Cold in Berlin to zespół z Londynu, który świetnie się czuje w Polsce – wbrew pozorom nie tylko w naszej stolicy. Z grupą rozmawiałem o powodach tej wzajemnej sympatii oraz o kulisach powstawania wydanej parę miesięcy temu – piątej już w dyskografii – długogrającej płyty „Wounds”. Ale oprócz bardziej oczywistych wątków poruszyliśmy też kilka innych, nie mniej ważnych, jak jasne i ciemne strony przemysłu muzycznego, zinternalizowana mizoginia, proza Olgi Tokarczuk czy poezja mojej rozmówczyni, którą była wokalistka formacji – Maya Wittleton. Razem z Adamem Richardsonem – gitarzystą, który również uczestniczył w rozmowie, stanowią niezmienny trzon zespołu od 2010 roku.
Cold in Berlin wraca w lutym do Polski na cztery koncerty:
18.02.2026 – Gdańsk, Wydział Remontowy
19.02.2026 – Poznań, Pod Minogą
20.02.2026 – Kraków, Garage Pub
21.02.2026 – Warszawa, VooDoo Club
Adrian Pokrzywka: Rozmawiamy świeżo po wydaniu „Wounds” – waszego najnowszego albumu. I zaraz przed promującą go na początku 2026 roku trasą koncertową. W Polsce to aż cztery przystanki. Często u nas gracie. Macie tu już tylu fanów? Pytam, bo jeszcze nie byłem na waszym koncercie.
Maya Wittleton: Cóż, mam nadzieję, że przyjdziesz na jeden z nich. Myślę, że budujemy sobie niezłą rzeszę fanów w Polsce. Polacy wydają się naprawdę lubić naszą muzykę i ogólnie dobrą muzykę. Byłam wręcz zaskoczona, że poprzedni album i trasa spotkały się z tak dobrym przyjęciem. Publiczność jest zawsze bardzo przyjazna i naprawdę angażuje się podczas koncertów. Chcą być częścią tego doświadczenia, co jest dla nas bardzo ważne. Nasze występy nie polegają tylko na samym odgrywaniu utworów, w warunkach koncertowych to wręcz nowe wersje tych piosenek. A ja wyrażam podczas nich siebie – na scenie pojawia się Maya Berlin, która chce być blisko publiczności i chce, aby wszyscy dobrze spędzili z nami ten czas. Granie na żywo to doświadczenie, które nadaje naszym utworom nowy wymiar.
Adam Richardson: Gramy w lutym cztery koncerty w Polsce w takich miastach, jak Gdańsk, Poznań, Kraków i Warszawa. Na wszystkich będzie z nami grała Datûra – świetny polski zespół.

AP: Postaram się was wreszcie zobaczyć w Krakowie. Jeżeli chodzi o wasze longpleje, to w ciągu piętnastu lat wydaliście pięć albumów. To przyzwoity wynik. Ale zauważyłem, że przerwy między nimi są coraz dłuższe. Być może moje pytanie wyda się dziwne w momencie, gdy jesteście tuż po wydaniu nowej płyty, ale czy przez te lata nie opadł w was entuzjazm?
MW: Dobre pytanie. Ale nie wydaje mi się by tak było. Powiedziałabym, że te przerwy są raczej standardowe. Nasz proces tworzenia utworów też nie jest zbyt prosty. Lubimy dać kompozycjom trochę czasu, żeby dojrzały, zanim umieścimy je na albumie. Przerwa między nowym, a poprzednim albumem, „Rituals of Surrender”, jest też dłuższa przez COVID, który wydarzył się po drodze. Musieliśmy zdecydować najpierw, czy w ogóle będziemy coś nagrywać po pandemii, a później zastanowić się, jak w ogóle będzie wyglądać nowy materiał. Jesteśmy zespołem grającym dużo koncertów. Ważne było więc dla nas to, by przygotować coś naprawdę interesującego i świeżego, co w ogóle usprawiedliwiłoby nagrywanie, pracę studyjną. Wiesz, jeżeli masz w planach już piąty album, to nie chcesz się powtarzać. Mam nadzieję, że udało się wciągnąć naszych fanów w nową podróż. Uważam, że album jest interesujący i nieco inny od tego, co robiliśmy wcześniej, ale to wciąż Cold in Berlin.
