IKS

Zabójca, reż. David Fincher, film [Recenzja]

zabojca-david-fincher-recenzja

Jedna nieudana akcja zmienia całkowicie życie niezawodnego do tej chwili snajpera i zabójcy na zlecenie. Gdy nie udaje mu się zlikwidować ofiary, sprawnie wycofuje się z miejsca zamachu, zaciera ślady i przechodzi w uśpienie. Jednak dawne życie nie pozwala o sobie zapomnieć i wymusza na nim konieczność zapewnienia bezpieczeństwa sobie i swojej partnerce. W zasadzie opis fabuły „Zabójcy” brzmi  jak zajawka filmu ze Stevenem Seagalem lub też inne nastawione na tempo i akcję kino klasy B. Ale nie w sytuacji, gdy mamy przed oczami Michaela Fassbendera, a za kamerą stoi David Fincher („Siedem”, „Fight Club”, „Zaginiona dziewczyna”).

„Zabójca” to w zasadzie „one man show”. Narracja prowadzona jest z perspektywy głównego bohatera i koncentruje się wyłącznie na nim. Aktor znany z „Adwokata”, „Głodu” czy „Prometeusza” ma więc pole, żeby się wykazać. I jak to u niego w zwyczaju, gra oszczędnie, ale sugestywnie postać maniakalnie skupioną na przetrwaniu, procedurach i rutynach, które uczyniły z niego mistrza nie tylko zabijania – ale i dbania o wyjście z krytycznych sytuacji towarzyszących jego profesji. Powtarzane jak mantra zasady i stosowanie się do nich czynią z niego bezdusznego robota. I z tej roli Fassbender zdaje się nie wychodzić nawet w sytuacjach emocjonalnie czysto ludzkich. I jest w niej perfekcyjnie bezosobowy.

 

Pozostałe postaci zarysowane są epizodycznie i przedmiotowo głównie jako czynniki ryzyka na drodze bohatera – bo tak właśnie traktuje je główna postać. W tym kontekście szkoda trochę Tildy Swinton (m.in. „Orlando”, „Musimy porozmawiać o Kevinie”, „Julia”), której udział nie różni się w większym stopniu od reszty mniej znanej obsady.

 

Filmy Davida Finchera cechuje wspólny mianownik: wnikliwe, wręcz chorobliwie detaliczne wgryzanie się w materię psychologiczną bohaterów – niezależnie od tego czy mamy do czynienia z rozdwojeniem jaźni,  psychotyczną  małżonką, czy chorą rozgrywką między fanatycznym zabójcą a tropiącymi go policjantami. Tu również stara się wejść w psychikę bohatera, próbując przedstawić jego postawę życiową. Wiele kwestii wypowiadanych jest przez bohatera z offu. Sporo w tym filozofowania – jak choćby w pierwszej bardzo długiej (20 minut) scenie „Zabójcy”.

Film toczy się dość spokojnym tempie, bo nie o łubudu tutaj chodzi – choć i ono dla koneserów się znajdzie. Akcja jest konsekwentna, planowa, unikajaca dramatycznych zwrotów. Ale warto jest przejść przez tę opowieść o ludzkiej maszynie do jej nieoczywistego zakończenia.

 

Nie jest to obraz idealny. Niektóre kwestie z offu trącą truizmami, inne naciąganą próbą uzasadniania brudnej profesji. Zdarzają się też sceny nieco przegadane. Spotkanie bohatera ze swoim lustrzanym odbiciem w osobie Tildy Swinton owocuje jej przydługim monologiem – oraz tu mały spojler – bodaj jedynym humorystycznym akcentem filmu.

 

Jednak, jeśli pasuje wam thriller z „tym czymś”, niezbyt epatujący eksplozjami i nastawiony na budowanie postaci, to ta produkcja nie rozczarowuje. Mamy tu konsekwentne prowadzenie narracji oraz zarysowany konflikt zewnętrzny i wewnętrzny. Jest też nieco ascetyczny nastrój – wielbicielom reżysera na pewno znajomy.

 

Do najlepszych filmów Finchera „Zabójcy” nieco brakuje, tym nie mniej to kawał dobrego kina. W mojej ocenie mocna czwórka – może z małym plusikiem za zdjęcia i ścieżkę dźwiękową stworzoną przez Trenta Reznora, ale też bazującą na utworach The Smiths.

Ocena: 4,5/6

Michał Straszewicz

 


 

Obserwuj nas w mediach społecznościowych:

👉 Facebook

👉 Instagram

👉 Twitter

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz