IKS

Ranking albumów Placebo – od najgorszego do najlepszego

Muszę się do czegoś przyznać. Ślepo wierzę we wszystko, co zrobił i powiedział David Bowie. Nie tylko uważam go za jednego z najważniejszych artystów naszych czasów, ale też twierdzę, że jego twórczość to niewyczerpane źródło inspiracji dla kolejnych pokoleń twórców. Co więcej, Bowie miał wyjątkowego nosa do młodych artystów i przez lata udowadniał, że jego intuicja niemal nigdy go nie zawodziła. Tak było choćby w przypadku Nine Inch Nails czy wreszcie Placebo – zespołu, który od samego początku był z nim związany. Historia przyjaźni Placebo z Bowiem to temat na osobny tekst. Nie będę wchodził w szczegóły, ale kluczowe jest to, że to właśnie jego wsparcie w połowie lat 90. pomogło grupie Briana Molko i  Stefana Olsdala dotrzeć do szerszej publiczności i umocnić pozycję na alternatywnej scenie Wielkiej Brytanii. Bowie bardzo szybko dostrzegł w Placebo coś wyjątkowego – artystyczną odwagę i potrzebę ciągłego łamania schematów. Były to cechy, które przez dekady definiowały również jego własną twórczość. Z czasem Bowie stał się nie tylko wielkim fanem Placebo, ale także ich mentorem i jednym z najważniejszych sojuszników. Brian Molko wielokrotnie podkreślał, jak ogromny wpływ wywierał na niego — zarówno w sferze muzycznej, jak i w kwestii budowania własnego wizerunku. Androgeniczna estetyka, świadoma gra tożsamością oraz umiejętność łączenia prowokacji ze sztuką to elementy mocno zakorzenione w dziedzictwie Bowiego, które znalazły swoje odbicie również w twórczości i scenicznej osobowości Molko. Brian nigdy nie ukrywał tej inspiracj. Ale w historii początków Placebo pojawia się jeszcze jedna muzyczna ikona, która w moim odczuciu odegrała małą ale istotną rolę. Nie chodzi jednak o rolę muzycznego mentora (choć ta osoba zapewne zainspirowała niejedną piosenkę Placebo), lecz o pewien incydent, który otworzył przed zespołem nowe możliwości. Pamiętacie te wszystkie sytuacje, kiedy Morrissey odwoływał koncerty? Bo bolała go głowa? Bo się nie wyspał? Bo poczuł zapach kebaba? A może po prostu coś mu nie odpowiadało? Zresztą każdy, kto kiedyś kupił bilet na odwołany koncert Morrisseya doskonale wie o co chodzi… Okazuje się, że podobny epizod miał miejsce również w 1995 roku, podczas trasy koncertowej Davida Bowiego, na której Morrissey był gościem specjalnym. Oficjalnym powodem jego rezygnacji były problemy zdrowotne, jednak można znaleźć również sugestie, że prawdziwą przyczyną mogło być niezbyt entuzjastyczne przyjęcie przez publiczność oraz napięcia wynikające z artystycznego ego. Po zaledwie dziewięciu występach Morrissey wycofał się z dalszej części trasy, a organizatorzy musieli szybko znaleźć zastępstwo. I właśnie wtedy swoją szansę otrzymało Placebo. Mało znany zespół, bez choćby jednej płyty na koncie. Brian Molko z ekipą tę szansę wykorzystali, przy okazji zaprzyjaźnili się z Bowiem, a reszta – jak to mówią – jest historią.

 

Przez ponad trzy dekady obecności na scenie Placebo niejednokrotnie musiało mierzyć się z krytyką. Zarzucano im wiele – wystarczy wygooglować. Jednak z perspektywy czasu ich dyskografia wydaje się znacznie bardziej wartościowa niż często sugerowały pierwsze reakcje czy opinie krytyków. Placebo to jeden z tych zespołów, które mogą pochwalić się wyjątkowo równą dyskografią. Oczywiście mają albumy lepsze i takie, które nadal wywołują liczne dyskusje, ale trudno znaleźć w ich katalogu płytę całkowicie nieudaną. Dlatego ułożenie ich albumów od najgorszego do najlepszego okazało się nie tylko wyzwaniem, ale przede wszystkim ogromną przyjemnością. Oto mój subiektywny ranking albumów Placebo.

