętrznym, osobistym?
JS: Trochę czasu już minęło a z jego upływem perspektywa ulega zmianie, wiadomo, ale tak – to był w pewnym sensie taki punkt zwrotny. Chciałem zrobić album do słuchawek, taki wiesz – że włączasz go i całkowicie zatracasz się nie tylko w jego brzmieniu, ale w całej historii. I że przechodzisz z tą postacią przez cały sezon z jej życia, wszystkie pory roku, z których każda przynosi co innego i wprowadza w inny mentalny stan. To potrzebowało dobrej oprawy dźwiękowej, nieprzesadzonej. Miałem szczęście, że trafiłem na producenta, który potrafił tę moją koncepcję wcielić w życie. Lubię tę płytę, uważam, że jest świetna, choć jest mnóstwo osób, które się ze mną zapewne w tej kwestii nie zgodzą. Wielu słuchaczy pewnie się przestraszyło, jak usłyszało ją po raz pierwszy.
MŻ: Dlaczego? Dlatego, że jest właśnie inna?
JS: Dokładnie. Trochę na zasadzie: „what the fuck, co to jest, co on robi?”. A mnie proces pisania tej płyty naprawdę uwolnił. To znaczy, ja zawsze robiłem, co chciałem. I pisałem, cokolwiek mi przyszło do głowy. Nigdy też nie zastanawiałem się nad tym, czy będzie to rock, country, blues, punk, folk, czy cokolwiek innego. Zależało mi tylko na tym, aby brzmiało to dobrze. Mam dość szeroki wachlarz możliwości i jeszcze szerszy wachlarz zainteresowań. Co prawda pewnie nigdy nie nagram jazzu, metalu czy muzyki tanecznej i zawsze będę obracał się w kręgu tego, co jest organiczne dla amerykańskiej muzyki gitarowej, ale też niekoniecznie będę się trzymał sztywno jakichś ram. Nie oglądam się też za siebie, bo to nie ma żadnego sensu. Liczy się tu i teraz i przyszłość. A ona zapowiada się bardzo ekscytująco – właśnie wyszliśmy ze studia nagraniowego i na maksa jaram się tym, co tam się wydarzyło.
MŻ: Rozumiem, że możemy to traktować jako zapowiedź nowej płyty The White Buffalo?
JS: Tak jest, coś się kroi. Płyta coraz wyraźniej jawi się nam już na horyzoncie. Nie jest jeszcze skończona, wymaga nadal dogrania paru wokali i dopracowania kilku szczegółów, ale jest już bliżej niż dalej. Słuchałem nawet wczoraj tego, co mamy już zarejestrowane i zajebiście mi się to podoba. Cały proces twórczy też mocno różnił się od wszystkiego, co dotychczas robiliśmy. Mogę powiedzieć, że podeszliśmy do wszystkiego znacznie bardziej surowo, ale też jest to coś zupełnie nowego. Zrobiliśmy preprodukcję, co też jest dla nas nowością, bo nigdy tak nie pracowaliśmy. Zazwyczaj chłopaki nie widzą wcześniej pojedynczych pomysłów, fragmentów, tylko od razu gotowe partie. Tym razem spotkaliśmy się kilka razy wcześniej i razem wypracowaliśmy układ, który pomógł mi w ustaleniu, co zrobić z historią, ile mam czasu na powiedzenie czegoś, gdzie będą słowa. To dało mi czas na odpowiednie rozmieszczenie fraz. Chłopacy mieli za to czas na przemyślenie, co z tym zrobić od strony muzycznej, jak mogliby zagrać coś inaczej, zmienić dynamikę. I na końcu zaczęliśmy wszystko nagrywać i modyfikować na bieżąco, razem, nie trzymając się sztywno żadnych reguł i czasu, bo też i nie jesteśmy zespołem od podkładów i ścieżek. Gramy to, co czujemy i jak to czujemy.
MŻ: Możesz nam zdradzić jakieś szczegóły, jeśli chodzi o ten album?
