Z Jakubem Puszyńskim, basistą Beyond The Event Horizon, oraz Asią Malicką, wokalistką, rozmawiamy o albumie „Contact”, kosmicznej tęsknocie, wejściu głosu do instrumentalnego świata zespołu, realiach undergroundu i koncertach, które mają zweryfikować nowy etap grupy.
Szymon Pęczalski: Chciałbym zacząć od wątku personalnego, bo tych relacji wokół Beyond The Event Horizon jest więcej, niż mogłoby się wydawać. Kuba, ty pojawiłeś się przy zespole już wcześniej, a z Asią znaliście się jeszcze z innych muzycznych historii. Jak właściwie doszło do tego, że Asia trafiła do Beyondów?
Jakub Puszyński: W Beyondach byłem już przy pierwszej płycie, choć wtedy wszedłem trochę na dziko. Materiał był praktycznie gotowy, więc nie miałem za dużo przestrzeni, żeby budować skomplikowane partie. Grałem raczej bazę, rzeczy, które pasowały do tego, co zespół już miał. A jednocześnie funkcjonowałem wtedy też w innych składach, między innymi w Abstrakt i w Proroku. I właśnie w Proroku grała Asia. Znaliśmy się więc od dawna.
W przypadku „Contact” sytuacja była inna. Zespół miał już swój język, ten kosmiczny klimat i ambientowy oddech, ale tym razem mogłem od początku ułożyć bas tak, żeby był częścią całości. Z Asią też nie było tak, że przyszła zupełnie znikąd. Próbowaliśmy różnych rozwiązań wokalnych, natomiast tutaj zadziałało coś naturalnego. Po nagraniach właściwie było jasne, że to nie jest tylko gościnny epizod.
Asia Malicka: Ja się z Beyondami przewijałam od dawna, więc trochę myślałam, że wiem, w co się pakuję. Okazało się, że jednak nie do końca. Kiedy wyszłam ze studia, płyta była już nagrana i szlifowana, zostałam oficjalnie przyjęta do zespołu na próbie. Było nawet takie ogłoszenie, że teraz jestem już w składzie. Bardzo się z tego cieszę, bo sama byłam zaskoczona tym, co wyszło na tej płycie. I trochę też zaskoczyłam samą siebie.
SZP: „Contact” brzmi jak ważny moment w historii zespołu. Z jednej strony to kontynuacja wcześniejszej drogi, z drugiej – ma się wrażenie, że coś się w Beyond The Event Horizon przesunęło. Jak wy to czujecie?
JP: Z mojej perspektywy pierwsza płyta była surowa. Potem pojawiło się „FAR”, które bardzo lubię, bo miało dużo kosmosu, było stonowane i mocno oparte na klawiszach. Następny album pokazywał już większą dojrzałość zespołu. Natomiast przy „Contact” rzeczywiście wydarzyła się mała rewolucja. Nie ma już z nami klawiszowca, który wcześniej prowadził dużą część ambientu i tej przestrzeni, więc jako zespół musieliśmy sami wziąć się za sample i budowanie tła.
To zmieniło sposób pracy. Mam wrażenie, że dużo lepiej komunikujemy się w środku zespołu. Kiedyś zdarzały się zgrzyty, niedopowiedzenia, trudniejsze rozmowy o dźwiękach czy tonacjach. Teraz jesteśmy bardziej poukładani. I wydaje mi się, że to słychać. Płyta jest bardziej różnorodna, a dzięki temu koncerty też mogą inaczej oddychać. Nie są tylko jednym, przeciągłym ambientowym lotem, ale mają momenty bardziej żywe i bardziej hipnotyczne.
AM: Dla mnie to też był moment wejścia w świat, który mnie naprawdę interesuje. Kocham śpiewać, ale interesuje mnie też kosmos, fizyka kwantowa, pytania o wszechświat. Jeżeli mogę połączyć te rzeczy z muzyką, wyjazdami i spotkaniami z ludźmi, to jest to miejsce, w którym chcę być. I nie chciałabym, żeby skończyło się tylko na tej jednej płycie albo kilku koncertach.
SZP: Wokal na „Echo of L.O.O.T.” jest dla zespołu czymś nowym, ale nie sprawia wrażenia doklejonego. Jak powstawał ten utwór?