 

 

  1. Loud Like Love (2013)

 

O ile mam swoje ulubione wydawnictwa Placebo, o tyle bardzo trudno było mi wskazać ich najsłabszy album. Nawet te mniej udane płyty miały swoje momenty. Jednak ranking to ranking i coś trzeba wybrać. Dla mnie płytą, która mimo wszystko najsłabiej wypada w dyskografii, jest „Loud Like Love”. Mam wrażenie, że to ich najbardziej zachowawczy album. Muzycznie jest poprawnie, kilka numerów potrafi wpaść w ucho, ale wyraźnie brakuje tego napięcia i klimatu, za które pokochałem formację w pierwszej dekadzie nowego milenium. To nadal Placebo, tylko jakby bardziej ułożone, wypolerowane i pozbawione tej niebezpiecznej, toksycznej aury. Największym problemem płyty są dla mnie teksty. Właśnie tutaj bardzo mocno dał o sobie znać kryzys wieku średniego Briana – album ukazał się, gdy stuknęła mu czterdziestka. Po raz pierwszy próbuje opowiadać o życiu i emocjach w bardziej bezpośredni, dojrzały sposób. „Loud Like Love” miało być bardziej szczere, bardziej osobiste… i cóż, wyszło jak wyszło. Podobno Brian miał je pisać z myślą o solowym projekcie, ale szybko go pogrzebał i skupił się na swojej macierzystej formacji. Molko od zawsze miewał skłonności do grafomanii, ale na wcześniejszych płytach ginęła ona w duszącej atmosferze, młodzieńczym seksualnym napięciu i klimacie autodestrukcji. Nawet najbardziej przesadzone wersy miały swój urok, bo idealnie pasowały do wizerunku, jaki kreowało Placebo. Na „Loud Like Love” dostajemy już zbyt dosłowne refleksje dojrzałego faceta. Efektem są teksty-potworki w stylu „Too Many Friends” czy tytułowego „Loud Like Love”. Mimo wszystko warto dać tej płycie szansę, bo jest tu kilka naprawdę udanych fragmentów.

 

Moje typy: „Bosco”, „A Million Little Pieces”, „Begin the End”.

 

 

  1. Life’s What You Make It EP (2016)

 

Placebo od zawsze lubiło sięgać po utwory swoich idoli. EP-ka „Life’s What You Make It”, wydana niedługo po albumie „Loud Like Love”, może być traktowane jako rodzaj suplementu do albumu „Covers” z 2003 roku – choć oczywiście w znacznie mniejszej skali. Na sześć kawałków, jakie znajdziemy na EP-ce, połowa to reinterpretacje. Co ciekawe, zespół nie poszedł tutaj na łatwiznę i nie sięgnął po oczywiste hity. Zamiast tego dostajemy wybory bardziej osobiste i mniej przewidywalne. „Life’s What You Make It” z repertuaru pionierów art rocka Talk Talk, melancholijne i hipnotyzujące „Autoluminescent” australijskiego muzyka Rowlanda S. Howarda oraz eksperymentalną perełkę – „Song #6” od Freak Power. Do tego dochodzą dwie koncertowe wersje „Twenty Years” – utworu pierwotnie stworzonego na kompilację „Once More with Feeling: Singles 1996–2004”. Placebo prezentuje tutaj dwa różne oblicza tego kawałka: bardziej klasyczne wykonanie z Europavox Festival 2015 oraz delikatną fortepianową wersję z programu „Evening Urgant” w Moskwie z 2016 roku. Najważniejszym punktem EP-ki pozostaje jednak „Jesus’ Son” – jedyny premierowy, autorski utwór Placebo na tym wydawnictwie (później dodany również do kompilacji „A Place for Us to Dream”). To bardzo udany, mroczny i melancholijny numer, który pokazuje zespół w dobrej formie po dość nierównym „Loud Like Love”. Ma w sobie tę charakterystyczną dla Placebo atmosferę niepokoju i emocjonalnego ciężaru, a jednocześnie można go potraktować jako swoistą zapowiedź kierunku, który grupa rozwinęła później na „Never Let Me Go”. „Life’s What You Make It” nie jest więc wielkim wydarzeniem w dyskografii Placebo, ale można go potraktować jako bardzo ciekawy dodatek.

 

Moje typy: „Jesus’ Son”, „Autoluminescent”, „Song #6”.