AR: W ciągu dziesięciu lat wydaliśmy cztery albumy, co moim zdaniem jest całkiem niezłym wynikiem. A potem wybuchła globalna pandemia. Potrzebowaliśmy też odpoczynku, czego efektem była niemal trzyletnia przerwa w naszej działalności koncertowej. Wróciliśmy w 2023 roku, ale z zamiarem zmiany dotychczasowego podejścia do komponowania. Zaczęło się od epki „The Body Is the Wound”, która jest dostępna tylko w wersji cyfrowej. Była ona wprowadzeniem do naszego nowego kierunku artystycznego, w którym pojawiło się dużo klawiszy i syntezatorów. Byliśmy zdeterminowani, by tym razem zrobić wszystko inaczej. Zmieniła się też branża, a my dalej chcieliśmy grać koncerty w Europie. Potrzebowaliśmy nowego początku i jak dotąd wszystko idzie dobrze.
AP: Zauważyłem, że przez lata, gdy graliście muzykę zorientowaną bardziej na brzmieniu gitar, chętnie wypuszczaliście też elektroniczne remiksy waszych utworów. Robione były przez różnych artystów i przyznam, że nie wszystkie uważam za udane. A tym razem zajęliście się elektroniką samodzielnie. I zrobiliście to bardzo dobrze, podoba mi się pod tym względem wasz nowy album – syntezatory pełnią na nim ważną rolę. Co sprawiło, że poszliście właśnie w tym kierunku?
AR: Używaliśmy syntezatorów przez całą naszą twórczość, począwszy od debiutu. Można znaleźć ich dźwięki jeszcze na paru innych naszych płytach, ale są to bardzo subtelne dodatki. Gdy wznowiliśmy działalność po przerwie, napisaliśmy i nagraliśmy epkę, która pozwoliła nam trochę poeksperymentować. To duża zaleta mniejszych wydawnictw – możesz na nich testować nowe brzmienia.
MW: I fani nie mają nic przeciwko, jeśli robisz coś nietypowego na epkach.
AR: Dokładnie. A Lawrence, nasz basista – bardzo utalentowany facet, napisał do utworów dodatkowe partie – właśnie syntezatory. To dzięki niemu dodaliśmy do tych kompozycji kolejną warstwę, która nawiązywała do muzyki gotyckiej lat 80. oraz do brzmienia Joy Division. Przy nagrywaniu klasycznych płyt Joy Division używali innowacyjnego wówczas instrumentu, jakim był syntezator strunowy. Efektem jest choćby niesamowite brzmienie w utworze „Love Will Tear Us Apart”. Użyliśmy tego syntezatora w dwóch kompozycjach na naszej epce – „Dream One” i „When Did You See Her Last”. Bardzo spodobało nam się to brzmienie, które nadało dodatkowy wymiar tym utworom. W rezultacie kontynuowaliśmy ten pomysł na „Wounds”, angażując naszego długoletniego współpracownika, Davida Whitinga, który w przeszłości odpowiadał za niektóre remiksy naszych utworów pod szyldem Heretics. Oczywiście partie syntezatorów napisaliśmy sami, ale poprosiliśmy Dave’a o pomoc w ich nagrywaniu i aranżowaniu.
MW: Myślę, że trudno odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ jest to po prostu kreatywna decyzja, którą podjęliśmy podczas pisania piosenek. Kiedy byliśmy w sali prób, próbowaliśmy różnych rzeczy, testowaliśmy swoje pomysły i nagle coś wskakiwało na właściwe miejsce. Albo odwrotnie – piosenka była już praktycznie gotowa, ale czuliśmy, że czegoś jeszcze brakuje, jakiegoś drobnego elementu. I wtedy próbowaliśmy coś dodać, czasem jakąś kolejną warstwę. I nagle czuliśmy, że to jest to. Znajdowaliśmy coś i stwierdzaliśmy, że pasuje idealnie. Mam nadzieję, że żaden z utworów nie sprawia wrażenia, jakby coś było tam wciśnięte na siłę. Więc to nie jest tak, że próbowaliśmy na siłę dodawać coś nowego. Wszystko w tych kompozycjach jest poukładane świadomie i celowo, bo akurat dobrze tam pasowało.