AM: Kiedy weszłam do studia, miałam wrażenie, jakbym była trochę poza własnym ciałem. Mój głos i struny głosowe zaczęły działać same. Oczywiście przygotowywałam się do tego, ale nie byłam do końca świadoma, co ostatecznie wyjdzie. Potem, kiedy usłyszałam efekt, sama byłam zaskoczona tekstem, sposobem śpiewania i tym mówionym fragmentem. To wszystko dopasowało się do tematyki płyty.
Ten głos można traktować jako głos z innego wymiaru, który unosi się przez kosmos i próbuje kogoś zawołać. Nie chcę jednak podawać jednej interpretacji. Nie ma klucza do tego wiersza. Każdy może usłyszeć w tym coś innego: pytanie, odpowiedź, echo, może tylko własny sygnał wracający z ciemności.
JP: Początkowo przymierzaliśmy się nawet do dwóch utworów z Asią, ale współpraca zaczęła się dość późno i uznaliśmy, że lepiej zrobić jeden numer naprawdę porządnie. Od nagrania płyty minęło już trochę czasu i Asia wróciła do drugiego kawałka, który o mały włos nie trafił na album. Można go już usłyszeć na żywo. Pracujemy też nad nowym materiałem, więc chcemy, żeby Asia nie była dodatkiem do koncertu, tylko żeby jej obecność naturalnie zasilała kolejne rzeczy.
SZP: Tytuł „Contact” można czytać bardzo dosłownie, ale mam wrażenie, że wy świadomie zostawiacie w nim pewną niepewność. O jaki kontakt tutaj chodzi?
AM: Ja zawsze patrzyłam w gwiazdy i czułam do nich tęsknotę. To jest dziwne uczucie, bo tęskni się zwykle za miejscem, w którym się było. A ja patrząc w kosmos, miałam właśnie takie wrażenie. Mamy taką teorię, może bardziej zabawę myślową, że my wszyscy już kiedyś tam byliśmy. Ktoś nas zabrał, coś nam pokazał, może zrobił z nami wielką imprezę, a potem zostawił z powrotem na Ziemi. I my chcielibyśmy, żeby po nas wrócił.
Płytę można traktować dosyć jednoznacznie. Widać to w okładce, tekstach, w takich tytułach jak „Echo of L.O.O.T.”. Ale nie chcemy mówić wszystkiego wprost. Każdy powinien sam wywnioskować, kto albo co próbuje się z nami skontaktować.
JP: Mnie zawsze fascynował nie tylko sam motyw obcych cywilizacji, ale też pytanie o to, czy bylibyśmy w stanie w ogóle rozpoznać inną formę życia. W filmach często wygląda to banalnie: ktoś jest trochę bardziej zielony, ma inną twarz i tyle. A przecież obca cywilizacja mogłaby komunikować się na poziomach tak abstrakcyjnych, że nie uznalibyśmy jej nawet za życie. Przy skali kosmosu wierzę, że życie gdzieś istnieje, choć odległości są tak potężne, że może nigdy go nie spotkamy. Na „Contact” opowiadamy właśnie o tym napięciu.
SZP: Dużą częścią tego napięcia jest też oprawa graficzna. Okładka „Contact” od razu buduje świat tej płyty.
AM: Dla mnie ta okładka jest mistrzostwem. Może nie wiem, czy wypada członkowi zespołu tak bardzo chwalić własną płytę, ale naprawdę bardzo mi się podoba.
JP: Ten koncept długo się rodził. Było dużo rozmów, wrzucania obrazów, sprawdzania, co komu pasuje. Na początku miało to wyglądać inaczej, potem zaczęliśmy lepić pomysł od zera. Może się wydawać, że takie kształty są proste, że wystarczy wrzucić kilka postaci i gotowe, ale znalezienie właściwego tonu było trudne. Ostatecznie lubię myśleć, że tę okładkę po prostu wydrukowali nam obcy i dlatego wyszła tak dobrze.
SZP: To podejście do albumu jako całości stoi trochę w kontrze do dzisiejszego słuchania muzyki. Mamy streaming, playlisty, pojedyncze single, a tutaj ważna jest płyta, okładka, atmosfera.
JP: Streaming jest z jednej strony darem, bo mamy dostęp do wszystkiego, ale z drugiej bardzo łatwo robi się z tego papka. Człowiek nie wie już, czego słucha, co dziesiąty utwór polubi, doda do playlisty, a potem wałkuje te playlisty. Obcowanie z albumem, włożenie płyty do odtwarzacza, patrzenie na okładkę i tekst – tego nic nie zastępuje.