 

 

  1. Once More with Feeling: Singles 1996–2004 (2004)

 

Wiadomo – kompilacje często bywają najprostszym sposobem na wyciągnięcie pieniędzy od fanów i Placebo również nieraz korzystało z tej okazji. Jednak „Once More with Feeling: Singles 1996–2004” to zupełnie inna historia niż późniejsze jubileuszowe wydawnictwo „A Place for Us to Dream” (które dla mnie jest zbiorem odgrzewanych kotletów, dlatego nie znajdziecie go na tej liście!). Na „Once More with Feeling…” dostajemy nie tylko zestaw największych hitów, ale też kilka ciekawych dodatków, które same w sobie sprawiają, że ta składanka staje się naprawdę wartościowa. To przede wszystkim podsumowanie pierwszego, najbardziej ekscytującego etapu działalności zespołu, kiedy Placebo budowało swój charakterystyczny styl. Oprócz obowiązkowej perełki, jaką jest niesamowita wersja „Without You I’m Nothing” nagrana z Davidem Bowie, największym powodem, by wracać do tego wydawnictwa, są trzy ostatnie utwory: francuskojęzyczne „Protège moi” (czyli nowa wersja klasyka ze „Sleeping with Ghosts”), a także napisane specjalnie na tę okazję „I Do” oraz nostalgiczne „Twenty Years”. To właśnie te dodatki sprawiają, że „Once More with Feeling” jest czymś więcej niż tylko zbiorem singli i B-side’ów. Jest pełnoprawnym i pełnowartościowym pożegnaniem pewnej ery Placebo. (dodatkowo płytką, dzięki której Placebo mogło zarobić trochę łatwej kasy).

 

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka z czasów tej kompilacji. Do utworu „Protège moi” powstał teledysk wyreżyserowany przez Gaspara Noé – twórcę słynnego i niezwykle kontrowersyjnego „Nieodwracalne” z Monicą Bellucci i Vincentem Casselem, filmu tak mocnego i psychicznie obciążającego, że nawet dziś, blisko ćwierć wieku po swojej premierze ciągle wywołuje skrajne emocje (kto widział, wie, że tego nie da się odzobaczyć!). Nic więc dziwnego, że teledysk Gaspara do „Protège moi” również nie była zwykłym klipem. Noé stworzył obraz w charakterystycznym dla siebie stylu – dosłownie ocierający się o pornografię, który ostatecznie okazał się zbyt kontrowersyjny, by trafić do oficjalnej dystrybucji.

 

Moje typy: „Without You I’m Nothing” (single mix feat. David Bowie), „I Do”, „Twenty Years”.

 

 

  1. Covers (2007)

 

Na początek małe sprostowanie. Większość coverów z tego albumu była wcześniej dostępna jako strony B singli, pojawiały się na soundtrackach i tribute albumach. Jedynie „Running Up That Hill” nagrano specjalnie z myślą o tym wydawnictwie. Dzisiaj, w erze streamingu, ułożenie playlisty z B-side’ów nie stanowi żadnego problemu. Ale dwadzieścia lat temu dla wielu fanów takie wydawnictwo było jedyną szansą, by usłyszeć te wszystkie reinterpretacje w jednym miejscu. I właśnie dlatego mogę śmiało powiedzieć: tak powinna wyglądać rasowa kompilacja. Co ciekawe, album początkowo ukazał się jako bonusowy krążek do „Sleeping with Ghosts”, czyli w okresie ogromnej popularności zespołu. Dopiero cztery lata później doczekał się samodzielnego wydania. Na płycie znalazło się dziesięć coverów. W przeciwieństwie do wspomnianej wcześniej EP-ki „Life’s What You Make It”, tym razem większość materiału stanowią utwory absolutnie kultowe i doskonale znane. Co jednak najciekawsze, Placebo nie kierowało się żadnym szczególnym kluczem, przez co materiał źródłowy jest naprawdę różnorodny. I tak dostajemy „I Feel You” Depeche Mode, „Daddy Cool” Boney M., „The Ballad of Melody Nelson” Serge’a Gainsbourga, kultowe „Where Is My Mind?” Pixies, które pod koniec lat 90. przeżyło drugą młodość za sprawą zamykającej sceny z „Fight Clubu”, a także wspomniane już „Running Up That Hill” Kate Bush. Do tego T. Rex, Sinéad O’Connor, The Smiths i wreszcie – moim zdaniem najciekawszy punkt programu – „Holocaust” zespołu Big Star. To wszystko zostało przepuszczone przez charakterystyczną wrażliwość Placebo. I właśnie dlatego te utwory nie brzmią jak kopie oryginałów, ale jak pełnoprawne kompozycje zespołu. Oczywiście można zarzucić „Covers”, że to produkt z recyklingu – w końcu 90% materiału było już wcześniej dostępne. Dla mnie jednak ten album jest przede wszystkim zbiorem znakomitych reinterpretacji i muzycznym hołdem dla artystów, którzy ukształtowali brzmienie Placebo.