AP: Rozumiem. Właściwie zauważyłem, że tych elementów i warstw jest na waszych kolejnych albumach coraz więcej. Wasze pierwsze trzy płyty były według mnie dużo prostsze pod względem aranżacji. Na czwartej – „Rituals of Surrender” – pojawiło się już więcej pomysłów, a naprawdę sporo dzieje się teraz na „Wounds”. Na przykład ta intensywna partia saksofonu w utworze „12 Crosses” raczej nie pojawiłaby się na waszych starych albumach. Skąd ta potrzeba zwiększenia złożoności kompozycji? Czy poprzednia formuła się już wyczerpała?
MW: Prawdopodobnie nowsze utwory mogą wydawać się bardziej złożone. To chyba przychodzi z wiekiem. Dorastasz i doświadczasz kolejnych rzeczy. Może sami jesteśmy bardziej złożeni i postrzegamy świat jako bardziej skomplikowane miejsce niż kiedyś. Kiedy jesteś bardzo młody, łatwo jest myśleć tylko o muzyce punkowej i duchu DIY. A tak była scena w Londynie, kiedy nagrywaliśmy nasz pierwszy album. I trochę sami tacy byliśmy. Teraz, po kilkunastu latach, świat jest już zupełnie innym miejscem. A nowy album może sprawiać wrażenie dojrzałego. Jest dla ludzi, którzy interesują się muzyką i chcą słuchać ciekawych rzeczy. Jak pozostałe nasze płyty też ma świetne riffy i melodie, ale ma jeszcze dodatkowe warstwy, które dodają mu złożoności. Cóż, chyba dorośliśmy.
AR: To nasz piąty album i jest on najbardziej ze wszystkich „wspólny”. Dzieliliśmy się obowiązkami, zarówno pisaniem piosenek, jak i grą na instrumentach. Nasz perkusista – Alex – grał też na gitarze, a basista – Lawrence – na gitarze i syntezatorach. Obydwaj lubią też jazz i próbowali przemycić jego elementy do naszego post-punkowego stylu pisania utworów. Myślę, że wyszło to niesamowicie.
MW: Lubimy też złożoną muzykę. Uwielbiamy Zu czy Caspara Brötzmanna. Na pewno znajdziesz u nas akcenty tego typu muzyki. Jest to jakieś odniesienie do tego, co chcieliśmy zrobić na naszym albumie.
AP: Chciałbym zapytać teraz o warstwę wizualną. Oglądałem teledyski nagrane do utworów z nowej płyty i bardzo polubiłem szczególnie ten do „The Stranger”. Wygląda naprawdę dobrze, osobiście bardzo lubię takie połączenie animacji i filmu fabularnego. Możecie mi opowiedzieć o technice użytej do nakręcenia tego klipu? Kto z zespołu w ogóle wpadł na taki pomysł na teledysk?
AR: Współpracowaliśmy nad nim z artystą z YouTube o pseudonimie Drain Hope, na którego po prostu trafiliśmy w sieci. Musieliśmy tylko nakręcić film na green screenie, a on zmontował go, używając swojego ogromnego archiwum animacji i niesamowitych efektów. To, co robi, nazwałbym właściwą stroną AI. Nie chcieliśmy w naszej twórczości żadnej ingerencji AI, ale to, co zrobił Drain Hope, jest po prostu rodzajem projektowania graficznego opartym na tej technologii. To nie to samo, co naciśnięcie przycisku, który wygeneruje ci obraz.
MW: A to by nam nie pasowało. Zresztą wszyscy mieliśmy wkład w stworzenie tego klipu, gdyż jako cały zespół zagraliśmy w studiu ten kawałek na green screenie. To było bazą dla dalszej obróbki, za którą odpowiedzialny jest Drain Hope. Podobał mu się ten utwór i zależało mu, żeby zrobić coś interesującego. Mamy szczęście, że na niego trafiliśmy. Uważamy, że dobrze zinterpretował tę kompozycję.