JS: Mogę powiedzieć, że będzie tu kilka najbardziej niszczycielskich, killerskich numerów, jakie kiedykolwiek napisałem. Niektóre będą osobiste, inne bardziej uniwersalne. No i mogę zdradzić, że tu znowu ktoś umrze, nawet dwie osoby (śmiech). Nie wiem jeszcze, kiedy całość zostanie wydana, ale chciałbym, żeby płyta ukazała się wiosną przyszłego roku. Ostatnie krążki wydawaliśmy zawsze zimą, więc wiosna wydaje się być teraz dobrą odmianą i bardziej odpowiednią porą.
MŻ: Nie mogę się zatem doczekać! Czy producentem albumu ponownie będzie Jay Joyce?
JS: Nie, nie będzie to ani Jay ani Shooter Jennings, z którym robiliśmy krążki przedtem, nikt o wielkim nazwisku. Ten facet nie jest praktycznie w ogóle znany, ale jest fenomenalny! Pochodzi z San Diego. Wiesz, to miasto to taka dziwna enklawa świetnych, naprawdę świetnych artystów, przede wszystkim muzycznych, ale nie tylko, którzy się nie wybijają. Gdyby działali w Los Angeles, Nowym Jorku czy Nashville pewnie świat by o nich już dawno usłyszał. A w San Diego wszystko jest takie po prostu lokalne. Ten facet to cholerny geniusz. Jest niesamowitym inżynierem dźwięku, z którym potrafi zrobić kosmiczne rzeczy. Jay to pieprzony producent-bestia. Jest wszędzie na „Year of the Dark Horse”. Dociskał i wyciągał z nas jak najwięcej. Ben Moore, z którym teraz pracujemy, dał nam swobodę działania. To była zupełnie inna dynamika i energia. On jest w ogóle pianistą. Ostatniego dnia nagrań stanął za pianinem i zaczął dokładać partie tego instrumentu do wszystkich piosenek, które stworzyliśmy – dobrze je czuł i dodawał do nich po prostu swoje smaczki. I pomyślałem, że może powinien nagrać piosenkę lub dwie. I tak zostaliśmy w studiu do nocy, tworząc i świetnie się bawiąc. W 3 godziny nagraliśmy 7 utworów i to było niesamowite – tworzyć z taką prędkością, w takim tempie – i uzyskać taką jakość. Świetnie to wszystko wyszło. Jeśli chodzi o stronę liryczną, to myślę, że na tej płycie będą najlepsze teksty, jakie napisałem w całym swoim życiu.
MŻ: Zapytałam o Jaya Joyce’a, bo natknęłam się ostatnio na wywiad z nim, w którym powiedział, że praca z tobą była dla niego jedną z najbardziej inspirujących w całej jego karierze…
JS: Serio? Tak powiedział? Skurczybyk (śmiech). Wiesz, cała historia z nim była dość pokręcona. Kontaktowaliśmy się z mnóstwem producentów, Joyce też był na naszej liście, ale za cholerę nie mogliśmy się z nim złapać, nawet na Zoomie, zawsze się czasowo rozjeżdżaliśmy. Któregoś razu w końcu po prostu przyszedł na nasz koncert, po którym powiedział: „skoczmy na kawę do studia, pogadamy”. Przedstawiłem mu wtedy swój pomysł, ale cały myk polegał na tym, że ja właściwie nic wtedy jeszcze nie miałem. Kompletnie nic. Ani żadnych partii, ani fragmentów tekstów, nawet notatek. Jedynie mglistą, niesprecyzowaną ideę. Jay na to: „ok, kiedy możemy zacząć?”, a ja pomyślałem: „ku*wa, jestem gotowy”. Sprawdził swój kalendarz – bardzo lubi to robić – i mówi: „ok, za 2 tygodnie ruszamy”. No i ruszyliśmy, od zera. Nie jestem dobry w byciu przygotowanym, ale jestem dobry w dostarczaniu w danej chwili i byciu w stanie pisać naprawdę szybko. Jakbym wpadał w taki euforyczny, maniakalny, ale dziwnie spokojny epizod. Praca nad „Year of the Dark Horse” to było totalne szaleństwo.
MŻ: Efekt końcowy jest niesamowity!