 

Moje typy: „Holocaust”, „Where Is My Mind?”, „20th Century Boy”.

 

 

  1. B3 EP (2012)

 

Na rok przed wydaniem „Loud Like Love” Placebo wypuściło minialbum, o którym już mało kto pamięta (również dlatego go tutaj przypominam!). Poza singlem tytułowym nie znajdziemy go na Spotify (można posłuchać na Youtube!). Nie ma tu żadnego wielkiego przewrotu, ale całość stanowi idealny pomost pomiędzy „Battle for the Sun” a „Loud Like Love” – z tą różnicą, że wypada znacznie ciekawiej i bardziej autentycznie niż sam siódmy longplay. Co ciekawe, to jedyna EP-ka w całej dyskografii zespołu składająca się wyłącznie z premierowych kompozycji. Dostajemy zaledwie pięć utworów, w sumie 24 minuty muzyki, ale właśnie dzięki temu nie ma tu miejsca na zapychacze. W zamian otrzymujemy zaskakująco świeże brzmienie, a co najważniejsze – teksty Briana nie rażą tak mocno jak na „Loud Like Love”. Singlowy „B3” to klasyczne Placebo w stylu „Battle for the Sun” ale im dalej, tym robi się ciekawiej. Zadziorne „I Know You Want to Stop”, hipnotyzujące „I.K.W.Y.L.”, enigmatyczne „The Extra” i wreszcie rewelacyjny siedmiominutowy zamykacz „Time Is Money” – każdy kolejny kawałek wnosi coś interesującego. „B3 EP” to jedna z mniej znanych pozycji w dyskografii Placebo, ale jeśli lubicie grzebać w rarytasach, koniecznie dajcie jej szansę.

 

Moje typy: „B3”, „Time Is Money”, „I Know You Want to Stop”.

 

 

  1. Never Let Me Go (2022)

 

Po dziewięciu latach przerwy od „Loud Like Love” Placebo powróciło w 2022 roku z nowym albumem. Tym razem już jako duet – po odejściu Steve’a Forresta w 2015 roku Brian Molko i Stefan Olsdal najwyraźniej uznali, że dalsze poszukiwania stałego perkusisty mija się z celem. W międzyczasie świat pogrążył się w pandemii COVID-19, a fani z każdym kolejnym rokiem stawali się coraz bardziej spragnieni nowego materiału. Na szczęście Placebo wróciło na właściwe tory i nagrało spójną, dojrzałą płytę, która wyraźnie spełniła (przynajmniej w części) rozdmuchane oczekiwania starych fanów. „Never Let Me Go” nie próbuje na siłę dostarczyć kolejnych radiowych hitów, lecz broni się znakomitym klimatem, gęstą, konsekwentnie budowaną atmosferą, świetną produkcją i – co najważniejsze – naprawdę niezłym songwritingiem. Wygląda na to, że Brian Molko zażegnał twórczy kryzys wieku średniego i u progu piątej dekady życia ponownie złapał wiatr w żagle. Na „Never Let Me Go” porusza tematy niesprawiedliwości społecznej, kryzysu klimatycznego, alienacji, uzależnień, starzenia się, kwestionuje kondycję współczesnego świata, a robi to z dojrzałością i przekonaniem, których momentami brakowało na poprzednich wydawnictwach. Jego teksty brzmią znacznie bardziej szczerze i przekonująco niż na „Loud Like Love”. To zupełnie nowe rozdanie. Może „Never Let Me Go” nie ma takiej siły rażenia jak wczesne albumy Placebo, ale jeśli poświęcicie jej trochę czasu, ma szanse się odwdzięczyć z nawiązką.

 

Moje typy: „Forever Chemicals”, „Surrounded by Spies”, „Fix Yourself”.