Czasy się zmieniły. Bardziej opłaca się robić krótkie single, które szybko i efektownie się rozwijają. A płyt CD sprzedaje się coraz mniej. My nie jesteśmy jeszcze w stanie ocenić, jak to będzie u nas, bo prawdziwa weryfikacja koncertowa dopiero przed nami, ale widać, że jako ludzkość coś tracimy. Trochę jak wtedy, kiedy słuchamy muzyki na zwykłych słuchawkach przez Bluetooth, a potem siadamy przy dobrym hi-fi i odkrywamy te same utwory na nowo.
SZP: W rozmowie wraca też temat realiów działania zespołu niezależnego. Mówicie o pasji, ale nie udajecie, że promocja, nagrania i koncerty dzieją się same.
JP: To jest droższa pasja, niż może się wydawać. Samo nagranie, wydanie płyty i przygotowanie materiałów to są duże pieniądze. Do tego dochodzi promocja, której wcześniej właściwie nie robiliśmy zawodowo. Raczej nadrabialiśmy pracą własną: ktoś coś wrzucił, ktoś napisał, ktoś wykupił drobną reklamę. Tym razem zdecydowaliśmy się wejść w to poważniej i dzięki temu rozmawiamy choćby teraz. Bez tego materiał pewnie zostałby w naszej najbliższej bańce.
Mam też poczucie, że teoria, według której dobra muzyka sama się obroni, dziś już raczej nie działa. Chciałbym się mylić, ale świat potrzebuje reklamy i marketingu. A my robimy muzykę hobbystycznie. Każdy ma pracę, rodzinę, obowiązki, ograniczone moce przerobowe. Z jednej strony to trudne, z drugiej daje komfort: nie jesteśmy pod kontraktem, nikt nie każe nam co dwa lata wypluwać kolejnego albumu. Możemy zrobić coś wtedy, kiedy poczujemy, że jest gotowe.
SZP: A jednak underground ma w sobie coś, czego nie da się zastąpić nawet największą produkcją.
JP: Dla mnie mały koncert klubowy potrafi dać energię, której nie znajdzie się nigdzie indziej. Można iść na wielki koncert z ogniami i gigantyczną produkcją, ale to nie jest ta sama atmosfera. W małych klubach jest bliskość, jest performance, jest coś bardziej kameralnego. Mam nadzieję, że w niszowym gronie to przetrwa. Zwłaszcza że dzisiaj są też dobre kluby, dobre warunki techniczne, wyświetlacze, wizualizacje. Jeśli trafimy na miejsce, które pozwala to pokazać, Beyond The Event Horizon zaczyna działać trochę jak element filmu.
AM: Ja patrzę na to optymistycznie, choć realistycznie wiem, że nie gramy mainstreamu. Ale trzeba też powiedzieć, że mainstream nie istnieje bez undergroundu. Dopóki istnieje jedno, będzie istnieć drugie. Każde dobre słowo, każda wiadomość, każdy komentarz, serduszko czy kciuk w górę sprawia, że chce nam się to robić dalej. Jeżeli dotrzemy do pięciu osób, a one przekażą to kolejnym, to już jest dużo. To wystarczy, żeby mieć satysfakcję.
SZP: Asia, opowiadałaś też świetną historię z radiem. W pewnym momencie usłyszałaś własny głos w środku zwykłego dnia pracy.
AM: To była moja ulubiona historia związana z tą płytą. Siedziałam w firmie na kantynie, na przerwie obiadowej. Radio grało gdzieś w tle i nagle poleciało „Echo of L.O.O.T.”. Nie w audycji o północy, nie w niszowym paśmie, tylko w środku dnia. Wyskoczyłam z krzesła, ręce zaczęły mi się trząść, pobiegłam podgłośnić radio, żeby wszyscy usłyszeli. Dostałam brawa od ludzi, z którymi pracuję.
To był moment, na który chyba czekałam jako wokalistka. Grałam przez lata, ale nagle w normalnym dniu pracy, w fabryce, o godzinie lunchu, słyszę swój głos w radiu. Żałuję, że koleżanki mnie wtedy nie nagrały, bo moja reakcja zrobiłaby furorę w internecie. Były łzy, trzęsące się ręce i okrzyki radości. I szczerze mówiąc, to trzyma mnie do dzisiaj.