AP: Też tak uważam. Mam teraz pytanie o waszą playlistę na Spotify, na której umieściliście utwory różnych artystów, którzy zainspirowali kompozycje z waszej nowej płyty. Jest tam kilku wykonawców, których obecność mnie nie zaskoczyła i jest zbliżona do tego, jak odbieram waszą muzykę. To, co mnie trochę zdziwiło, to utwór Radiohead w tym zestawieniu. Czy możecie zdradzić, co właściwie cenicie w tej grupie? Które z waszych utworów mogą zawierać ich wpływ?
AR: Cóż, playlista była układana przez wszystkich członków Cold in Berlin. Radiohead dodał tam Alex, nasz perkusista.
MW: Więc to on byłby w stanie najlepiej odpowiedzieć na to pytanie. Ale to, co mogę powiedzieć od siebie, to że wszyscy w zespole cenimy Radiohead. Chyba dla wszystkich z Cold in Berlin była to grupa, która w naszych nastoletnich latach miała na nas duży wpływ. A sposób, w jaki Radiohead za każdym razem nagrywa zupełnie inny album, jest godny naśladowania. Oni też przeszli swoją drogę, od dość prostego zespołu indie rockowego po coś naprawdę bardzo interesującego. Ich rozwój jest czymś, o czym myślę w pierwszej kolejności, jeżeli chodzi o rodzaj inspiracji, jaką mogli nam dać. A o więcej szczegółów najlepiej byłoby zapytać Alexa.
AP: Rozumiem. Skoro jesteśmy przy Spotify, mam jeszcze jedno pytanie związane z tą platformą. Wiem, że nie jesteście jej zwolennikami, zresztą jak ostatnio coraz więcej osób. Sam korzystam z niej bardziej z konieczności niż z sympatii. Czy myślicie, że coś się zmieni na lepsze, jeśli chodzi o dystrybucję muzyki? Czy przemysł muzyczny może funkcjonować na uczciwych zasadach?
MW: Ciężko powiedzieć. Nie chcę być zbyt pesymistyczna i naprawdę mam nadzieję, że coś się poprawi. W branży muzycznej dzieje się wiele rzeczy, które sprawiają, że nowym zespołom jest coraz trudniej znaleźć dla siebie platformę. Ale w takich momentach pojawiają się też małe ruchy sprzeciwu. Duże zespoły odchodzą ze Spotify, powstają małe lokalne sceny oparte na DIY, a mniejsze kluby są kupowane przez społeczności skupione wokół nich, by zapobiec ich zamknięciu. To są małe promyki nadziei pozwalające myśleć, że może coś się zmieni. Nie wiem, czy kiedykolwiek osiągniemy to, czego naprawdę chcemy, czyli sytuację, w której muzycy będą zarabiać przyzwoite pieniądze, a ludzie będą mieli solidne, profesjonalne miejsca, gdzie będą mogli chodzić na świetne koncerty i mieć do nich dostęp na całym świecie. Myślę, że ważne jest uświadamianie ludziom, że mogą coś zrobić w swojej okolicy. To była jedna z rzeczy, która podobała mi się w Polsce – że ludzie budują swoje własne małe sceny skupione wokół przyzwoitych klubów. Z jednej strony dużo w tym ducha DIY, ale te działania potrafią przyciągnąć tłumy. W Londynie tam, gdzie zamykane są małe i średnie kluby, powstają nowe, czasem mniejsze, ale rozwijające się razem z okoliczną sceną. Nie wszystko jest więc takie beznadziejne, choć nie jest to też jakiś wspaniały krajobraz.
AP: Ale jest w nim pewna równowaga. Jak wspomniałaś, jedne kluby się zamykają, ale w ich miejsce powstają nowe. Cały czas coś się dzieje.
MW: Tak, a muzyka cały czas jest potrzebna, tego nie utraciliśmy. Ludzie cały czas potrzebują chodzić na koncerty i poznawać nowe albumy. To jest dla nas pocieszające.