 

 

 

  1. Battle for the Sun (2009)

 

Dla większości polskich fanów to na zawsze będzie ten album od „cztery: zero”. Czyli „Ashtray Heart” – utworu, którego ten pamiętny fragment większość zna, ale tak naprawdę nie wie, co właściwie śpiewa. Jeśli nigdy tego nie sprawdzaliście, to spieszę z pomocą: „Cenicero, cenicero / Mi corazón de cenicero” po hiszpańsku oznacza to samo, co angielski tytuł piosenki – „serce jak popielniczka”. Ale zostawmy językowe ciekawostki i przejdźmy do samej płyty. „Battle for the Sun” był dla Placebo kolejnym punktem zwrotnym. Na dwa lata przed premierą albumu z grupy odszedł perkusista Steve Hewitt – członek klasycznego składu. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że jego odejście symbolicznie zamknęło klasyczny etap działalności Placebo. Oficjalnie powodem rozstania były „różnice osobiste i muzyczne”, jednak Hewitt w późniejszych wywiadach przyznawał, że nie do końca podobał mu się kierunek, w którym Molko i Olsdal prowadzili zespół. Szczególnie chodziło o coraz większą rolę elektroniki oraz poczucie, że sam Hewitt schodził na dalszy plan. I faktycznie, szósty album Placebo był płytą kompletnie różną od wcześniejszych dokonań. Za produkcję „Battle for the Sun” odpowiadał David Bottrill – człowiek mający na koncie między innymi „Lateralus” Tool, „Faceless” Godsmack oraz udział w pracach nad „Origin of Symmetry” Muse. Bottrill pomógł nadać Placebo większe, bardziej przestrzenne i zdecydowanie bardziej rockowe brzmienie. To album, który od początku wydaje się celować w granie na żywo. I rzeczywiście, „Battle for the Sun” jest chyba najbliżej stadionowego rocka w całej dyskografii Placebo. Utwory takie jak „Kitty Litter”, „For What It’s Worth” czy tytułowy „Battle for the Sun” mają zupełnie inną energię niż wcześniejsze, bardziej klaustrofobiczne kompozycje zespołu. To już nie jest wyłącznie muzyka dla outsiderów i introwertyków. Sam tytuł albumu świetnie oddaje jego przesłanie. „Battle for the Sun” nie jest opowieścią o nagłym odnalezieniu szczęścia. To raczej walka o siebie, o możliwość wyrwania się z własnych schematów i rozpoczęcia kolejnego rozdziału. Brian Molko nadal pisze o bólu, zagubieniu i trudnych emocjach, ale robi to z perspektywy kogoś, kto próbuje znaleźć wyjście, a nie tylko opisywać kolejne upadki. Nie bez znaczenia była też zmiana za perkusją. Steve Forrest wniósł do zespołu więcej energii i fizycznej siły, również podczas koncertów. Jego styl był bardziej agresywny i bezpośredni niż u Hewitta – mniej subtelny, ale dzięki temu świetnie pasujący do nowego, bardziej ofensywnego kierunku Placebo. Mam wrażenie, że „Battle for the Sun” przez lata trochę niesprawiedliwie oberwało od części fanów i krytyków. Nie jest to album pozbawiony wad – szczególnie w drugiej połowie pojawia się kilka mniej zapamiętywalnych momentów, a całość mogłaby być odrobinę bardziej zwarta. Z drugiej strony, zamykające płytę „Kings of Medicine”, z ciekawymi partiami instrumentów dętych, pokazuje, że Placebo nadal potrafiło szukać nowych rozwiązań i nie bało się eksperymentów. Ostatecznie „Battle for the Sun” pozostaje istotnym etapem w historii Placebo – płytą, która nie wszystkim przypadła do gustu, ale udowodniła, że zespół nie zamierza stać w miejscu.

 

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka z czasów „Battle for the Sun”. Singiel „Ashtray Heart” miał naprawdę świetną stronę B – znalazły się tam dwa bardzo ciekawe covery: „Fuck U” zespołu Archive oraz „Hardly Wait” PJ Harvey. Szczególnie pierwszy z nich może być dla wielu fanów zaskoczeniem, bo uwielbiany w Polsce numer Archive doczekał się mrocznej, charakterystycznej dla Placebo interpretacji. Niestety, tę wersję trudno znaleźć, nie trafiła ani na regularny album, ani na serwisy streamingowe. A szkoda, bo idealnie pasuje do klimatu zespołu z tego okresu i pokazuje, że Placebo zawsze miało rękę do grania coverów. (można posłuchać na YouTube – Tutaj)

 

Moje typy:  „Kitty Litter”, „For What It’s Worth”, „Battle for the Sun”.