SZP: Jakie reakcje na „Contact” najmocniej zapadły wam w pamięć?
JP: Problem polega na tym, że najczęściej docierają do nas dobre słowa, bo żyjemy jednak w jakiejś bańce. Znajomi chcą być mili. Ale kiedy dobrą opinię słyszy się od ludzi, którzy naprawdę siedzą w podobnej muzyce, to jest bardzo budujące. Dostałem kilka takich sygnałów. Jeden znajomy powiedział mi po koncercie, że brzmieliśmy i wyglądaliśmy tak, jakbyśmy mogli grać jak równy z równym z zespołami większymi od nas. To było piękne, bo wiedziałem, że mówi to osoba, która zna się na tej muzyce.
AM: U mnie mocno zadziałała reakcja koleżanki z pracy. Powiedziała, że nie lubi takiej muzyki i nie lubi żeńskich wokali, po czym posłuchała „Echo of L.O.O.T.” i była jedną z pierwszych osób, które kupiły płytę. Druga ważna sytuacja wydarzyła się po koncercie w Poznaniu. Grał tam zespół, z którym związana byłam wiele lat temu. Jeden z gitarzystów podszedł do mnie i powiedział, że jest ze mnie dumny, bo w końcu brzmię tak, jak zawsze miałam brzmieć. To dało mi poczucie, że to wszystko ma sens.
Najciekawsze są jednak reakcje ludzi, którzy nie wiedzą do końca, jak nazwać to, co czują. Kiedy zaczynamy opowiadać o inspiracji płyty, niektórzy nie są pewni, czy mówimy serio, czy to tylko otoczka. I trochę o to chodzi. Ta muzyka ma wzbudzać emocje, których nie zawsze umiemy nazwać.
SZP: Przed wami koncerty, które mogą być już trochę innym sprawdzianem niż granie głównie dla znajomych w Poznaniu.
JP: Tak, prawdziwa reakcja ludzi jest jeszcze trochę przed nami. Graliśmy w Poznaniu, gdzie często przychodzą znajomi, ludzie wspierający nas od lat. Teraz pojawiają się większe koncerty, między innymi z Oh Hiroshima, i to będzie ciekawy sprawdzian. To publiczność wyspecjalizowana w podobnych rejonach, bardziej post-rockowych, ale potencjalnie mogąca słuchać Beyond The Event Horizon. Mam tylko nadzieję, że ludzie przyjdą na tyle wcześnie, żeby zobaczyć też nas, a nie tylko gwiazdę wieczoru.
Jesteśmy otwarci na granie, ale realia są, jakie są. Ktoś ma rodzinę, ktoś dzieci, wszyscy mamy prace. Gdyby pojawiła się okazja zagrania większej trasy z dużym zespołem, pewnie byśmy to rozważyli, bo takie rzeczy są nagrodą. Tylko że takie opcje nie leżą na stole. A przynajmniej nie wiemy, gdzie leżą. Robimy więc to, co możemy.
AM: Ktoś kiedyś powiedział, że muzyka jest bardzo chciwa. Jeżeli chce się być z nią w stu procentach, wszystko inne znika. A kiedy ma się obok pracę, dom, rodzinę, bliskich i normalne życie, trzeba wyciskać czas z tego, co się da. Staramy się, żeby było go jak najwięcej, ale nie udajemy, że to proste.
SZP: Czyli po „Contact” nie będzie kolejnej wieloletniej ciszy?
JP: Nie chcemy obiecywać terminów, bo nie chcemy sami na siebie nakładać presji. Ale myślę, że można lekko obiecać, że przerwa nie będzie tak długa jak ostatnio. Zespół złapał wiatr w żagle. Mamy już pomysły, pracujemy nad nowymi rzeczami, pojawiają się utwory z Asią. Na razie promujemy „Contact”, więc nie będziemy wybiegać za daleko, ale chcemy powoli iść dalej.
AM: Ja na razie chcę z nimi zostać. I nawet gdyby chcieli mnie wyrzucić, to chyba już nie pozwolę się wykopać.
SZP: Dziękuję za rozmowę!
JP: Dzięki wielkie za wsparcie i za bardzo miłą rozmowę. To był naprawdę dialog, a takie wywiady nie zdarzają się codziennie.
AM: Dziękujemy bardzo.