AP: I to prawdopodobnie się nie zmieni. Maya, mam teraz pytanie do ciebie. Wyczytałem w starszych wywiadach z wami, że Cold in Berlin jest dla ciebie ważną platformą do prezentowania kobiecej perspektywy narracyjnej. Działasz w tym kierunku już ponad piętnaście lat. Czy wydaje ci się, że w tym czasie świadomość ludzi dotycząca nierówności wynikających z tzw. „male gaze” się zmieniła? Czy coś się poprawiło?
MW: Nie. Nie wydaje mi się, niestety. Sytuacja poprawiła się tylko dla nielicznych. Niektórym kobietom udało się stworzyć życie, które prowadzą jakby w bańce, w której mężczyźni są pełni szacunku, wspaniali, kreatywni, gdzie są po prostu normalnymi, kochanymi ludźmi, którzy nie mają strasznych seksistowkich poglądów. Sama się do takich kobiet zaliczam. Ale myślę, że bardzo trudno jest wyplenić zinternalizowaną mizoginię, którą posiada każdy. Silne feministki walczą z tym cały czas, doświadczają tego na własnej skórze, starają się rozgryźć, jak można to rozwiązać. Myślę, że to ważne, by mieć w swoim życiu mężczyzn, którzy nie mają nic przeciwko temu, żeby powiedzieć im: „naprawdę tak myślisz czy to twoja zinternalizowana mizoginia?”. Jest wielu facetów, którzy chcą się rozwijać i chcą mieć pewność, że postępują właściwie. Ale w ujęciu ogólnym nie sądzę, by było ich wielu. Kiedy patrzę poza swoją bańkę i widzę, co dzieje się na zewnątrz, na statystyki przestępstw, gwałtów i morderstw, wiem, że tak nie jest. Te statystyki mówią, że praktycznie na całym świecie ofiarami są głównie kobiety, a sprawcami mężczyźni z ich najbliższego otoczenia. Więc uważam, że to się nie zmieniło przez te wszystkie lata. Mamy wprawdzie lepszy głos, a ludzie nie boją się już tak bardzo mówić o tych sprawach. Ale to nie zmienia statystyk, co jest już dość smutne.

AP: Zgadzam się, to przykre. Mam teraz pytanie, które może wydawać się oczywiste w rozmowie dla polskiego portalu, ale jako miłośnik literatury nie mogłem się powstrzymać. Wiem, że jesteś fanką Olgi Tokarczuk, więc chciałbym zapytać o twoją ulubioną książkę tej autorki i krótkie uzasadnienie tego wyboru.
MW: Wybór jest prosty. Moje absolutnie ulubione dzieło to „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. To była pierwsza jej książka, jaką przeczytałam i… próbuję sobie teraz przypomnieć, jak na nią trafiłam…
AR: To przez tytuł! Zobaczyliśmy kiedyś ten tytuł w księgarni. Jest bardzo mocny i to nas zaciekawiło.
MW: Faktycznie! A akurat teraz czytam jej poprzednią powieść pt. „Bieguni”. Też jest genialna, ale zupełnie inna. A „Prowadź…” była jej pierwszą książką, którą przeczytałam i którą pokochałam. Kiedy mowa o silnych, interesujących kobiecych głosach, to Olga Tokarczuk jest tu doskonałym przykładem. Ale bardzo dobrze prowadzi również męskie narracje, właściwie wszystkie jej perspektywy są świetne. Przeczytałam tę książkę kilka lat temu, a przed rokiem niesamowita europejska teatralna grupa objazdowa wystawiła jej adaptację w Londynie. To była wspaniała produkcja, która przypomniała mi o tym tytule. Później polecałam go wszystkim.
AR: Tak, to było naprawdę niesamowite przedstawienie teatralne oparte na książce. Wiesz, na pierwszy rzut oka, powieść jest rodzajem kryminału rozgrywającego się na polskiej wsi. Ale sposób, w jaki ta grupa teatralna przekształciła ją w multimedialne, wielozmysłowe doświadczenie z niesamowitymi światłami, muzyką, tańcem, wciągającym sposobem narracji był fantastyczny.