  1. Meds (2006)

     

 

Pogłębiający się romans Placebo z elektroniką na „Sleeping with Ghosts” wyszedł zespołowi na dobre. Po premierze albumu grupa osiągnęła szczyt swojej popularności, ale chyba właśnie wtedy zaczęła też odczuwać ciężar własnego sukcesu. Kolejne w dyskografii „Meds” okazało się powrotem do bardziej klasycznego gitarowego grania. Podobno Placebo początkowo chciało kontynuować elektroniczny kierunek obrany na poprzedniku, jednak producent Dimitri Tikovoï przekonał zespół, by wrócić do bardziej tradycyjnego brzmienia, znanego jeszcze z czasów sprzed „Sleeping with Ghosts”. I był to bardzo dobry ruch. „Meds” to niezwykle solidny album, wypełniony świetnymi kompozycjami. „Post Blue”, „Infra-Red” czy wreszcie fenomenalny zamykacz „Song to Say Goodbye” – być może jeden z najlepszych finałów płyty w całej dyskografii Placebo – pokazują, że w 2006 roku zespół wciąż był w znakomitej formie i potrafił pisać kapitalne utwory. To także jeden z zaledwie dwóch albumów studyjnych Placebo, na których pojawili się goście (drugim był „Black Market Music”, na którym w utworze „Spite & Malice” możemy usłyszeć Justina Warfielda). W utworze tytułowym pojawiła się Alison Mosshart z The Kills, której charakterystyczny lekko szorstki wokal świetnie kontrastuje z głosem Briana Molko. Z kolei w „Broken Promise” można usłyszeć Michaela Stipe’a z legendarnego R.E.M. Oba występy są świetnie wkomponowane w klimat płyty. Jak sugeruje sam tytuł, „Meds” opowiada o uzależnieniach, samotności, rozpadających się relacjach i próbach radzenia sobie z własnymi demonami. Innymi słowy – o tematach, w których Molko od zawsze czuł się jak ryba w wodzie i potrafił pisać z wyjątkową szczerością. To również ostatni album nagrany z perkusistą Stevem Hewittem. Po jego odejściu Placebo definitywnie zamknęło najbardziej klasyczny rozdział swojej działalności. Złośliwi powiedzą, że był to także ostatni z tych naprawdę wielkich albumów zespołu. I szczerze mówiąc… chyba jest w tym ziarnko prawdy.

 

Moje typy: „Meds”, „Song to Say Goodbye”, „Post Blue”.

 

 

  1. Black Market Music (2000)

 

Jest rok 2000. Po ogromnym sukcesie „Without You I’m Nothing” Placebo dosłownie zachłysnęło się własną popularnością. Odurzeni sukcesem, narkotykami i własnym ego Brian Molko i spółka zabrali się za nagrywanie trzeciego albumu. Tkwiącemu w narkotycznym ciągu zespołowi ukończenie płyty zajęło aż dziewięć miesięcy, a efekt końcowy mocno podzielił fanów. „Black Market Music” okazał się albumem zupełnie innym od swojej poprzedniczki – mroczniejszym, bardziej dusznym i pełnym odważnych eksperymentów. Unosi się nad nim apokaliptyczny cień końca milenium, a atmosfera narkotycznego zjazdu wręcz wylewa się z głośników. Być może właśnie dlatego trio bez najmniejszych kompleksów testowało pomysły, na które nie odważyło się przy okazji „Without You I’m Nothing” (aż chce się powiedzieć, że równie śmiało, co nowe używki!). Nie jestem fanem flirtu z hip-hopem w „Spite & Malice”, ale szanuję Placebo za odwagę. Zresztą sam Molko wspominał, że utwór był w pewnym sensie odpowiedzią na zespoły pokroju Limp Bizkit, których mizoginiczny wizerunek i sposób bycia szczerze go odrzucały. Warto też pamiętać, że album powstawał niedługo po pamiętnym Woodstocku ’99 (jeśli nie wiecie, o co chodzi, polecam dokument na HBO). Znacznie lepiej wypadają klaustrofobiczne „Haemoglobin”, przesycone niepokojącym erotyzmem „Taste in Men” – podobno inspirowane „Wish” Nine Inch Nails – czy przejmujące i bardzo osobiste „Black-Eyed”. Ciągle uwielbiam przebojowe „Special K” i „Days Before You Came”, ale świetnych, mniej oczywistych kompozycji jest tutaj znacznie więcej. Zamykający album „Peeping Tom” to jeden z najbardziej niepokojących utworów w całym dorobku zespołu – duszny, paranoiczny i podszyty obsesją. Brian wciela się w rolę podglądacza, który nie potrafi poradzić sobie z własnym życiem. Z jednej strony wzbudza litość, z drugiej – przerażenie. Narastające napięcie i ciężki klimat sprawiają, że słucha się tego z wyraźnym dyskomfortem, a to samo w sobie zasługuje na uznanie. Na płycie ukryto jeszcze jeden bonusowy utwór – „Black Market Blood” – który spina całość swoistą klamrą i przypomina, że album powstał w jednym z najbardziej destruktywnych okresów w historii formacji. Dziś uważam, że „Black Market Music” to jedna z najbardziej niedocenionych płyt w dorobku Placebo. Nie jest tak przebojowa jak „Without You I’m Nothing”, ale ma charakter, odwagę i własną tożsamość. Nie słuchajcie, co mówią o niej inni. Po prostu włączcie ją bez uprzedzeń, bo mam wrażenie, że dziś jest nawet bardziej aktualna niż te ćwierć wieku temu.