JS: Wow, widzę, że tobie naprawdę podoba się ta płyta!
MŻ: No pewnie, że tak! Jeszcze jak!
JS: Które numery najbardziej?
MŻ: Trudny wybór, ale chyba „Am I Still a Child” i „Life Goes On”. Do tych dwóch często ostatnio wracam.
JS: To niesamowite kawałki, ale wiele osób chyba nie podziela twojego entuzjazmu. Znam całą tę piątkę ludzi, którzy słuchają ich na Spotify (śmiech).
MŻ: Cieszę się zatem, że jestem jedną z nich (śmiech). Chciałabym też zapytać cię o soundtracki. Twoje piosenki zawsze były bardzo kinowe, filmowe. Nie wiem, czy wiesz, co mam na myśli, ale mam nadzieję, że tak – czasem słyszysz jakiś utwór i wiesz, że mógłby być ścieżką dźwiękową. Twoja przygoda z tym gatunkiem muzycznym zaczęła się jednak zupełnie przypadkiem – gdy Chris Malloy użył utworu „Wrong” w swoim filmie „Shelter”, prawda? Chyba nigdy tak naprawdę nie myślałeś o pisaniu dla telewizji, zgadza się?
JS: Tak, to prawda, to był całkowity przypadek. Wiesz, myślę o piosenkach jak o mini filmach w mojej głowie, ale nie – nigdy nie pisałem ich z myślą o ścieżkach dźwiękowych ani w ogóle o wykorzystaniu w jakimkolwiek filmie czy serialu. Moje początki to w ogóle nagrywanie swoich kawałków na podwójnym magnetofonie Panasonic mojego brata. Przepuszczałem je przez nagłośnienie i nagrywałem mikrofonem, na żywo, na jednej taśmie. Nie było w tym żadnej produkcji. Tak zrobiłem swoje pierwsze kasety. Parę z nich podarowałem potem kilku kumplom na urodziny, na święta itd. W ten sposób zaczęły krążyć z rąk do rąk, ludzie je sobie przegrywali. Tak zaczęło się to rozprzestrzeniać i trafiło do środowiska surferów. Telefon od Chrisa Malloya zastał mnie w San Francisco, w wyjątkowo paskudnym momencie mojego życia. Powiedział mi wtedy: „Hej, chciałbym użyć jednej z twoich piosenek do mojego filmu”. Moją pierwszą reakcją było: „Co? Wtf?”. Dorastałem, surfując, więc oczywiście kojarzyłem i bardzo szanowałem braci Malloy. Tym bardziej nie mogłem się więc nadziwić: Jak? Który kawałek? Gdzie go usłyszał? I dlaczego? I wiesz, w tamtym czasie wszystkie filmy o surfingu to był zawsze punk rock. A tu pojawiają się oni, robią super artystyczny, kozacki film i biorą do niego moją piosenkę. Nie mieściło mi się to w głowie.
MŻ: To był jeden z najbardziej przełomowych momentów w twoim życiu?
JS: Jeszcze jak! Pamiętam, jak pojechałem wystąpić na premierze filmu w San Diego, i to było tak niesamowite doświadczenie, że na północ wróciłem już tylko właściwie po swoje rzeczy. Spakowałem cały dobytek i przeniosłem się do południowej Kalifornii. Na początku spałem na kanapach u różnych ludzi, ale stopniowo zacząłem rozwijać swoją karierę i stawać na nogi. W San Francisco byłem zdesperowany. Pracowałem w spelunie, prawie w ogóle nie grałem. Mieszkałem tam 4 lata, w czasie których zagrałem łącznie może z 10 koncertów, z czego połowę w tym pieprzonym, obskurnym barze. Zawsze będę wdzięczny Chrisowi za to, że dał mi tę szansę. Fajnie, że wyciągnęłaś ten wątek. Zazwyczaj, jeśli ktoś pyta mnie o soundtrack, to przede wszystkim o…
MŻ: Domyślam się. I w zasadzie rozumiem. Ja też po raz pierwszy o tobie usłyszałam właśnie dzięki „Sons of Anarchy”.