AP: Zaciekawiliście mnie, muszę sobie sprawdzić chociaż trailer. Maya, mam jeszcze jedno pytanie skierowane w szczególności do ciebie. Czy masz jakąś wokalistkę, która była dla ciebie szczególnie ważna lub inspirująca? I czy denerwuje cię to, gdy odbiorcy porównują twój wokal do innych artystek, jak na przykład Siouxsie Sioux?
MW: Hmm… i tak, i nie. Z jednej strony nie przeszkadza mi to, Siouxsie to królowa, więc takie porównania są w porządku. Ale przeszkadza mi to w kontekście tego, o czym rozmawialiśmy wcześniej, o mizoginii. Bo niezbyt często czytam recenzje wokalistów, którzy są porównywani do innych, gdzie dochodzi do próby ustalenia, jak brzmi dany mężczyzna.
AP: Myślę, że to się zdarza. Sam tak czasem porównuję.
MW: Być może czasem się zdarza. Czasem wydaje mi się też, że nie wolno mi mieć własnego głosu, a ja nie staram się brzmieć jak ktoś konkretny. Po prostu zawsze śpiewam tak, jak czuję, że chcę śpiewać w danej piosence. Nie myślę sobie, że w jednym utworze powinnam brzmieć jak Grace Slick, a w drugim jak Siouxsie, to byłoby dziwne. Ale zazwyczaj te porównania traktuję jako komplement, bo jednak odnoszą się do osób, które sama podziwiam. Zastanawiam się, czy kiedyś ktoś powie o kimś innym, że brzmi jak Maya Berlin.
AP: Ciekawe. Być może, pewnego dnia. Tego ci życzę.
MB: Ciekawe, prawda? Jeśli chodzi o konkretne wokalistki, które są dla mnie istotne, to trochę ciężko mi odpowiedzieć, ponieważ słucham różnej muzyki. Ale chyba najważniejsze są dla mnie te, których słuchałam w dzieciństwie. Nie tworzyły muzyki podobnej do naszej, więc pewnie nasi fani powiedzieliby, że to dziwne wybory. Gdy dorastałam, słuchałam na przykład dużo Joni Mitchell czy Fairport Convention, w którym niesamowity głos miała Sandy Denny. Bardzo podobało mi się też odkrywanie Patti Smith. Mówię oczywiście o sobie i skupiam się na ważnych dla mnie kobietach, bo wszyscy w zespole słuchamy bardzo różnej muzyki. Nie wiem, czy te artystki zainteresują naszych fanów, więc zawsze czuję się trochę dziwnie, mówiąc o naszych inspiracjach.
AP: Nie przejmowałbym się tym. Osobiście uważam, że to bardzo ciekawe, gdy artyści opowiadają przy takich pytaniach o nieoczywistych czy odstających stylistycznie inspiracjach, bo to okazja dla innych, by poznać coś nowego. Adam, to teraz pytania do ciebie. Czy jesteś głównym kompozytorem w Cold in Berlin? Czy pozwalasz innym muzykom wprowadzać ich pomysły? Czy może jesteś liderem, któremu wszyscy muszą się podporządkować?
AR: (gwałtownie zaprzecza) Nasze kompozycje to wspólna praca wszystkich muzyków. Ja nawet nie umiem grać na perkusji i bardzo rzadko podpowiadam pozostałym członkom zespołu, jak mają używać swoich instrumentów. I cieszę się, że tak jest – najlepiej, gdy każdy zajmuje się swoją grą, własnym wkładem do wspólnego układania i aranżowania utworów.
AP: Rozumiem. Chciałbym cię w takim razie zapytać o warstwę liryczną. Zauważyłem, że Maya pisze takie teksty, które zostawiają odbiorcy dużą swobodę interpretacyjną. Czy na nowym albumie są takie utwory, które są dla ciebie szczególnie ważne pod tym właśnie kątem – lirycznym?