 

Moje typy:  „Taste in Men”, „Peeping Tom”, „Days Before You Came”,

 

 

  1. Placebo (1996)

 

Rok 1995. Britpop zdominował przestrzeń radiową. Oasis, Blur i Pulp pisały wielkie hymny o codziennym życiu, brytyjskiej tożsamości i pokoleniowych marzeniach. Oparte na prostych, ale chwytliwych riffach melodie miały być odpowiedzią na wywodzący się zza oceanu grunge. Britpop był mniej ponury, bardziej przebojowy i mocno zakorzeniony w brytyjskiej tradycji gitarowego grania. I właśnie w tym momencie, na przekór panującym trendom pojawiło się Placebo. Brian Molko, Stefan Olsdal i Robert Schultzberg (pierwszy z kilku perkusistów, jacy przewinęli się przez zespół) zawędrowali w znacznie bardziej niewygodne miejsca niż bracia Gallagher czy Damon Albarn. Ich teksty przepełniały poczucie alienacji, seksualna dwuznaczność, oraz przekonanie, że kompletnie nie pasowali do otaczającego ich świata. Choć z perspektywy lat słychać, że zespół dopiero szukał własnego stylu, debiut do dziś pozostaje jednym z najbardziej bezczelnych i ekscytujących pierwszych kroków w historii brytyjskiego rocka drugiej połowy lat 90. Według mnie największą siłą tego krążka jest mieszanka sprzeczności. Placebo potrafi być jednocześnie agresywne i kruche, prowokacyjne i niezwykle osobiste. Molko kreuje postać pewnego siebie outsidera, ale pod tą maską nieustannie słychać człowieka zagubionego i rozpaczliwie szukającego akceptacji.

 

Już od pierwszych minut słychać, że Placebo nie miało zamiaru nikomu się przypodobać. Ta płyta momentami aż kipi punkową energią i młodzieńczym buntem. Warto przy tym pamiętać, że Brian Molko, najstarszy z całej trójki, miał zaledwie 23 lata, gdy ukazał się ich debiut. Największym hitem został oczywiście „Nancy Boy”, utwór, który wywołał niemałe kontrowersje. Sam tytuł to brytyjskie pogardliwe określenie zniewieściałego mężczyzny, sugerujące jego orientację seksualną. Molko z typową dla siebie przekorą uczynił z niego manifest łamania stereotypów i odrzucania sztywnych norm dotyczących płci oraz seksualności. Ale na „Placebo” jest cała masa świetnych kompozycji. Pełne energii „Come Home” czy „36 Degrees” pokazują koncertowe predyspozycje zespołu, a bardziej melancholijne „I Know” udowadnia, że pod zadziorną, hałaśliwą otoczką kryje się także sporo wrażliwości i emocji. Już na debiucie było słychać, że Placebo ma własny styl i nie zamierza oglądać się na obowiązujące trendy. To bardzo solidny album, który stworzył mocne fundamenty pod kolejne wydawnictwa i zapowiedział narodziny jednego z najbardziej charakterystycznych zespołów alternatywnego rocka przełomu mileniów.

 

Moje typy: „Come Home”, „I Know”, „Nancy Boy”.

 

 