JS: Wiadomo. W ogóle się nie dziwię – wiele osób poznało mnie za sprawą tego serialu. Miałem tam z jakieś 10 czy 11 kawałków. To naprawdę fantastyczna ścieżka! Świetna rzecz, super przygoda. Wracając jednak jeszcze do tej filmowości piosenek – to tak, myślę o nich jak o małych, indywidualnych dziełach, ale nie dość, że nie piszę nigdy niczego z zamiarem wykorzystania tego w innej formie sztuki, to w zasadzie nie piszę nawet po to, aby odniosło to jakikolwiek sukces. To nigdy nie było i nie będzie moim celem. Piszę, bo to mnie porusza. I mam nadzieję, że jeśli wywołuje to emocje we mnie, to może wywoła też i w innych. Dzięki takiemu nastawieniu dziś, mając 52 lata, mogę nadal wychodzić ze studia z poczuciem, że właśnie stworzyłem najlepsze piosenki w całym swoim życiu. Wiele osób uważa, że istnieje okno artystyczne, prawda? Mówi się o tym 10-letnim oknie, w którym można tworzyć rzeczy najwyższej jakości w niemal każdym gatunku sztuki, ale to moim zdaniem bzdura. Możesz coś robić przez 30 lat i więcej, i wciąż być na tak samo wysokim albo jeszcze lepszym poziomie. Ja na przykład dopiero teraz nauczyłem się strun i gdzie poszczególne dźwięki znajdują się na gryfie.
MŻ: Ciekawe. Nigdy nie odniosłam wrażenia, że tego nie wiesz.
JS: A jednak! Nigdy nie uczyłem się tej całej teorii. I dopiero teraz czuję, że wiem, jak grać na tym cholernym instrumencie (śmiech). Wiesz, do tej pory zawsze to robiłem na czuja. I myślę, że jest coś magicznego w tym nieznanym, że jakaś wiedza może wyjść tylko z ciebie i twojej niewiedzy. I dzięki temu powstaje coś unikalnego. Do tej pory to melodia mnie prowadziła. Teraz pomyślałem sobie: „nie no, czas najwyższy, musisz wiedzieć do cholery Jake, co robisz”. Pamiętam jak Matt, mój perkusista, zdziwił się gdy mu o tym powiedziałem. „Czekaj, nie wiesz, jak nazywają się struny w standardowym stroju? Czy ty sobie ze mnie żartujesz? Jak możesz tego nie wiedzieć? Jak to robisz? Stroisz przecież co noc. Stroisz kur*a 100 razy”, a ja na to: „naprawdę nie wiem, nie myślę o tym”. Teraz nauczyłem się teorii, i czy to przełoży się na praktykę? W jakimś stopniu pewnie tak. Na pewno. Warto się uczyć całe życie. Jeśli przestajesz się rozwijać, to zaczynasz umierać, prawda?
MŻ: Amen! Żałuję ogromnie, ale niestety kończy nam się czas. Na koniec – czy coś z tych nowych kawałków zaprezentujesz już podczas nadchodzącej europejskiej trasy?
JS: Nie wiem, szczerze mówiąc. W dzisiejszych czasach, kiedy każdy ma kamerę w swoim telefonie, chyba nie jest to mądrym rozwiązaniem. Z drugiej strony, nie chcę czekać prawie roku, aby móc je zagrać, więc zobaczymy. Pewnie pogramy coś z tego na soundchecku, ale czy na samym koncercie? Naprawdę trudno mi powiedzieć. Niczego nie potwierdzam, niczego nie wykluczam. Z drugiej strony, jeśli prezentować coś gdzieś premierowo, to czy może być do tego lepsze miejsce, niż właśnie Warszawa, którą tak uwielbiam?
MŻ: Myślę, że lepszego miejsca nie będzie! Niezależnie jednak od tego, czy zagracie nam tu coś z tych nowości, czy nie, jednego jestem pewna – to będzie piękny wieczór i absolutnie wyjątkowy koncert!
JS: A to mogę obiecać, z całą odpowiedzialnością!
Rozmawiała Magda Żmudzińska