AR: Oczywiście Maya jest nie tylko świetną wokalistką, ale też autorką tekstów. To, co doceniam i, mam nadzieję, doceniają też nasi fani, to rodzaj historii, która może rozwijać się na przestrzeni wielu albumów. Czasem można usłyszeć, że te historie są opowiadane jakby od końca. Możesz na przykład usłyszeć finał jakiej opowieści na naszej epce, a później poznać jej początek w którymś z utworów na „Wounds”. Maya tworzy postacie, które mogą żyć w umysłach słuchaczy i zabierać ich ze sobą w podróż. Uważam to za bardzo interesujące.

AP: Maya, a jak to jest u ciebie? Czy jakiś tekst z nowej płyty jest ci szczególnie bliski? Wiem, że to trudne pytanie, bo zapewne cenisz je wszystkie, ale może chciałabyś opowiedzieć o jednym z nich?
MW: Jak słusznie zauważyłeś, kocham je wszystkie i właśnie dlatego znalazły się na albumie. Ale szczególnie ważny jest dla mnie ten do „Wicked Wounds”. Na początku nie byłam do końca pewna, jak wszystko się w nim potoczy. Zaczyna się od melorecytacji, później dochodzą bardziej piosenkowe elementy, by wrócić do formuły spoken word, ale w głośniejszym i bardziej agresywnym wydaniu. W historii opowiadanej w tym utworze można dostrzec przebłyski kobiety, która w pewien sposób łączy się ze mną. Jest refleksją na temat tego, czy i jak jesteśmy w stanie się połączyć, czy należymy do tego samego rodzaju, czy może ona jest tak naprawdę mną. Zastanawiam się, czy istnieje takie połączenie między kobietami, które odczuwamy czasem bardzo intensywnie, nawet gdy znamy się od niedawna, gdy poznajemy się dosłownie chwilę wcześniej. Zdarza mi się czuć taką więź, choćby na koncertach, które sprzyjają nawiązywaniu znajomości z osobami w jakiś sposób mi bliskimi. Działa tu wspólnotowość przeżywania muzyki na żywo. W „Wicked Wounds” podoba mi się też jej stonowanie muzyczne w refrenie. Wokal przybiera charakter bardziej piosenkowy, melodyjny, a muzyka dalej jest cicha, co jest dla refrenów nietypowe. Wszystko rośnie dopiero na sam koniec, gdzie w tekście zastanawiam się, czy to miała by dla mnie jakaś lekcja, jakaś kolej losu, która tę postać tam doprowadziła. I wszystko to popada w jakieś dziwactwo, pewnego rodzaju szaleństwo. Ale takie, z którym na jakimś ludzkim poziomie można się utożsamić, co staram się w tym utworze zawrzeć. I to jest oczywiście tylko moja interpretacja. Moje rozumienie tego, co się tu dzieje, będzie inne niż twoje czy Adama. Podoba mi się to w muzyce i mam nadzieję, że więcej osób będzie w stanie znaleźć tu coś dla siebie.
AP: Ok, ostatnie pytanie. Jakie macie plany na przyszłość? W lutym przyjeżdżacie do Polski, a co z resztą roku?
MW: Jeszcze więcej koncertów, szczególnie pod koniec roku. Pracujemy też nad kilkoma piosenkami, ale jeszcze nie wiemy, co z nimi zrobimy – czy będą to single, czy epki – ale mam jeszcze w głowie kilka pomysłów, które pomogą mi zakończyć projekt „Wounds”.
AR: Mamy też nadzieję zagrać na kilku letnich festiwalach. Chcemy też odwiedzić Niemcy, bo mamy tam teraz podobno całkiem niezłe recenzje. W międzyczasie może wrócimy do studia, by dokończyć kilka piosenek, które nie zostały wydane. Zobaczymy jeszcze, będziemy dawać znać.
AP: W takim razie czekam na wieści. Do zobaczenia na koncertach.
Rozmawiał Adrian Pokrzywka
Zachęcamy też do przeczytania:
recenzji płyty „Wounds”
starszego wywiadu z Cold in Berlin
recenzji epki „The Body Is The Wound”