  1. Sleeping with Ghosts (2003)

Po przećpanym, pełnym eksperymentów okresie „Black Market Music” Placebo wkroczyło w zupełnie nowy etap. Zespół trochę zwolnił i wygląda na to, że udało mu się opanować chaos. Era britpopu dobiegła końca, a na początku XXI wieku na scenę wchodziły nowe zespoły, coraz chętniej sięgające po inspiracje post-punkiem, zimną falą i bardziej surowym gitarowym graniem. Z drugiej strony elektronika coraz częściej mieszała się z rockiem, a granice między gatunkami zanikały. Był to też czas dużych zmian w kulturze. Internet powoli zaczynał zmieniać sposób, w jaki funkcjonowaliśmy. To właśnie w 2003 roku na sklepowe półki trafiły „Hail to the Thief”, a Blur wydał „Think Tank”, którego jednym z producentów był Fatboy Slim. Placebo nie pozostało obojętne na zmieniające się trendy. „Sleeping with Ghosts” do dziś brzmi jak idealny soundtrack do początku nowego milenium. Przesunięcie ciężaru w stronę elektroniki przyniosło więcej przestrzeni („Bulletproof Cupid”), chłodniejszych brzmień („Something Rotten”) i subtelniejszych aranżacji („Protect Me from What I Want”). Trio nie porzuciło swoich gitarowych korzeni, ale znalazło bardzo ciekawy balans pomiędzy tym, co już znane, a nowymi pomysłami. O ile „Black Market Music” momentami przypominał strumień świadomości płynący z przećpanego umysłu, o tyle „Sleeping with Ghosts” wydaje się owocem głębszej refleksji. Które podejście jest lepsze? Trudno mi to stwierdzić. Największą zmianą jest jednak chyba to, że Placebo przestało za wszelką cenę udowadniać swoją odmienność. Brian nadal pisał o trudnych sprawach – samotności, toksycznych relacjach, uzależnieniach i demonach przeszłości – ale robił to z większym opanowaniem i dojrzałością (zamykający „Centrefolds”). „Sleeping with Ghosts” to przede wszystkim kopalnia hitów. „The Bitter End” do dziś pozostaje jednym z największych przebojów grupy. Z drugiej strony mamy „Special Needs” i „English Summer Rain” – utwory znacznie bardziej melancholijne, zamyślone i emocjonalne. To właśnie w takim balansie pomiędzy rockową energią a melancholią tkwi siła tego albumu.

 

Moje typy: „The Bitter End”, „Sleeping with Ghosts”, „English Summer Rain”.

 

 

  1. Without You I’m Nothing (1998)

 

Po świetnym debiucie Placebo stanęło przed niełatwym zadaniem – nagraniem drugiego albumu, który potwierdziłby, że sukces nie był dziełem przypadku. Udało im się to spełnić z nawiązką. „Without You I’m Nothing” to płyta dojrzalsza, bardziej dopracowana i znacznie bogatsza emocjonalnie od swojego poprzednika. Obok „Mezzanine” Massive Attack, „Adore” The Smashing Pumpkins czy „Ray of Light” Madonny jest to dla mnie jedna z najlepszych płyt 1998 roku (a trzeba dodać, że był to rok niezwykle mocny!) i bez wątpienia jeden z albumów, które najlepiej definiują brytyjską muzykę alternatywną drugiej połowy lat 90. „Without You I’m Nothing” to prawdziwa kopalnia przebojów. Już otwierające album „Pure Morning” pokazuje, że zespół wszedł na zupełnie nowy poziom. Do tego dochodzi „Every You Every Me”, którego popularność podkręcił film „Cruel Intentions”, a także kapitalne „You Don’t Care About Us”, hipnotyzujące „Allergic (To Thoughts of Mother Earth)”, pełne emocji „My Sweet Prince” czy monumentalny utwór tytułowy – moim zdaniem najpiękniejsza i najdoskonalsza kompozycja, jaką kiedykolwiek nagrało Placebo. Trudno znaleźć tu słabszy moment. Jednak największą siłą tego albumu jest jego spójność. Wszystko idealnie ze sobą współgra – od melancholijnego klimatu, przez znakomite melodie, aż po teksty balansujące między samotnością, uzależnieniem i potrzebą bliskości. Dla mnie „Without You I’m Nothing” pozostaje bezdyskusyjnym numerem jeden w dyskografii Placebo.

 

Moje typy: „Without You I’m Nothing”, „Every You Every Me”, „Pure Morning”.

 

 

Jeszcze w tym roku Placebo wyruszy w obszerną trasę koncertową po Wielkiej Brytanii i Europie, aby uczcić trzydziestą rocznicę wydania przełomowego debiutanckiego albumu. Muzycy wykonają utwory ze swoich dwóch pierwszych albumów, „Placebo” i „Without You I’m Nothing” – z których część nie była grana na żywo od ponad 20 lat! Trasa rozpocznie się w Portugalii, a następnie przeniesie się do innych krajów Europy, w tym m.in. 18 listopada do Atlas Areny w Łodzi, by zakończyć się w Wielkiej Brytanii. W tym czasie zagrają 36 koncertów przed setkami tysięcy fanów.  Więcej informacji na stronie Live Nation (tutaj)

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020